Zbyt ciasny kaganiec intelektu

Zbyt ciasny kaganiec intelektu

Opór przed obowiązkową autocenzurą zaczyna się tam, gdzie narodziła się polityczna poprawność – na kampusach amerykańskich uczelni.

Dyskusja o politycznej poprawności przetacza się przez świat zachodni. Europa ma swoje problemy z ukrywaniem prawdy o problemach związanych z falą uchodźców i z udawaniem, że medialna krytyka nie może odnosić się do „ofiar przemocy społecznej”. Prawdziwa narodowa debata o granicach wolności słowa toczy się dziś przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Jedni mówią o „amoku” political correctness i niszczeniu wolności słowa. Inni w imię tej samej wolności słowa perorują o sprawiedliwości, poszanowaniu uciskanych grup społecznych i braku otwarcia na nowe idee. W wielokulturowej i wieloetnicznej Ameryce unikanie obraźliwego języka i samoograniczanie się do określeń neutralnych w imię tolerancji na pewno ma swoje uzasadnienie. Ale polityczna poprawność niekiedy sięga absurdu. W minionej dekadzie kilka okręgów szkolnych w USA zabroniło omawiania w szkole „Przygód Hucka Finna” Marka Twaina. Powód? W powieści napisanej w drugiej połowie XIX w. aż 219 razy użyto obraźliwego słowa nigger (czarnuch). W reakcji na krytykę dom wydawniczy New South Books wydał „poprawione” wydania zarówno „Hucka Finna”, jak i „Przygód Tomka Sawyera”, w których zakazane słowo na „n” zastąpiono wyrazem slave (niewolnik).


Na karb politycznej poprawności można zrzucić także toczącą się od lat dyskusję, czy drużyna futbolu amerykańskiego Washington Redskins, grająca w NFL – najbogatszej lidze sportu profesjonalnego na świecie, powinna zmienić nazwę na bardziej „neutralną” wobec Indian. Logo klubu oraz nazwa „Czerwonoskórzy” używane są od lat 40. ub. wieku. To tylko przykłady pierwsze z brzegu, bo polityczna poprawność od początku lat 90. jest mocno krytykowana oraz wyśmiewana i to nie tylko z prawej strony. Także środowiska konserwatywne są atakowane za stworzenie własnego systemu PC (jak w skrócie określa się political correctness).

NIEPOPRAWNY DONALD TRUMP

Rozkręcająca się kampania wyborcza w USA przeniosła dyskusję na temat politycznej poprawności na kolejny poziom. Po prawej stronie sceny politycznej uosobieniem kontestacji wobec PC, rozumianej jako unikanie mówienia wprost o niewygodnych problemach, stał się Donald Trump – miliarder finansujący wyścig do Białego Domu z własnej kieszeni. Przy wszystkich zastrzeżeniach do jego gruboskórnych wypowiedzi naruszających często granicę dobrego smaku trudno nie przyznać mu racji, gdy argumentuje, że PC zaczęła w USA przekraczać granice absurdu.

Sądząc po wynikach prawyborczych sondaży, wielu Amerykanów przyznaje mu rację. Wbrew temu, co wróżyli polityczni eksperci, miliarder pozostaje liderem republikańskich prawyborów. Już podczas pierwszej debaty kandydatów Partii Republikańskiej Trump poinformował wszystkich, że kultura poprawności politycznej stanowi zagrożenie, i konsekwentnie atakuje wszystkich używających „bezpiecznego” języka. Trump kulturze politycznej poprawności przypisał odpowiedzialność za masakrę w kalifornijskim San Bernardino, gdzie w strzelaninie zginęło 14 osób. Jego zdaniem sąsiedzi zradykalizowanego islamskiego małżeństwa nie chcieli poinformować władz o podejrzanych działaniach pary, bojąc się posądzenia o uprzedzenia rasowe. „Bali się oskarżenia o »profilowanie rasowe«. To coś złego. Każdy chce być politycznie poprawny i to jest problem, jaki mamy z tym krajem” – mówił Trump w programie telewizji CBS „Face the Nation”.

Mimo że od samego początku miała swych zagorzałych krytyków, polityczna poprawność stała się kanonem w amerykańskim życiu publicznym w latach 90. XX w. Sam termin zaczął być używany już dwie dekady wcześniej, głównie przez ruch feministyczny. Już w 1991 r. prezydent George H.W. Bush krytykował poprawność polityczną jako sposób na ucieczkę od mówienia wprost o problemach. „Co prawda ruch ten wyrasta ze szlachetnych pobudek, takich jak wykorzenienie pozostałości rasizmu, seksizmu czy form nienawiści, to jednak zastępuje on jedne uprzedzenia innymi. Powoduje, że pewne tematy, pewne wyrażenia i nawet gesty są odtąd poza zasięgiem” – mówił Bush ojciec podczas uroczystości zakończenia roku akademickiego na University of Michigan.

KOGO WOLNO OBRAZIĆ

Teraz na prawicy z wyraźną ulgą przyjęto fakt, że Trump mówi otwarcie, co myśli. Nawet jeśli często mija się z prawdą i przekracza granice wszystkiego, co do tej pory było dozwolone, to przy okazji pozwala innym kandydatom na śmielsze formułowanie myśli. A Trump nie przebiera w słowach. Prosto z mostu mówi wyborcom, co należy robić. Należy do polityków ostro potępiających plany sprowadzania do USA uchodźców z Syrii, twierdząc, że to otwieranie drzwi dla terrorystów. Mówi o wprowadzeniu zakazu imigracji do USA wszystkich wyznawców islamu, traktując ich jako obcych kulturowo. Opowiada przy tym o „tysiącach” amerykańskich muzułmanów, którzy w dniu zamachów z 11 września 2001 r. świętowali na ulicach (w rzeczywistości były to odosobnione incydenty). Jest jednak słuchany, bo podobnie myśli najbardziej konserwatywna część republikańskiego elektoratu.

Podczas swojej kampanii Trump zdążył już obrazić całe grupy wyborców – od imigrantów i Latynosów poprzez weteranów aż po kobiety. Zaatakował m.in. powszechnie szanowanego senatora Johna McCaina. Konkurent Trumpa Ben Carson okazał się niewiele lepszy. Potrafił na przykład wprowadzić w zdumienie dziennikarzy, opowiadając, że gdyby Żydzi w nazistowskich Niemczech mieli broń w domach, nie doszłoby do Holocaustu. Trump ma oczywiście zagorzałych przeciwników, którzy czują się przez niego obrażani. Ludzie wyrażający swoje niezadowolenie z tego powodu paradoksalnie wpływają jednak na wzrost jego popularności, ponieważ w oczach ich oponentów Trump wyrasta na obrońcę pierwszej poprawki do konstytucji, gwarantującej wolność słowa. „W tym przypadku użycie terminu »polityczna poprawność« wywołuje reakcję, która stawia takie osoby jak Trump w rzędzie ludzi odważnie walczących o wyrażanie swoich poglądów, choć nie musi to być do końca prawdą” – mówi Meg Mott, profesor politologii na Marlboro College w Vermont.

POPRAWNOŚĆ EKSTREMALNA

Profesor Matthew Woessner, politolog na Pennsylvania State University w Harrisburgu, zauważa, że problem zakazu używania zbyt agresywnego języka doprowadzono w Ameryce do ekstremum, przede wszystkim na liberalnych uniwersyteckich kampusach. Ale jednocześnie ostrzega, że Trump wykorzystuje atak na polityczną poprawność do wygłaszania ostrych, często nieuczciwych opinii, które w inny sposób trudno by mu było uzasadnić. – To kwestia zachowania pewnej równowagi – tłumaczy. Z jednej strony ludzie o lewicowych poglądach przyklejają etykietę rasisty lub seksisty komuś, kto przedstawia wyważone i godne uwagi argumenty polityczne. Z drugiej strony, prawica zbyt szybko próbuje zdezawuować głosy krytyki, twierdząc, że są one wyrazem politycznej poprawności. – Z tego punktu widzenia Trump szkodzi debacie publicznej, a nie broni merytorycznych argumentów, myśląc, że atak na polityczną poprawność da mu prawo do mówienia tego, co tylko zechce – uważa prof. Woessner.

Miejscem, gdzie traktowana śmiertelnie poważnie poprawność polityczna zaczęła przybierać naprawdę karykaturalne rozmiary, stały się przede wszystkim amerykańskie kampusy uczelniane (patrz: ramka). W ramach lansowanej przez media political correctness po strzelaninie w Charlestonie w lecie ubiegłego roku z przestrzeni publicznej zaczęła znikać flaga Konfederacji. Nie pomogły żadne tłumaczenia – mimo że w milionach mieszkańców Południa symbol ten nie budzi już rasistowskich skojarzeń, jest raczej wyrazem pewnej kulturowej odrębności, to w imię PC uznano, że flaga nie powinna być publicznie eksponowana. Pozdejmowano ją z gmachów publicznych w różnych stanach Południa.

W Stanach Zjednoczonych dyskusje o zasadności politycznej poprawności prowadzono już nieraz. Podobna do dzisiejszej batalia toczyła się w środowiskach uniwersyteckich w latach 80. i 90. Pojęcie politycznej poprawności i rozumienie zjawiska mocno się jednak zmieniło. „Tamten ruch zmierzał do ograniczenia wolności słowa – w szczególności języka nienawiści skierowanego przeciwko marginalizowanym grupom, ale także przyczynił się do zmiany kanonu – literackiego, filozoficznego i historycznego, rozszerzając i dywersyfikując sposób widzenia świata. Obecny ruch ma na celu przede wszystkim zapewnienie emocjonalnego komfortu” – wyjaśnia konserwatywny magazyn „The Atlantic”. Sukcesem tamtego ruchu była między innymi zmiana języka w sprawach dotyczących mniejszości etnicznych. Dzisiejszy ruch jest dużo trudniejszy do wyjaśnienia.

ZMĘCZENI POPRAWNOŚCIĄ

Zdecentralizowany system amerykańskiego szkolnictwa wyższego jest bardzo zróżnicowany i niektóre uczelnie potrafiły zareagować na nadmierny rozrost politycznie poprawnego kagańca. W październiku Inclusive Excellence Center (ciało dbające o „atmosferę kulturową”) przy uniwersytecie stanu Wisconsin zaleciło nieużywanie terminu „poprawność polityczna” na całym kampusie.

Everett Piper, prezydent Wesleyan University z Oklahomy, szkoły wyższej założonej przez konserwatywnych ewangelików, nazwał studentów protestujących w imię poprawności politycznej samolubami. Jego wpis: „To nie ochronka, to uniwersytet” – wywołał burzę. „Nasza kultura wychowuje nasze dzieci na osoby zaabsorbowane samymi sobą i narcystyczne. Za każdym razem, kiedy czyjeś uczucia są urażone, te osoby uznane zostają za ofiary. Każdy, kto ośmieli się im przeciwstawić, staje się hejterem, bigotem czy wręcz ciemiężcą szukającym ofiar” – twierdzi Piper. Michael S. Roth, prezydent Wesleyan University, też nie wytrzymał i na swoim blogu napisał, co myśli o studentach mieszkających w bezpiecznych miasteczkach akademickich i „walczących” o sprawiedliwość rasową i społeczną: „Nie męczy was czytanie o studentach college’ów, którzy w pampersach, z bezpiecznych miejsc ostrzegają wszystkich? Mnie tak”. Wpis wywołał prawdziwą burzę. Uwagi Pipera, konserwatywnego prezydenta konserwatywnego uniwersytetu, doczekały się 230 tys. udostępnień na Facebooku i zostały skomentowane przez ogólnokrajowe media. Środowiska liberalne reagują potępieniem, prawicowe – zrozumieniem i przypominaniem, że w USA powinno być miejsce dla takich instytucji jak Oklahoma Wesleyan, gdzie pracownicy – zarówno naukowi, jak i administracyjni – podpisują oświadczenia o zgodzie z przyświecającymi uczelni wartościami i jej misją.

Uczelnia nie zwraca zatrudnionym pieniędzy za część ubezpieczenia Obamacare obejmującą zwrot kosztów aborcji i kontroli urodzin. Odmawia też zatrudniania przedstawicieli mniejszości seksualnych. „Tęczowy transparent tolerancji niemal z dnia na dzień stał się flagą tyranii. To, co jeszcze wczoraj było wolnością nauczania, stało się dziś ideologicznym faszyzmem” – twierdzi Piper. „Zbyt często rektorzy uniwersytetów, rady rządzące uczelniami oraz główne postacie życia politycznego ulegają najbardziej reakcyjnym progresistom” – wtóruje konserwatywny „Wall Street Journal”. Komentarz redakcyjny tej wpływowej gazety zderza skłonność do tłamszenia swobody wymiany myśli z deklaracjami rektorów uważających się za sztandarowych liberałów. Bo jak można badać i opisywać rzeczywistość, jeśli nie można o niej otwarcie mówić? �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

EUROPA W PUŁAPCE POPRAWNOŚCI

róby zaklinania rzeczywistości w imię poprawnych politycznie poglą- Pdów mają katastrofalne konsekwencje. Szczycąca się swoją liberalną polityką imigracyjną Europa uznała niekontrolowany napływ uchodźców za wartość samą w sobie, która zasługuje na ochronę. Pierwsze oznaki poprawnego politycznie uporu, z jakim Europa postanowiła rozgrzeszać imigrantów z wszelkich występków, pojawiły się przy okazji masakr dokonanych w Paryżu przez terrorystów z Daesz. Francuskie władze, a za nimi media, długo podtrzymywały teorię o braku związku między zamachami a falą imigrantów maszerujących do Europy, dopóki służby specjalne nie ustaliły, że znani doskonale wywiadowi francuskiemu zamachowcy przedostali się do Europy, udając ofiary wojny w Syrii. W tym samym czasie z różnych zakątków Europy, od Norwegii po Bawarię i Włochy, zaczęły płynąć doniesienia o fali przemocy seksualnej, jakiej dopuszczają się imigranci, których przybycie do Europy miałoby, zgodnie z poprawną politycznie narracją, stanowić wybawienie dla starzejącej się UE. Próby ignorowania tych doniesień, zarówno przez władze, jak i media, doprowadziły do otwartego buntu policji niemieckiej wobec oficjalnej linii federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Swoje apogeum poprawna politycznie patologia osiągnęła w sylwestra w Kolonii, gdy masowe przypadki molestowania kobiet przez bandy imigrantów zostały zignorowane przez policję i całkowicie przemilczane przez media. Prasa, stojąca dotąd w awangardzie poparcia dla polityki imigracyjnej rządu Niemiec, najpierw solidarnie przemilczała skandaliczne zachowanie setek nowo przybyłych gości z krajów arabskich, a potem próbowała wmówić opinii publicznej, że nie mają oni nic wspólnego z kolońskimi incydentami. Dopiero policyjne statystyki, dowodzące, że sprawcami napaści są niemal wyłącznie młodzi muzułmanie, przybyli do Niemiec w ciągu ostatnich kilku miesięcy, zamknęły usta zaangażowanym w poprawny politycznie dyskurs dziennikarzom. Strategia polegająca na rozpaczliwych próbach tuszowania przestępstw popełnianych przez nowo przybyłych do Europy ludzi okazała się zabójcza dla zwolenników polityki multikulti. Po pierwsze, doprowadziła do całkowitej utraty wiarygodności przez media. Wedle badań niemieckiego instytutu Allensbach ponad połowa Niemców uważa, że media nie przedstawiają obiektywnie problemu imigracyjnego. Drugim wynikającym z tego problemem jest wzrost popularności skrajnie prawicowych ugrupowań, przed którymi miała bronić zmowa milczenia w sprawie skutków imigracji. JM

UNIWERSYTETY AWANGARDĄ POPRAWNOŚCI

a uniwersytecie stanu Missouri studenci zażądali usunięcia posągu Njednego z założycieli Stanów Zjednoczonych – Thomasa Jeffersona. Powód: był właścicielem niewolników. Podobne protesty odnotowano także w prestiżowych uczelniach Princeton i Yale oraz na stanowych uniwersytetach w Oregonie i Marylandzie. Oto w ramach egzekwowania politycznej poprawności grupa Black Justice League pojawiła się w listopadzie w biurze prezydenta Uniwersytetu Princeton, domagając się usunięcia z budynków i kursów uniwersyteckich nazwiska prezydenta Woodrowa Wilsona z uwagi na jego rasistowską przeszłość. Nie są to odosobnione przykłady ideologicznego ekstremizmu. W Georgetown już wcześniej przemianowano dwa budynki nazwane na cześć ludzi, którzy byli właścicielami niewolników. Na Harvardzie z tytułów kierowników kierunków studiów usunięto słowo master, ponieważ 150 lat temu oznaczało ono także właściciela niewolnika. Na Claremont McKenna College, po protestach na tle rasowym, podał się do dymisji główny administrator uczelni. W college’u Mount Holyoke studenci zrezygnowali z wystawienia osławionej sztuki Eve Ensler „Monologi waginy”, ponieważ w spektaklu nie znalazła się... transseksualna kobieta. A na wspomnianym wyżej Uniwersytecie Yale przez wiele dni toczyła się burza w sprawie e-maila jednego z pracowników dotyczącego zalecanego wyglądu kostiumów na Halloween.

Okładka tygodnika WPROST: 4/2016
Więcej możesz przeczytać w 4/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0