28 tajnych stron

28 tajnych stron

Ukrywając nieznaną prawdę o zamachach z 11 września 2001 r., Amerykanie wspierają dżihadystów. Tych samych, których właśnie zaczęli bombardować.

Trwa amerykańska ofensywa przeciw Państwu Islamskiemu z udziałem myśliwców, bombowców, dronów i rakiet Tomahawk, odpalanych z okrętów US Navy na Zatoce Perskiej i Morzu Czerwonym. Atakowane są cele we wschodniej Syrii i północnym Iraku. Operacja nie ma mandatu ONZ, a z udziału zrezygnowali na razie najbliżsi sojusznicy USA – Kanadyjczycy, Brytyjczycy, Francuzi, Polacy. Najprawdopodobniej niektórzy z nich (najszybciej Wielka Brytania) wkrótce dołączą. Waszyngton uznaje interwencję za międzynarodową, bo formalnie partycypuje w niej pięć państw arabskich – Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn i Jordania. Nie dają sił bojowych, ale pieniądze i błogosławieństwo.

Mało kto kwestionuje konieczność powstrzymania ISIS – organizacji dokonującej masowych rzezi wszelkich „innowierców”, kontrolującej miasta, arsenały wojskowe i pola naftowe na obszarze większym od Wielkiej Brytanii i według zgodnej opinii ekspertów będącej najpotężniejszym terrorystycznym tworem, jaki widział świat. Okrutny paradoks polega jednak na tym, że ISIS nie urosłaby do tych rozmiarów bez wieloletniego i wielomiliardowego wsparcia Arabii Saudyjskiej (tak, tej samej, która błogosławi bombardowania) – najbliższego sojusznika USA w regionie i jednocześnie największego sponsora terroryzmu na planecie. To państwo Saudów wykarmiło dzisiejszy dżihad. To ono również dało wsparcie Al-Kaidzie w przygotowaniu ataku na Amerykę 11 września 2001 r. Dowody na to leżą w Kongresie. Waszyngtońskie elity od 13 lat nie chcą ich odtajnić. Dlaczego?

1

W podziemiach Kapitolu, całkiem niedaleko nowiutkiego centrum dla zwiedzających, znajduje się pomieszczenie, o którym większość turystów nie ma pojęcia. To pilnie strzeżony pokój, gdzie kongresowa komisja ds. wywiadu magazynuje ściśle tajne dokumenty. Jedna z teczek zawiera 28 stron, które miały być częścią raportu ze śledztwa połączonych izb w sprawie zamachów z 11 września, ale zostały z niego wyłączone i utajnione decyzją ówczesnego prezydenta George’a W. Busha. Administracja tłumaczyła wtedy, że ich publikacja utrudniłaby prowadzenie wojny z terrorem. Na pytanie, co jest na 28 stronach, odpowiadają nieliczni, którzy je widzieli. Walter Jones, republikański kongresmen z Karoliny Północnej, w CNN: – Nie ma tam nic o bezpieczeństwie narodowym. Jest o związkach naszych agencji rządowych z Saudami.

Anthony Summers i Robbyn Swan w książce „The Eleventh Day: The Full Story of 9/11” cytują anonimowego polityka wysokiej rangi, który widział dokument przed utajnieniem: – Gdyby 28 stron zostało opublikowanych, nasz sojusz z Arabią Saudyjską rozpadłby się z dnia na dzień.

Choć 15 z 19 zamachowców było Saudyjczykami, a Saudyjczyk Osama bin Laden przez lata należał do biznesowej i politycznej elity swojego kraju, wątki prowadzące do instytucji rządowych Arabii Saudyjskiej nie były wnikliwie badane przez śledczych z FBI. Po dochodzeniu, po pracach komisji kongresowej i niezależnej, powołanej przez rząd, amerykańska opinia publiczna usłyszała, że Al-Kaida działała samodzielnie, a w ataku nie brały udziału siły żadnego państwa. Z przecieków od osób, które czytały 28 stron, wynika jednak, że zamachowcy działali w dużej mierze dzięki koordynacji i finansowemu wsparciu ambasady Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie i konsulatu tego państwa w Los Angeles. Dziś odtajnienia materiałów domagają się liczne organizacje pozarządowe, rodziny ofiar zamachów, a także kilkoro kongresmenów z obu partii. Prezydent Barack Obama mógłby załatwić sprawę jednym podpisem, ale nie reaguje. Jednym z jego największych krytyków jest były demokratyczny senator Bob Graham, współautor 28 stron, od lat walczący o ich odtajnienie. W niedawnym wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „The Independent” powiedział: – Powstanie Państwa Islamskiego było możliwe między innymi wskutek opieszałości naszego rządu w wyjaśnieniu roli Arabii Saudyjskiej w zamachach z 11 września i wsparcia, jakie ten kraj udzielał ruchom dżihadystów w ostatniej dekadzie.

2

Gdy porwane samoloty wbijały się w wieże WTC, ambasadorem Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie był książę Bandar bin Sułtan. Swoją funkcję pełnił przez dwa dziesięciolecia, w latach 1983-2005. Słynął z zamiłowania do trunków, kobiet i cygar; często pojawiał się publicznie w zachodnich, „cywilnych” strojach i – co kluczowe – blisko zaprzyjaźniał się z kolejnymi gospodarzami Białego Domu. Najbliżej z Bushami – zarówno Seniorem, jak i Juniorem – którzy uważali go wręcz za członka rodziny. Młodszy z prezydentów nadał mu przydomek Bandar Bush. Często gościł go na swoim prywatnym ranczu w Crawford w Teksasie. Na jednym z ich wspólnych zdjęć rozmawiają w domu w Crawford – Bush na jednym fotelu w teksaskich dzwonach i kowbojkach, bin Sułtan na oparciu drugiego w dżinsach i sportowej marynarce. Ale najsłynniejsza jest fotografia z 13 września 2001 r., kiedy – dwa dni po zamachach – stoją na jednym z balkonów Białego Domu z cygarami w ustach. Jeszcze tego samego popołudnia ambasador zadzwonił do FBI z oficjalną prośbą o ochronę podczas wyjazdu z kraju. W następnych dniach USA opuściło 144 przedstawicieli saudyjskiej arystokracji, w tym członkowie rodziny Osamy bin Ladena. Agenci federalni, którzy brali udział w śledztwie po ataku z 11 września, wielokrotnie przyznawali anonimowo, że próby wyjaśniania wątku saudyjskiego były blokowane „z samej góry”. Według senatora Boba Grahama i wielu zwolenników odtajnienia 28 stron jednym z priorytetów administracji po 11 września było zakopanie, najgłębiej jak się da, wątku Saudów i niekompetencji różnych agencji wywiadu, które mogły zapobiec zamachom. Bush i wiceprezydent Dick Cheney sprzeciwiali się powstaniu niezależnej komisji do zbadania zbrodni. Kiedy – pod naciskiem opinii publicznej – dali na nią zgodę, nie chcieli przed nią zeznawać. Stawili się dopiero po spełnieniu swoich żądań: zeznawali wspólnie, bez przysięgi, bez sprzętu rejestrującego ich odpowiedzi i pod warunkiem że notatki z posiedzenia nie zostaną upublicznione. Tak jak 28 stron – pozostają one tajne do dziś.

3

Bandar bin Sułtan, zlaicyzowany i zafascynowany Ameryką członek Domu Saudów, najpewniej nie wymyślił ataku na Amerykę. Mógł jednak posiadać kluczową wiedzę o działaniach ludzi w jego ambasadzie ze specjalnej komórki zależnej od Ministerstwa Islamizacji. To oni – jak wynika z przecieków z 28 stron – kontaktowali się z dwoma młodymi Saudyjczykami, Nawafem al-Hazmim i Chalidem al-Mihdharem, pierwszymi zamachowcami, którzy przybyli do USA w 2000 r. Przez łańcuszek darowizn, w którym ogniwem była również żona księcia bin Sułtana, dostawali oni pieniądze na opłacenie mieszkania w San Diego i na kurs lotnictwa. Saudyjski szpieg Omar al-Bajoumi przez cały okres przygotowań do ataku kontaktował się jednocześnie z nimi i z przedstawicielem Ministerstwa Islamizacji w ambasadzie.

Resort ten powstał w 1993 r. po pierwszej wojnie irackiej, kiedy radykalni duchowni, wściekli na rodzinę królewską za wpuszczenie amerykańskich wojsk do kraju, grożąc religijnym przewrotem, wymusili większe wpływy w rządzie. Wtedy właśnie w saudyjskich ambasadach na całym świecie powstały komórki islamizacji promujące wahhabizm (najbardziej radykalny odłam „czystego” islamu) i uważane powszechnie za piątą kolumnę islamskiego ekstremizmu. Wahhabici pozostają w sojuszu z dynastią Saudów od XVIII w., to ich wpływy czynią z Arabii Saudyjskiej najbardziej konserwatywne państwo muzułmańskiego świata. W ostatnich dziesięcioleciach dostali miliardy petrodolarów na promocję doktryny za granicą. To oni budują meczety w państwach Zachodu, gdzie ich imamowie radykalizują muzułmańską młodzież, z której potem zaciąga się bojowników dżihadu. To oni też – według wielu ekspertów – są najważniejszym zewnętrznym graczem wojny w Syrii, finansując na potęgę radykalne sunnickie grupy walczące z armią Baszara al-Asada. Te grupy budują dziś Państwo Islamskie. Magazyn „The Atlantic” cytuje wysokiego urzędnika katarskiego rządu: – ISIS jest projektem saudyjskim. I jeszcze ciekawostka: przez wiele miesięcy tajnymi operacjami Saudyjczyków w Syrii kierował nikt inny, tylko przyjaciel amerykańskich prezydentów, książę Bandar bin Sułtan, zwany czule Bandar Bushem.

4

Wszystko to wydaje się z pozoru bardzo skomplikowane. Zapytacie: dlaczego u licha jednym z najważniejszych sojuszników USA jest królestwo trzymające poddanych pod buciorem okrutnej islamistycznej doktryny i sponsorujące armie bojowników, z którymi jankesi muszą potem walczyć? Odpowiedź jest taka sama jak zawsze: gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Sojusz amerykańsko-saudyjski stoi na broni i ropie. Już od lat 50. ubiegłego wieku Saudowie są najważniejszym odbiorcą amerykańskiej zbrojeniówki (największej na planecie – cztery z pięciu najbardziej dochodowych zbrojeniowych firm świata są amerykańskie). W latach 1950-2006 Arabia Saudyjska kupiła od USA broń za 80 mld dolarów (19 proc. całej sprzedaży). Potem biznes rozkręcił się jeszcze bardziej. W październiku 2010 r. ogłoszono zbrojeniowy interes wszech czasów: Rijad zakupi najnowocześniejszą wojenną technologię za 60,5 mld dolarów. Z drugiej strony przez lata Arabia Saudyjska była największym eksporterem ropy do USA (ostatnio wyprzedziła ją Kanada).

Mimo że wskutek łupkowego boomu w Stanach import z różnych kierunków spada, ten od przyjaciół Saudów utrzymuje się na stałym poziomie (w 2013 r. średnio 1,3 mln baryłek dziennie). Jako najważniejszy członek OPEC Rijad ma też potężny wpływ na kształtowanie cen ropy, a co za tym idzie – na amerykańską gospodarkę (co Waszyngton odczuł boleśnie w czasie kryzysu naftowego w latach 70.). Słowem, wielu bardzo ważnych ludzi po obu stronach robi na sojuszu bardzo duże pieniądze. Przyjaźń będzie trwać.

Dziś przyjaciele pod rękę bombardują Państwo Islamskie, które, poniekąd, wspólnie wyhodowali. Saudowie przyłączyli się do koalicji, bo ich twór – ISIS – rozrósł się do takich rozmiarów, że zaczyna zagrażać im samym. Kalifat nie kryje swego celu przejęcia Arabii ze świętymi miastami – Mekką i Medyną.

5

18 grudnia 2011 r. w zimowym blasku wschodzącego słońca 110 odpornych na miny opancerzonych wozów bojowych wiozących 500 amerykańskich żołnierzy wyruszyło główną iracką autostradą w kierunku Kuwejtu. Kilka minut przed ósmą rano stalowa graniczna brama zamknęła się za ostatnim z nich. Tak skończyła się wojna, która pochłonęła 134 tys. irackich cywilów, 4,5 tys. Amerykanów i ponad dwa biliony dolarów (dane według organizacji Cost of War Project). Dziś, po niecałych trzech latach, Amerykanie wracają. Przy wyłączonych mikrofonach generałowie mówią, że nowa wojna może się ciągnąć przez lata i że raczej nie obejdzie się bez udziału wojsk lądowych.

Amerykańska strategia wojny z terrorem nie przynosi rezultatów. Terrorystów jest dziś więcej niż 13 lat temu, działają sprawniej, są bogatsi, lepiej uzbrojeni. Państwo Islamskie jest tego brutalnym dowodem. Odkąd zostali zaatakowani w 2001 r., Amerykanie wygrywają bitwy, ale przegrywają wojny. Dlaczego? Jedna z odpowiedzi jest zapisana na 28 stronach, ściśle tajnych i zakopanych głęboko w podziemiach Kapitolu.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2014
Więcej możesz przeczytać w 40/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0