A mury nie runą

A mury nie runą

25 lat temu, 9 listopada 1989 r., runął mur berliński. Dziś we wszystkich częściach globu wyrastają kolejne zapory, coraz wyższe i coraz lepiej uzbrojone.

Gdy Berlin świętuje ćwierćwiecze symbolicznego zakończenia starej zimnej wojny, na Ukrainie trwa debata o postawieniu muru, który ma szansę stać się symbolem tej nowej. Kontrowersyjny pomysł odgrodzenia się od Rosji murem krąży po Kijowie od początku września, kiedy konflikt w zbuntowanych wschodnich regionach osiągnął apogeum. Pierwszy o takim zabezpieczeniu narodowych interesów wspomniał gubernator Dniepropietrowska i oligarcha Ihor Kołomojski. Zgodnie z założeniami mur miałby stanąć wzdłuż liczącej 2295 km ukraińsko-rosyjskiej granicy. Odciąłby od Rosji obwody charkowski, czernihowski, sumski i północną część obwodu ługańskiego. Drugi wał ma odgrodzić Ukrainę od przyłączonego do Rosji Krymu.

Według projektów przedstawianych przez ukraińskie służby graniczne oraz Radę Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy w infrastrukturze muru miałoby się też znaleźć miejsce na okopy, odseparowane pasy ruchu drogowego, zapory mające powstrzymywać pojazdy oraz wieże wyposażone w monitoring ruchu osób i pojazdów po rosyjskiej stronie. Według rządu w Kijowie budowa ma kosztować 66 mln euro. Premier Arsenij Jaceniuk zapewnia, że 14 mln obiecała Unia Europejska. Poza kilkoma entuzjastami projektu większość Ukraińców odnosi się do pomysłu chłodno. Nie chodzi wyłącznie o to, że nie chcą się odcinać od Rosji w aż tak desperacki sposób. Przede wszystkim boją się, że cała inicjatywa jest kolejną okazją do zdefraudowania milionów hrywien i odkucia się biznesmenów z kręgów rządowych.

Jaceniuk jednak nie przyjmuje do wiadomości tych obiekcji. – Jak komuś nie podoba się określenie „mur”, niech nazywa ten projekt europejskim wałem – mówił niedawno podczas wizytacji posterunku granicznego w okolicach Charkowa. Premier sugeruje, że na wschodniej granicy Ukrainy musi powstać pas zabezpieczający nie tylko Ukrainę, ale i całą Europę przed nowym wrogiem. Prace już trwają, a zatrudnienie znalazło niemal 1200 osób, co w obecnych warunkach na Ukrainie jest nie lada gratką. Całość ma powstać w ciągu czterech i pół roku.

BIEDA ZAMUROWANA

Pokażcie mi mur wysoki na 50 stóp, a ja wam pokażę drabinę, która ma 51 stóp – tak Janet Napolitano, była amerykańska sekretarz bezpieczeństwa krajowego, podsumowała plan ustawienia na granicy z Meksykiem systemu zabezpieczeń, mającego zdławić napływ nielegalnych imigrantów. Syty i od dekad żyjący w pokoju Zachód buduje dziś równie wiele murów, jak państwa ogarnięte wojną. Amerykański mur graniczny niewiele ma wspólnego z cementową ścianą, znaną z Berlina. To raczej płot (tak też bywa nazywany) z metalowych sztachet rozsianych na 500 km liczącej w sumie nieco ponad trzy tysiące kilometrów granicy. Pierwsze płoty w pierwszej połowie lat 90. stawiała jeszcze administracja Clintona. Miały powstrzymać napływ nielegalnych Latynosów z Południa (do dziś nie powstrzymały). Prace nabrały tempa po zamachach 11 września, kiedy to politycy zaczęli spekulować na temat terrorystów wdzierających się tłumnie do USA przez dziurawą granicę. Nie sprawdziła się koncepcja zamontowania na niej tysięcy elektronicznych czujników. Władze poszczególnych stanów postawiły więc na rozwiązanie najprostsze – i pewnie najbardziej przemawiające do wyobraźni: kilkumetrowy płot przecinający pustynie, rezerwaty, miasta, a nawet plaże na wybrzeżu Pacyfiku.

Pomysł podchwycili Europejczycy. Na granicach Unii Europejskiej powoli wyrastają kolejne płoty. Pierwsze pojawiły się w tym samym czasie, gdy Biały Dom zaczął stawiać mur graniczny, w 1993 r. w hiszpańskich enklawach po marokańskiej stronie Morza Śródziemnego. Trzymetrowy płot, zwieńczony drutem kolczastym, miał chronić Ceutę i Melillę przed nielegalnymi imigrantami, ale jego skuteczność była iluzoryczna. Pewnej nocy w 2005 r. 11 tys. imigrantów przypuściło szturm na zaporę, wdzierając się do enklaw. Na płot rzucano koce i ubrania, marokańscy i hiszpańscy strażnicy graniczni zaczęli strzelać – tragiczny bilans tamtej nocy zamknął się w 14 ofiarach śmiertelnych. Hiszpanie wyłożyli potem 30 mln euro na wzmocnienie i dwukrotne podwyższenie płotu. Taniej wyszło Grekom – dwa lata temu uszczelnili swoją granicę w pobliżu Edirne (niegdysiejszego Adrianopola): za nieco ponad 3 mln euro postawiono pas zasieków z drutu kolczas tego, który skutecznie zablokował próby wdarcia się na terytorium UE z Turcji. Nie znaczy to jednak, że imigranci nie próbują. Tureckie służby regularnie znajdują na plażach w okolicach Edirne ciała tych, którzy próbowali przedostać się do Grecji wpław, wzdłuż plaż lub nurtem rzeki Evros.

ZOMBIE SZTURMUJĄ JEROZOLIMĘ

W zeszłorocznym hollywoodzkim hicie „World War Z” z Bradem Pittem w roli głównej tylko dwa kraje powstrzymują inwazję zombie: Izrael i Korea Północna. Oba skryte za najeżonymi elektroniką i bronią murami. Hollywood, jak wiadomo, z życia czerpie. Legendarny już płot oddzielający Żydów od Palestyńczyków jest chyba najbardziej kontrowersyjną i budzącą największe emocje zaporą współczesnego świata. Wbrew pozorom nie był on pomysłem dzisiejszego premiera Beniamina Netanjahu i izraelskiej prawicy. Jako pierwszy zaproponował go późniejszy pokojowy noblista Icchak Rabin w 1992 r. Ehud Barak w 2000 r. wyasygnował fundusze na pierwsze kilkadziesiąt kilometrów. Do dziś wybudowano około 500 km murów, płotów, pasów bezpieczeństwa. Z jakim skutkiem? Izraelscy specjaliści w dziedzinie bezpieczeństwa powiedzą jednogłośnie: fala zamachów samobójczych ustała.

Wezbrała za to fala nienawiści w sercach przeciętnych Palestyńczyków, również tych, którzy wcześniej skłaniali się do pokojowych metod rozwiązania konfliktu. „Negatywne humanitarne efekty istnienia bariery są trudne do wyolbrzymienia – podkreślali autorzy ONZ-owskiego raportu z 2005 r. – Przebieg muru na Zachodnim Brzegu rozdziela społeczności, odcina mieszkańców od dostępu do usług, pastwisk, miejsc o znaczeniu religijnym czy kulturowym. Na dodatek plany dalszego przebiegu bariery oraz lokalizacji posterunków, na których można przekroczyć granicę, często są ujawniane dopiero kilka dni przed rozpoczęciem prac budowlanych. To prowadzi do oczywistego wzburzenia Palestyńczyków niepewnych tego, jak będzie wyglądać ich życie”. – Nigdy nie wiesz, ile potrwa przekroczenie granicy – twierdzi Abu Chader, palestyński robotnik jeżdżący do pracy w Izraelu. Procedura obejmuje skanowanie odcisków palców, prześwietlanie bagażu, często przesłuchania. Forsowanie bariery może trwać kilka godzin, bez gwarancji, że zostanie się wpuszczonym. – Nie mam jednak innego wyjścia. Jeśli nie pracowałbym po tamtej stronie, umarłym z głodu – ucina Abu Chader. Na nielegalne przekradanie się przez barierę decyduje się 30 tys. palestyńskich robotników, wielu codziennie.

Budowa płotu zacisnęła też jeden z węzłów gordyjskich konfliktu: sytuację w Jerozolimie. – Mur, otaczający miasto od południa, wschodu i północy, zbudowano, by trzymać Palestyńczyków z dala od Jerozolimy – mówi Gerszon Baskin, działacz pokojowy i tajny pośrednik między izraelskim rządem a Hamasem. – Zgodnie jednak z zasadą niezamierzonych konsekwencji nagle do miasta napłynęło 60 tys. Palestyńczyków. Ci ludzie przez lata wyprowadzali się na dalekie przedmieścia, gdzie było taniej. Teraz wrócili ze strachu, że zostaną odcięci od Jerozolimy na zawsze. W efekcie kwestia podziału Jerozolimy, najtrudniejsza w procesie pokojowym, jeszcze bardziej się skomplikowała.

Jak pokazuje trwająca w Iraku wojna, mur nieskutecznie oddzielił też irackich sunnitów od szyitów. Gdy wkrótce po obaleniu reżimu Saddama Husajna dwie najważniejsze społeczności Iraku skoczyły sobie do oczu, przez stolicę kraju przetoczyła się fala przemocy. Na porządku dziennym były zamachy, strzelaniny, porwania, przymuszanie „innowierców” do opuszczania domów. W kwietniu 2007 r. dowódcy USA w Bagdadzie doszli do wniosku, że nie ma innego sposobu na przerwanie pasma przemocy niż odgrodzenie sunnickiej dzielnicy Al-Adamija od reszty miasta. W ciągu zaledwie dwóch tygodni, zanim na fali oburzenia iracki premier przerwał budowę, amerykańscy żołnierze zdążyli postawić pięciokilometrowy mur z betonu, tzw. T-Wall. I choć projekt miał mieć charakter tymczasowy i, jakżeby inaczej, prowizoryczny – T-Wall stoi do dzisiaj. Jedyna różnica, że za pozwoleniem władz miasta betonowe ściany zostały pokryte wielobarwnym graffiti stworzonym przez lokalne kolektywy artystyczne.

Taka strategia przyjęła się też w sąsiedniej Syrii. W mieście Homs, jednym z epicentrów trwającej wojny, poszczególne dzielnice zaczęły się od siebie odgradzać w zależności od tego, kim są i z kim sympatyzują mieszkańcy. – Dostałem rozkaz, żeby wykopać rów wokół Homs, by zablokować infiltrację rebeliantów z centrum miasta na inne obszary. W ciągu kilku dni przyjechały buldożery i plan został natychmiast wykonany – relacjonował kapitan rządowej armii Jazin Dżuma. – Kazano nam też wybudować wysoki mur wokół alawickich dzielnic Al- -Zahra, Akrama, Wadi Al-Dahab i Nuzha. Mury miały być z betonu, wyposażone w kamery. Budowaliśmy je w sumie przez dwa miesiące. Zostaną zapewne na dekady.

NIE WIDZIMY ICH

Mury rosną jak świat długi i szeroki. Chińczycy wzmacniają instalacjami swoją granicę z Koreą Północną, Indie odgrodziły się murami od Bangladeszu i Pakistanu (również Iran postawił płoty na granicy z tym drugim krajem). Mury wzdłuż wszystkich swoich granic stawiają Uzbecy. Arabia Saudyjska nie życzy sobie nielegalnych gości z Jemenu, Botswana boi się uciekinierów z Zimbabwe, RPA – biednych Mozambijczyków. Kuwejtczycy uznali, że mur graniczny uchroni ich przed powtórką z irackiej inwazji. Przykłady można by mnożyć.

A we względnie bogatych miastach zaczynają wyrastać nowe getta. W ciągu ostatnich pięciu lat Słowacy odcięli murami romskie osiedla w kilkunastu miejscach, w tym największe osiedle romskie w kraju – blokowisko Luník IX w Koszycach. „Mury segregacyjne” Słowacy uznają za jedyny sposób na odseparowanie się od biedy i przestępczości, choć realna rola tych zapór sprowadza się co najwyżej do zapewnienia komfortu nieoglądania na poły koczowniczych sąsiadów. Do podobnych środków uciekli się Brazylijczycy: w Rio de Janeiro kilka lat temu ogrodzono murem 13 najbiedniejszych faweli. Pretekstem była ochrona położonego niżej parku Tijuca – jednego z ostatnich naturalnych pasów zieleni w wielkiej aglomeracji. Ludzie z faweli wiedzieli jednak, że to tylko wymówka. Uczciwiej sprawę rozegrano w Sao Paulo. Tamtejsze osiedle Alphaville odseparowano od reszty miasta już w 1978 r. Różnica jest taka, że w Alphaville mieszka elita metropolii, której przedstawiciele postanowili, że sielankę zapewni im 2,5-metrowy płot ukoronowany półtorametrową konstrukcją z drutów pod napięciem. Od tamtej pory patent zastosowano w kilkunastu innych bogatych dzielnicach miasta.

– Jest wiele kwestii, których nie da się rozwiązać przy otwartych granicach – stwierdził przeszło pół wieku temu przywódca NRD Walter Ulbricht w rozmowie z Chruszczowem, podczas której obaj przywódcy przyklepali decyzję o postawieniu muru berlińskiego. Historia pokazała jednak, że zamurowanie zachodniej części miasta nie rozwiązało żadnej z tych kwestii. – Nie ma dobrych przykładów. Był Wielki Mur w Chinach, była linia Maginota, była linia Mannerheima: w żadnym przypadku nie przyczyniły się one do obronienia kraju w chwili militarnej agresji – przekonywała niedawno Julia Tymoszenko, przeciwniczka budowy zapory na granicy z Rosją.

Do jej wyliczanki można dorzucić marokański mur – długi na 2700 km pas usypanych z piasku i kamieni wałów, który odcina kontrolowane przez królestwo prowincje od obszaru działania separatystycznego Frontu Polisario. Licząca sobie 30 lat struktura nie rozwiązała konfliktu o Saharę Zachodnią, co najwyżej go zamroziła. Mury to wygodne rozwiązanie, ale na dłuższą metę destrukcyjne. – Podzielone miasta zmieniają swój metabolizm, nie prosperują, nie rozwijają się – argumentuje Wendy Pullan, urbanistka z Uniwersytetu w Cambridge. – Nie ma ani jednego przykładu wskazującego na to, by mur rozwiązał gdziekolwiek jakieś problemy. Gorzej, jest tendencja do ustawicznego szkalowania tych, którzy są po drugiej stronie. Nie widzimy ich. Nie znamy ich. Nie lubimy ich. �

Okładka tygodnika WPROST: 46/2014
Więcej możesz przeczytać w 46/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0