Watykańska rewolucja

Watykańska rewolucja

Wytupywanie wystąpień przez biskupów, krzyki, demonstracyjne wychodzenie z sali – takich scen Watykan nie widział od dziesięcioleci. Zakończony synod biskupów Rady Papieskiej ds. Rodziny ujawnił skalę rewolucji, jakiej dokonuje w Kościele Franciszek.

Gdy będziecie rozmawiać o rodzinie, nie wchodźcie od razu do naszych sypialni. Zatrzymajcie się na chwilę w pokoju dziennym, zobaczcie, jak żyjemy na co dzień – miała po wiedzieć do biskupów 52-letnia Ute Ebert, jedna z niewielu świeckich kobiet, którą zaproszono na zakończony właśnie w Watykanie nadzwyczajny synod biskupów poświęcony rodzinie. Podobno papież bił jej brawo. Dla 190 hierarchów z całego świa ta przesłanie było jasne: Kościół ma mniej mówić o zakazach, także tych seksualnych. Powinien skupić się na przekazie pozytywnym i nie wykluczać tych, którzy pod różnymi względami nie mieszczą się w stu procentach w ramach katolickiej doktryny.

Już wcześniej wiadomo było, że ten synod będzie wyjątkowy jeszcze z innego powodu: biskupi po raz pierwszy mieli w otwarty sposób zmierzyć się z najbardziej kontrowersyjnymi kwestiami etyki seksualnej. Chodziło m.in. o kwestię dopuszczenia do komunii rozwodników, którzy znajdują się w ponownych związkach, o miejsce osób homoseksualnych w Kościele oraz antykoncepcję. Dotąd problemy te objęte były niemal całkowitym tabu – za Jana Pawła II i Benedykta XVI na kościelnych szczytach w zasadzie nie można było o nich nawet dyskutować. Fran ciszek nie tylko poprosił o szczerą debatę, ale jeszcze zaprosił do niej wiernych z całego świata. Rok przed synodem Watykan rozesłał bowiem do katolików na całym świecie ankietę, w której pytano, jaki jest stosunek wiernych do tych zagadnień.

ZOBACZYĆ LAS

Otwartość debaty, jaką podjęli biskupi, zaskoczyła nawet największych sceptyków. Na tle rozbudzonych oczekiwań ogłoszony po obradach dokument końcowy rozczarowuje tych, którzy liczyli na otwarcie Kościoła. W ostatecznym głosowaniu przepadły bowiem akapity mówiące o możliwości dopuszczenia pod pewnymi warunkami do komunii osób po rozwodzie oraz otwarcia się Kościoła na lesbijki i gejów. Nie zmienia to jednak faktu, że i bez tych fragmentów biskupi zwiastują kościelną rewolucję. – Oceniając ten synod, narażamy się na nie bezpieczeństwo, że widząc drzewa, nie dostrzeżemy lasu – przekonuje na łamach „National Catholic Reporter” jezuita Thomas J. Reese, autor wydanej także w Polsce książki „Watykan od środka”. – Prawda jest taka, że niezależnie od ostatecznego kształtu dokumentu synod okazał się zwycięstwem kościelnej otwartości na dyskusję i stanowi zaproszenie dla wszystkich, by do tej debaty dołączyli. I dokładnie tego chciał Franciszek – dodaje amerykański zakonnik. Trudno się z nim nie zgodzić. Biskupi mieli bowiem jedynie rozpocząć dyskusję na trudne pytania i to się im z całą pewnością udało. Dokument końcowy nie ma zresztą tej rangi, jaką przypisują mu media – stanowi tylko opinię doradczą hierarchów. W dodatku nieostateczną, bo za rok czeka nas kolejny synod, także poświęcony rodzinie.

Ale nawet zgromadzenie, które odbędzie się za rok, nie będzie miało uprawnień u stawodawczych. Ostateczny głos będzie należał do papieża, który opublikuje adhortację podsumowującą obrady. I to za warte w niej tezy staną się programem duszpasterskim Kościoła na kolejne lata. Przy ich formułowaniu Franciszek nie będzie w żaden sposób związany opinią biskupów, choć przy jego nastawieniu do kolegialności w Kościele trudno sobie wyobrazić, żeby zignorował ich głos.

PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO

Choć w trakcie głosowania dokumentu końcowego konserwatyści odnieśli pozorny triumf, wszystko wskazuje na to, że może to być zwycięstwo pyrrusowe. Po pierwsze, zwolennicy kościelnych zmian dostali przyzwolenie na otwarte głoszenie swoich poglądów – rzecz nie do pomyśłenia za pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI. Po drugie, przegrane głosowania były okazją do tego, by reformatorzy się wreszcie policzyli – przez lata nie mieli możliwości, by to zrobić. Ra chunek wyszedł nadspodziewanie op tymistycznie – nawet kontrowersyjne akapity uzyskiwały grubo ponad połowę głosów, łącznie z trzema fragmentami, które przepadły w głosowaniach (do zatwierdzenia wymagano większości 2/3 gło sów). Na lidera skrzydła „liberalnego” wyrósł kard. Walter Kasper. Po trzecie, wreszcie postępowcy dostali subtelny sygnał od papieża, że ich popiera. Niespodziewanie Franciszek podjął bowiem bezprecedensową decyzję, by wraz z tekstem końcowym opublikować także trzy od rzucone akapity (oczywiście z adnotacją, że nie uzyskały one wymaganej większości). Dał w ten sposób jasny sygnał, że chce dalszej dyskusji nad kontrowersyjnymi kwestiami.

SPÓR O GEJÓW

Największe zaskoczenie wywołała robocza wersja dokumentu o nazwie „Relatio post disceptationem”. Jej upublicznienie po pierwszym tygodniu obrad wywołało wstrząs konserwatystów i rozbudziło nadzieje kościelnych zwolenników zmian. Filozofię dokumentu oparto na koncepcji stopniowalności. Polega ona na odejściu od filozofii „wszystko albo nic”. Weźmy ludzi po rozwodzie – zgodnie z nauką Kościoła nie powinni oni podejmować żadnych relacji seksualnych. Żadnych – ani przypadkowych, ani żyjąc w stałych związkach niesakramentalnych. Ale czy to znaczy, że nie ma znaczenia, czy ktoś się decyduje na trwały, wierny związek i wspiera nową rodzinę, czy uprawia seks bez żadnych zobowiązań? Oczywiście nie. Dlatego wielu biskupów proponowało, by akceptować lu dzi w takiej sytuacji życiowej, w jakiej są, i z tej perspektywy pomagać im żyć po chrześcijańsku.

Dokument szokował też otwartym po dejściem do lesbijek i gejów. „Osoby ho moseksualne mają wartości i dary do zaoferowania wspólnocie chrześcijańskiej. Czy jesteśmy w stanie przyjąć te osoby, gwa rantując im braterską przestrzeń w naszych wspólnotach? Często pragną one spotkać Kościół, który będzie dla nich gościnnym domem. Czy nasze wspólnoty są w stanie im to zapewnić, akceptując i ceniąc ich orientację seksualną, bez na rażania doktryny katolickiej w sprawie rodziny i małżeństwa? […] Trzeba zauważyć, że są przypadki, w których wzajemna pomoc aż do poświęcenia stanowi cenne wsparcie dla życia partnerów. Co więcej, Kościół szczególną uwagę kieruje na dzieci zamieszkujące z parami osób tej samej płci, podkreślając, że potrzeby i prawa najmłodszych muszą być zawsze na pierwszym miejscu” (tłumaczenie za „Tygodnikiem Powszechnym”). Autorem pozytywnych słów pod adresem związków jednopłciowych był włoski arcybiskup Bruno Forte. Wielu już dziś widzi w nim przyszłego li dera postępowej frakcji w Kościele.

KONSERWATYWNA KONTROFENSYWA

Nic dziwnego, że w drugim tygodniu do ofensywy przystąpili konserwatyści. Jednym z pierwszych, którzy zaatakowali wstępne opracowanie, był polski przewodniczący episkopatu abp Stanisław Gądecki. W ostrym wywiadzie dla Radia Watykańskiego zarzucił on twórcom dokumentu, że zapomnieli o nauczaniu Jana Pawła II. – Gdyby nie było tego głosu, sprawa mogła potoczyć się znacznie gorzej. Dlatego uważam, że trzeba było coś powiedzieć, żeby nie utwierdzać ludzi w przekonaniu, że porzucamy nauczanie Kościoła – mówił o swoim ostrym wystą pieniu, już po synodzie, przewodniczący polskiego episkopatu. Rzeczywiście, jego głos, odnotowany przez światowe media, był jednym z najbardziej konserwatyw nych spośród wszystkich, które pojawiły się w Rzy mie. Ale na lidera frakcji zachowawczej urósł kard. Raymond Burke, prefekt Trybunału Sygnatury Apostolskiej, czyli kościelnego sądu najwyższego.

Konserwatyści zgłosili wiele poprawek do dokumentu i poddali go wyjątkowo ostrej krytyce medialnej. Część biskupów zwietrzyła nawet spisek – mieli go, według nich, zawiązać członkowie synodalnego se kretariatu z kard. Lorenzem Baldisserim na czele oraz tzw. delatorzy, czyli sprawozdawcy. Wśród tych ostatnich aktywnością wyróżniał się wspomniany już abp Bruno Forte. Spiskowcy mieli rzekomo dążyć do tego, by przejąć synodalną narrację, a na koniec podsunąć pod głosowanie zmanipulowany projekt ostatecznego dokumentu synodalnego. Zarzut, oczywiście, jest absurdalny – gdyby go przyjąć, należałoby uznać, że za „spiskiem” stoi sam papież Franciszek. To przecież z jego nominacji pochodziła grupa duchownych, którzy pra cowali nad sprawozdaniem. Pod wpływem krytyki papież ostatecznie poszerzył zespół redakcyjny o dwóch za chowawczych biskupów, w tym jednego reprezentanta Afryki. Mówiono bowiem, że dotychczasowi relatorzy reprezentują optykę wyłącznie Europy Zachodniej, w domyśle zepsutej i zdegenerowanej. Nad poprawkami do dokumentu biskupi pracowali w dziesięciu grupach językowych. Nieoficjalnie wiadomo, że w kontrofensywie konserwatystów kluczowe znaczenie miały trzy grupy angielskojęzyczne, oznaczone literami A, B i C. Były to zespoły uznawane za najbardziej reprezentatywne geograficznie – w jej skład wchodzili hierarchowie z Azji, Afryki, Europy i obu Ameryk. Skład poszczególnych grup dobierano losowo.

W grupie A moderatorem był wspomniany już kard. Raymond Burke. To właśnie w jego zespole zgłoszono postulat, by w dokumencie końcowym w większym stopniu skoncentrować się na tradycyjnym nauczaniu Kościoła, a zachowania, które się w nim nie mieszczą, napiętnować jako grzeszne. Biskupi z grupy A domagali się też, by synod wyraźniej wsparł tych małżonków, którzy w swoim życiu stosują bez zarzutów katolickie nauczanie. Podano w wątpliwość wspomnianą już zasadę stop niowalności, wprost odrzucając możliwość komunii dla rozwodników. Poprawek do pierwotnego dokumentu było tak dużo, że sekretarz synodu nie chciał ich podobno upubliczniać. Spowodowało to ostry protest sali – podobno część uczestników obrad krzyczała, tupała nogami, uderzała w pulpit. Słowem – doszło do reakcji, które znamy raczej z burzliwych obrad brytyjskiego parlamentu, niż szacownego grona świątobliwych hierarchów.

KONTROWERSJA DRUGA: ROZWODNICY

Ostateczna wersja dokumentu nie jest re wolucyjna. Większość sformułowań dotyczących najbardziej kontrowersyjnych spraw to w zasadzie powtórzenie tez zawar tych w dokumentach opracowanych za czasów Jana Pawła II. Biskupi przypomnieli na przykład, że nie należy dyskryminować osób po rozwodzie i powinno się pokazywać im, że jest dla nich miejsce w Kościele. Krokiem naprzód jest wyrażona wprost zachęta do większego an gażowania się takich osób w życie parafii. Zdarza się bowiem, że proboszczowie w obawie przed „publicznym zgorszeniem” próbują nieco schować takie osoby, na przy kład nie dopuszczając ich do posługi przy ołtarzu. Z pierwotnej otwartości na osoby homoseksualne nie zostało w zasadzie nic. Mimo to nawet temu ocenzurowanemu akapitowi nie udało się uzyskać większości 2/3 głosów. Pierwotnie interpretowano to jako wyraz konserwatyzmu biskupów. Wydaje się jednak, że kwestia jest bardziej skomplikowana. Grupa biskupów (m.in. abp Paul-André Durocher, kard. Vin cent Nichols oraz przewodniczący episkopatu USA abp Joseph Kurtz) sugerowała, że byli przeciw punktowi do tyczącemu lesbijek i gejów, bo uznali, że jest on zbyt zachowawczy. Paradoksalnie chwalił go za wyważenie reprezentujący polski episkopat abp Stanisław Gądecki.

Nic jednak nie wskazuje na to, że kto kolwiek będzie w stanie zatrzymać uwolnioną na synodzie energię zmian. Już po zakończeniu obrad lider konserwatystów kard. Burke potwierdził pogłoski, że wkrótce utraci funkcję prefekta sygnatury apostolskiej. Nie weźmie więc prawdopodobnie udziału w zgromadzeniu biskupów za rok i trudno uznać tę decyzję papieża za przypadkową. Burke ma dostać pozbawione znaczenia stanowisko protektora Zakonu Maltańskiego. Musi to być dla niego bolesne, bo ma dopiero 66 lat i – jak pokazały obrady biskupów – spore ambicje wpływania na losy Kościoła powszechnego. A Franciszek? Chce dalszych dyskusji, także na najbardziej kontrowersyjne tematy. – Brawo, dobrze pracowaliście. Właśnie takiej debaty chciałem. A teraz do przodu! – podsumował, przemawiając do biskupów po zakończeniu obrad. A uważany za reformatora kard. Reinhard Marx z Monachium dodał z zadowoleniem: – Stawiając trzy kroki w przód i dwa w tył, i tak idziemy do przodu.�

Okładka tygodnika WPROST: 44/2014
Więcej możesz przeczytać w 44/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0