Parasolowa rewolucja

Parasolowa rewolucja

Bunt w Hongkongu uruchamia spór o kształt cywilizacji chińskiej. Szanse na happy end są iluzoryczne. Bardziej prawdopodobne są utrata przez metropolię autonomii albo rozlew krwi i chaos.

Za każdym razem, gdy przyjeżdżam z Kantonu do Hongkongu, na stacji East Tsim Sha Tsui witają mnie transparenty grupy religijnej Falun Gong, której członków uznano w Chinach za śmiertelne zagrożenie dla stabilności władzy. Po drugiej stronie granicy nie mają prawa się ujawniać nawet w internecie, a tu rozdają ulotki, rozmawiają z obcokrajowcami i Chińczykami, którzy przyjechali tym samym pociągiem co ja. Ludzie z Falun Gong są najlepszym dowodem na funkcjonowanie sformułowanej przez Deng Xiaopinga (początkowo wobec Tajwanu) zasady „Jeden kraj, dwa systemy”. Jednak trwająca właśnie w Hongkongu wiel ka draka naruszyła kruchy kompromis.

OKUPANCI Z CENTRAL

Protesty trwają od 1 lipca, ale nasiliły się w ostatnich tygodniach, kiedy okazało się, że do wyborów na szefa miejscowej egzekutywy mogą stanąć tylko trzej kandydaci wytypowani przez Pekin. Media ochrzciły bunt „parasolową rewolucją”, bo tysiące demonstrantów okupujących dzielnicę Central osłaniają się parasolkami przed słońcem, deszczem i gazem łzawiącym. Central jest biznesowym sercem miasta, gdzie mieszczą się siedziby banków i instytucji finansowych.

Ich pracownicy nie mogą dojechać do biur. Giełda już leci na łeb na szyję, każdy kolejny dzień potęguje straty – co w światowej metropolii handlu i usług ma potężne znaczenie. Najważniejszy postulat jest jasny: w pełni demokratyczne wybory. Pekin według korzystnej dla siebie interpretacji przepisów dotyczących autonomii może na to pozwolić, kiedy uzna za stosowne, najpóźniej w 2046 r. Centrala nawołuje do zaprowadzenia porządku, a jej zwolennicy mówią, że lepsza semidemokracja, czyli wybór spośród trzech kandydatów, niż brak wyboru w ogóle.

W ramach umowy między Londynem a Pe kinem z 1984 r. Hongkong w 1997 r. stał się specjalną strefą administracyjną z szeroką autonomią. Miasto ma własną flagę, politykę wizową i celną, walutę i służby mundurowe. Pekin nie może nakładać podatków, a autonomia ograniczona jest zwierzchnictwem Chin w ramach polityki zagranicznej i obronnej. Miejscowy system polityczny jest mieszanką tradycji zachodnich i chińskich. Legislatywa w połowie pochodzi z wyborów powszechnych, a w połowie z nominacji przeróżnych grup interesu. W ostatnich wyborach partie prodemokratyczne zdobyły 55 proc. głosów, a partie propekińskie – 45 proc. W minikonstytucji, którą przyjęto w 1990 r., pojawił się zapis, że w pewnych warunkach możliwe są bezpośrednie wybory do legislatywy oraz na szefa egzekutywy (dawniej: gubernatora). To interpretacja tego paragrafu budzi dziś największe emocje. Grupy prodemokratyczne domagają się wolnych wyborów, obóz pekińskich lojalistów i sam Pekin twierdzą, że nie przyszedł na to czas.

DEMONSTRANCI Z KASYN

W relacjach polskich mediów roi się od błędów i nieporozumień, a największym z nich jest przedstawianie Chin jako Rosji bis – kraju, który cele osiąga wyłącznie siłą. Tymczasem model „Jeden kraj, dwa systemy” opierał się na subtelnej korupcji elit w Hongkongu. Pekin dawał znacznie więcej marchewki niż kija. Strategia sprawdzała się zresztą we wszystkich trzech regionach chińskich – poza Hongkongiem także w Makao i na Tajwanie. Regionalna wierchuszka korzysta z dostępu do olbrzymiego i bogacącego się rynku chińskiego oraz chińskiej klasy średniej, która w liczbie kilkudziesię ciu milionów wyruszyła na wycieczki. A że chiń ski turysta ceni sobie bezpieczeństwo (w świecie chińskim czuje się bezpieczniej niż w świecie kulturowo mu obcym), Tajwan, Hongkong i Makao stały się najważniejszymi kierunkami podróży. Zyski idą w miliardy dolarów.

We wszystkich trzech regionach dość szybko pojawiły się takie same problemy: rozwarstwienie, rosnące do niebotycznych rozmiarów ceny nieruchomości oraz dalekie od miejscowych standardów zachowanie przybyszów z Kontynentu. Pierwszy wystąpił Tajwan, który histo rycznie wzniecał najwięcej powstań antyce sarskich. Młodzieżowy ruch, nazwany Sunflower Movement, okupował centrum miasta, demonstranci włamali się do budynku parlamentu i podpalili jedną jego część. Protesty trwały kilka miesięcy.

Mieszkańcy 500-tysiecznego Makao przez lata wydawali się mało zainteresowani polityką. 60 proc. z nich zatrudnionych jest w przemyśle hazardowym, miejscowe kasyna zarabiają w dwa miesiące tyle, ile Las Vegas przez cały rok. Hazard to ulubiona rozrywka Chińczyków, na Kontynencie zakazana. Latem pracownicy kasyn z Makao wyszli na ulice. Wypchnął ich tam fakt, że z rosnących zysków korzysta tylko grupa najlepiej politycznie powiązanych elit; że ceny mieszkań dochodzą do horrendalnych kwot; że Makao staje się miejscem nie do zniesienia dla zwykłych ludzi.

Hongkong to trzecia odsłona tej samej historii. W 2013 r. miasto odwiedziło 40 mln przy byszów z Kontynentu, czyli prawie sześć razy tyle, ile liczy jego populacja (wyobraźmy sobie, że do Polski przyjeżdża ponad 200 mln bogatych Rosjan). To coraz mniej podoba się mieszkańcom autono mii, którzy gości nazywają mało elegancko „szarańczą”. Protesty na Central poprzedziła se ria demonstracji, których hasła były podobne do tych z Tajwanu i Makao: rosną ceny mieszkań, Chińczycy hałasują i wszędzie palą papierosy, metro jest zatłoczone, nikt nie ustawia się w kolejkach, a w dodatku wy kupili całe mleko w proszku (po aferach związanych z zatrutym mlekiem Chińczycy nie ufają rodzimej produkcji). Mieszkańcy mówili jasno, że chcą mieć kontrolę nad tempem integracji z Chinami, i zwracali się nie tyle przeciw turystom z Chin, co władzom miasta, oskarżając ich o to, że patrzą tylko na wskaźniki ekonomiczne (te idą w górę w zawrotnym tempie).

EMOCJE Z TIANANMEN

Projekt Wielkich Chin, czyli zjednoczenia ziem chińskich, napotkał trudności, bo na scenie pojawił się nowy aktor – społeczeństwo obywatelskie. Z elitami można było się ułożyć, ale z ludźmi na ulicach domagającymi się swoich praw idzie dużo trudniej. Siła protestujących to ludzie bogaci i młodzi. Masowy udział młodzieży w demonstracjach pokazuje, że idea Wielkich Chin ich nie pociąga.

Sytuacja jest patowa. Całkowite spełnienie żądań demonstrantów jest niemożliwe. Oznaczałoby eskalację roszczeń na Tajwanie i w Makao, a później w samych Chinach, gdzie po stulaty zgłaszają mniejszości etniczne, bo gata klasa średnia, biedni chłopi, 200 mln na pływowych robotników czy wreszcie frakcje wewnątrzpartyjne żywiące się chaosem i destabilizacją. Hongkong rozpocząłby efekt domina, potencjalnie zakończony ukrainizacją Chin, upadkiem tamtejszej dynastii i chaosem w kraju drugiej gospodarki świata. Pekin do tego nie dopuści, dlatego najbardziej prawdopodobny wariant to rozpędzenie demonstrantów. Taką decyzję musiałby podjąć szef autonomii CY Leung. Pekin, który na tym stanowisku go zaakceptował, wydaje oświadczenia wskazujące, że protesty to wewnętrzna sprawa autonomii i że szef powinien zaprowadzić porządek. Jeśli wzywany przez demonstrantów do dymisji CY Leung nie zdecyduje się na użycie siły, może stracić władzę, a do akcji wejdzie centrala. Wówczas jest jasne, że Hongkong straci autonomię, a w mieście nasilą się represje. Możliwy jest kompromis, który pozwoliłby zachować twarz wszystkim stronom. Ale dziś widać, że wśród protestujących rządzą wielkie emocje, uniesienie, entuzjazm. Demonstranci raczej nie będą na chłodno kalkulować rachunku zysków i strat. Tak jak w 1989 r. nie kalkulowali młodzi na pekińskim placu Tiananmen. �

AUTOR JEST PREZESEM CENTRUM STUDIÓW POLSKA-AZJA. SPĘDZIŁ W CHINACH PONAD PIĘĆ LAT.

Okładka tygodnika WPROST: 41/2014
Więcej możesz przeczytać w 41/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0