Hillary kontra wujek młodych Amerykanów

Hillary kontra wujek młodych Amerykanów

Jest senatorem, przyciąga na wiece wyborcze tysiące młodych ludzi, często powtarza słowo „nadzieja” i skutecznie rzuca wyzwanie politycznym faworytom. Brzmi znajomo?

Mowa nie o Baracku Obamie z 2008 r., tylko o mało wcześniej znanym senatorze ze stanu Vermont. Bernie Sanders w ciągu kilku miesięcy wyrósł na poważnego rywala Hillary Clinton w walce o Biały Dom. Po lewej stronie sceny politycznej Ameryki zrobiło się bardzo ciekawie.

Kampania niespodzianek


W Partii Demokratycznej wszystko miało być „pozamiatane” na długo przed zaczynającym się właśnie cyklem prawyborczym. Ma on wyłonić kandydata, który przejąłby schedę po kończącym drugą kadencję Baracku Obamie. To, co miało być dla Hillary Clinton spacerkiem po partyjną nominację, zmienia się jednak w koszmarne déją vu sprzed ośmiu lat. Była pierwsza dama, była senator i była sekretarz stanu, jeszcze do niedawna zdecydowana faworytka wszystkich sondaży, staje do prawyborczego wyścigu niepewna ostatecznego sukcesu. Wszystko za sprawą dużo radykalniejszego i bardziej lewicowego kontrkandydata. Według najnowszego sondażu Washington Post/ABC News Clinton w całym kraju prowadzi z Sandersem w stosunku 55-36 proc. wśród demokratów i niezależnych wyborców o lewicowych poglądach. Czteroprocentowym poparciem cieszy się były gubernator Maryland Martin O’Malley, który w tym wyścigu nie odegra już poważniejszej roli.

Przewaga byłej sekretarz stanu wyraźnie maleje. Jeszcze w grudniu prowadziła z senatorem z Vermont w stosunku 59-28. To nie koniec złych wiadomości, bo w stanach, w których na dobre rozkręciła się kampania prawyborcza, po prostu zaczęła przegrywać. W sąsiadującym z Vermont New Hampshire Sanders prowadzi już różnicą ośmiu punktów. Także w Iowa w najnowszym sondażu CNN/ORC Sanders jest górą stosunkiem 51-43 proc. Gdyby Clinton rzeczywiście przegrała i w Iowa, i w New Hampshire, mogłoby to oznaczać zasadniczy zwrot w kampanii prezydenckiej demokratów.

Wujek milenialsów

W 2008 r. Hillary Clinton też uchodziła za faworytkę. Przegrała z charyzmatycznym Barackiem Obamą. Czy teraz grozi jej powtórka tamtego koszmaru? Prawdopodobnie nie. Sanders zapewne nie będzie potrafił pozyskać takiego poparcia wśród czarnoskórych wyborców w stanach Południa, jakim cieszył się Obama – wszystkie sondaże wskazują, że to Hillary przyciągnie większość głosów mniejszości rasowych i etnicznych kluczowych dla uzyskania nominacji. Sanders bardzo dobrze prowadzi jednak kampanię opartą wyłącznie na datkach zwykłych wyborców. Jego ostatni spot reklamowy „America”, wykorzystujący motyw z piosenki duetu Simon & Garfunkel, tylko na YouTubie obejrzało 2,5 mln internautów. Pokazuje on – bez żadnego komentarza – zwykłych pracujących Amerykanów i rosnący entuzjazm związany z kampanią senatora z Vermont. „To najprawdopodobniej jeden z najlepszych politycznych spotów, jakie kiedykolwiek powstały w Ameryce” – uważa polityczny analityk Chris Graff. Bernie Sanders zawdzięcza swoją rosnącą popularność i zasypywanie przepaści w sondażach między nim a Hillary Clinton generacji „milenijnej” – osobom urodzonym w latach 80. i 90. Według socjologów grupa ta pokrywa się w dużym stopniu z entuzjastycznie nastawionym elektoratem Baracka Obamy, który doprowadził go dwukrotnie do wyborczego zwycięstwa – w 2008 i w 2012 r.

To paradoks – Sanders, najstarszy uczestnik prawyborczych zmagań kandydatów obu partii, skupił wokół siebie rzeszę najmłodszych entuzjastów. Widać to nie tylko na wyborczych wiecach (Sanders szczególnie chętnie pojawia się na uniwersyteckich kampusach), ale także w internecie. To właśnie mobilizacja tych osób jest kluczem do ewentualnego sukcesu Sandersa. „Na hippisa się nie nadaję” – powtarza 74-letni senator. Ale młodzi, przyjmując do wiadomości zaawansowany wiek Sandersa, traktują go raczej jak dobrego wujka, który opowiada im, jak zatroszczy się o ich sprawy. Generacja „milenijnych” jest w większym stopniu wyczulona na zmiany poglądów polityków (a Hillary miałaby tu sporo na sumieniu) i przypomina, że Bernie Sanders powtarza od lat dokładnie to samo. Według sondażu „Washington Post”/ ABC News aż 49 proc. zwolenników senatora z Vermont to osoby poniżej 40. roku życia. Wyborcy w tym przedziale wiekowym stanowią zaledwie 22 proc. elektoratu jego rywalki. Podczas wszystkich zgromadzeń publicznych widać, że Hillary Clinton przemawia częściej do osób starszych lub w dojrzałym wieku. Ale to właśnie ta ostatnia grupa wyborców dużo systematyczniej bierze udział w procesie prawyborczym.

Poezja i proza polityki

Sanders roztacza wizję reform socjalnych, proponując młodym ludziom darmowe studia i rozszerzenie opieki zdrowotnej oraz podział największych banków z Wall Street. Jednocześnie uderza w słabsze strony Hillary Clinton, przypominając przede wszystkim o tym, jak była pierwsza dama zmieniała swoje stanowisko w takich sprawach, jak małżeństwa gejowskie, wojna w Iraku, kontrola zakupu broni czy regulacja sektora finansowego. Obóz Sandersa bazuje tu na deklarowanym przez wielu wyborców braku zaufania do Hillary Clinton – ponad połowa Amerykanów ma wątpliwości co do jej wiarygodności i prawdomówności. Doradcy byłej pierwszej damy najwyraźniej próbują uniknąć błędów sprzed ośmiu lat. W kampanii z 2008 r. Hillary Clinton za sprawą doradców przypuściła bezpardonowy atak na Baracka Obamę. Mówiono o jego powiązaniach z byłym terrorystą Billem Ayersem, o radykalnych poglądach pastora kościoła, do którego uczęszczał. Upowszechniono nawet zdjęcie Obamy w afrykańskim stroju z jednej z jego podróży do Kenii. Przyniosło to skutek odwrotny od zamierzonego.

Tym razem kampania jest dużo bardziej wyważona. Clinton na każdym kroku pokazuje, że jest dużo lepiej przygotowana do objęcia prezydentury od rywala. Stale też zarzuca oponentowi brak realizmu w zgłaszanych propozycjach dotyczących polityki wewnętrznej oraz naiwność w kwestiach międzynarodowych. „Kampania to poezja, rządzenie jest prozą” – mówi Hillary Clinton. I przypomina, że jej polityczne doświadczenie to nie tylko jedno głosowanie w Senacie w sprawie wojny w Iraku, które już dawno uznała za błąd. Obóz Hillary Clinton zwraca też coraz częściej uwagę na niezdolność Sandersa do wygrania wyborów prezydenckich w listopadzie, gdyby to on otrzymał partyjną nominację. Daje do zrozumienia, że jest dla większości Amerykanów zbyt radykalny i lewicowy w proponowanych rozwiązaniach.

To jeden z charakterystycznych wyróżników amerykańskiego systemu politycznego – kandydata na prezydenta wyłaniają najaktywniejsi i często najbardziej radykalni zwolennicy jednej z partii, ale musi być on jednocześnie „wybieralny” przez umiarkowany elektorat decydujący o wyniku wyborów powszechnych. Sanders, gdyby jakimś cudem wygrał listopadowe wybory, byłby zresztą najstarszym prezydentem USA. Ronald Reagan, kiedy po raz pierwszy wprowadzał się do Białego Domu, był od Sandersa o sześć lat młodszy. Aby uśmierzyć te obawy, senator z Vermont obiecał upublicznić swoje dane medyczne.

Nerwowość lewej strony

Elektorat Partii Demokratycznej narzeka też na brak możliwości wyboru – tak jak to dzieje się u republikanów, gdzie o nominację stara się kilkunastu kandydatów. Wciąż mówi się o wielkim nieobecnym tegorocznej kampanii, czyli wiceprezydencie Joem Bidenie, który pod wpływem osobistych tragedii zdecydował, że nie weźmie udziału w wyścigu o Biały Dom. Nad demokratami wisi także widmo startu w wyborach byłego burmistrza Nowego Jorku Michaela Bloomberga, który wciąż zleca badania i studiuje swoje szanse jako kandydata tzw. trzeciej partii. Jak twierdzi, trudno mu się pogodzić z rolą, jaką odgrywa Donald Trump po prawej stronie sceny politycznej. Paradoksalnie jednak Bloomberg deklarujący konsekwentnie: „Jestem za aborcją. Jestem za prawami gejów. Jestem za imigrantami. Jestem przeciwnikiem broni palnej. Wierzę w Darwina”, odebrałby więcej głosów kandydatowi Partii Demokratycznej niż Trumpowi, gdyby ten wygrał prawybory.

Trudno jednak przypuszczać, aby polityczna proza, o której mówi Clinton, przekonała młodych entuzjastów i lewicowych idealistów marzących o zmianie generacji polityków w Waszyngtonie i reformach socjalnych. To sprawia, że najbliższe tygodnie na lewej stronie sceny politycznej zapowiadają się bardzo ciekawie. Sondaże pokazują, że po ostrych starciach w Iowa i New Hampshire Hillary powinna wygrać w kluczowych stanach dla „przyklepania” nominacji – na Florydzie, w Teksasie, Karolinie Południowej, a także w Nowym Jorku, Michigan, Illinois, Indianie i Kalifornii. Już raz się przekonała, jaka jest cena lekceważenia przeciwnika. W polityce nie ma nic za darmo i na prawyborczy sukces będzie musiała ciężko zapracować. ■

©℗ Wszelkie PRAWA zASTRzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 5/2016
Więcej możesz przeczytać w 5/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0