Żywe talizmany

Żywe talizmany

Nigdzie na świecie nie rodzi się więcej albinosów niż w rejonie afrykańskiego Jeziora Wiktorii. I nigdzie nie czeka ich równie tragiczny los.

Pięć lat. Tyle miała dziewczynka, której poćwiartowane zwłoki znaleziono rankiem 18 lutego w północnym Burundi. Miejscowa ludność odkryła je w krzakach, z obciętymi nogami i rękami. Po kończynach nie było jednak śladu. – Uzbrojeni mężczyźni wtargnęli do jej domu o pierwszej w nocy, następnie zaatakowali jej rodziców i zabrali dziecko – poinformowała agencję AFP Marie-Claudine Hashazinka, urzędniczka z administracji prowincji Kirundo, gdzie doszło do makabrycznej zbrodni. Dziecko zginęło tylko dlatego, że było albinosem.

Cztery lata temu podobny los spotkał 15-letnią dziewczynę, i to na przedmieściach Bużumbury, stolicy kraju. Z kolei w 2010 r. dziesięciu napastników brutalnie zamordowało matkę z pięcioletnim synem. Kobiecie obcięto piersi, a chłopcu wyłupiono nawet oczy. Według raportu organizacji Under the Same Sun (Pod tym samym słońcem), zajmującej się problemem napadów na osoby chore na albinizm, w ciągu ostatnich 15 lat padły one ofiarą co najmniej 300 ataków w 23 krajach Afryki. 10 tys. innych w obawie o własne życie musiało zmienić miejsce zamieszkania. Do zabójstw dochodzi w Kenii, Ugandzie, Zambii, Kongu, Nigerii i Burundi, jednak najgorsza jest sytuacja w Tanzanii. Tylko tam doszło w ostatnich latach do ponad 50 morderstw. Ten makabryczny proceder to mało znana twarz afrykańskiej magii.

W Afryce albinosów morduje się dla zysku. Analfabetyzm wśród miejscowych rybaków i górników popycha ludzi do bezgranicznej wiary w krwawe przesądy szamanów, a ci wierzą, że części ciała osób chorujących na bielactwo mają magiczną moc. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w te bzdury, to kuszące są pieniądze. Ręka lub noga kosztuje ok. 3 tys. dolarów. Kilka lat temu Czerwony Krzyż informował, że cały zestaw części ciała (kończyny, uszy, genitalia, nos, język) może być sprzedany nawet za 75 tys. dolarów. W warunkach skrajnej nędzy, w jakiej żyją Tanzańczycy, to bajeczna fortuna.

Ludzie duchy

Historie ofiar, które jakimś cudem nie wykrwawiły się i przeżyły atak, ściskają za gardło. – W środku nocy obudził mnie hałas. Zobaczyłam w izbie kilku mężczyzn. Powiedzieli, że przyszli po moją rękę. Prosiłam, by nie robili mi nic złego, bo jestem w ciąży – szlocha w rozmowie z reporterką stacji ABC, 28-letnia Mariamu Stanford.

Napastnicy wspaniałomyślnie oświadczyli, że jeśli kobieta nie będzie krzyczała, utną jej tylko jedną rękę. Odrętwiała ze strachu milczała, ale gdy odrąbali jej ramię, zawyła z bólu. – Wtedy odcięli mi drugą rękę. Wrzucili ją do worka i uciekli – kontynuuje swoją makabryczną opowieść. Tanzańskie Stowarzyszenie Albinosów (AAT) posiada dziesiątki tego typu udokumentowanych świadectw. Wśród nich historia nauczyciela z wioski pod Aruszą, który w tajemnicy zabił swojego syna, a sąsiadom opowiadał, że dziecko zaginęło. Na podstawie anonimowych donosów zlokalizowano jednak grób i przeprowadzono ekshumację. W ziemi znajdował się jedynie okaleczony tors chłopczyka. Trzy lata temu zaatakowano siedmiolatka, któremu napastnicy rozbili głowę cegłą i piłą odcięli lewą rękę. Zamordowano przy okazji 95-latka, który stanął w obronie wnuka. Gdyby nie zdecydowana postawa mieszkańców wioski, kilka miesięcy później zginęłoby też siedmiomiesięczne niemowlę. W 2010 r. cała Hiszpania żyła historią 22-letniego Abdoulaye Coulibaly, który nielegalnie przedostał się do Europy, by ratować życie. Chciał uniknąć losu brata, którego na jego oczach wrzucono do wulkanu. Wreszcie przypadek 39-letniej Marii Chambanenge, której odrąbano rękę w czasie snu. Napastników wpuścił do domu mąż kobiety, który namówiony przez szamana wierzył, że przyniesie szczęście całej wiosce.

– Te zbrodnie są potworne – nie kryła oburzenia Navi Pillay, komisarz ONZ ds. praw człowieka, która w 2013 r. przedstawiła problem na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Koledzy urzędnicy kiwali ze zrozumieniem głowami, kiedy potępiła falę „przerażających ataków” i wezwała rząd Tanzanii do bardziej zdecydowanych działań. I na tym poprzestano. Albinizm jest chorobą dziedziczną, występującą, gdy oboje rodzice – niekoniecznie dotknięci tym schorzeniem – przenoszą jego geny. Według WHO globalnie dotyka jedną osobę na 170-200 tys. W Tanzanii o wiele więcej – jedną na 3 tys. To ponury chichot losu, że ludzi dotkniętych bielactwem rodzi się najwięcej akurat w najbardziej nieprzyjaznym dla nich miejscu na Ziemi. Już same warunki klimatyczne potrafią być zabójcze. Z powodu braku melaniny w skórze, włosach i tęczówce oka albinosi są kilkadziesiąt razy bardziej wrażliwi na promienie słoneczne. W gorącym i suchym klimacie podrównikowym, gdzie przez większość roku praży słońce, takie osoby narażone są na głębokie poparzenia, nowotwory skóry oraz ślepotę. Do tego dochodzi piętno społeczne. Albinosi wśród czarnej społeczności od zawsze wzbudzali niezdrową sensację. Mieszkańcy uważali, że nie mogą mieć naturalnego pochodzenia, a za ich spłodzeniem stoją demony. W niektórych wioskach już samo pojawienie się takiego noworodka uznawano za zły omen i najczęściej zabijano go zaraz po narodzeniu. Białych Murzynów nazywano „zeru”, czyli duchami.

Do dziś zdarza się, że rybacy znad Jeziora Wiktorii wplatają w swoje sieci włosy albinosów, by zapewnić sobie urodzajny połów. Mało tego, wierzą, że dzięki nim znajdą w brzuchu złowionej ryby złoto. Swego czasu w podobne przesądy wierzyli miejscowi górnicy, którzy kropili kopalnie krwią albinosów. Kilka lat temu doszło nawet do tego, że groby osób z bielactwem zalewano betonem, by zapobiec profanacji zwłok.

Praca u podstaw

– Gdy byłem dzieckiem, słyszałem za plecami szepty: zeru, zeru (duch, duch). Dziś słyszę: interes, interes – podsumowuje obecną sytuację w kraju Samuel Meluga, przewodniczący Tanzańskiego Stowarzyszenia Albinosów. Problem stanowią przede wszystkim gangi lokalnych watażków, którzy uzbrojeni w karabiny i maczety zakradają się do wiosek i porywają albinosów lub w najlepszym razie ćwiartują ich ciała na oczach najbliższych. Za zabicie albinosa grozi dziś kara śmierci. Pierwszy wyrok zapadł 23 września 2009 r. w sądzie w Kahama.

Za porwanie i poćwiartowanie 14-letniego chłopca trzech sprawców zostało powieszonych. Znachorom zagrożono odbieraniem licencji, a policji zlecono sporządzenie list albinosów i zapewnienie im ochrony. W 2010 r. pierwsza albinoska prawniczka Al-Shaymaa Kwegyir została nawet wybrana do parlamentu. Problem jednak nie zniknął, a głęboka prowincja jest właściwie poza kontrolą. Vicky Ntetema z grupy obrońców praw człowieka przyznaje rozbrajająco: „Ludzie bardziej wierzą w szamanów niż w Boga, bo Boga nie widzą”. Zdaniem aktywistki zmiana mentalności zabierze jeszcze wiele czasu. Tymczasem w wielu regionach za schronienie w dalszym ciągu posłużą zamknięte ośrodki opiekuńcze, oddzielne szkoły i czujność sąsiadów.

Więcej możesz przeczytać w 10/2016 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także