Associated Press przypomina, że sprawa pensji jest przedmiotem "zapasów" między eurodeputowanymi i rządami unijnymi od dobrych 25 lat oraz że parlamentarzyści są od dawna oskarżani o to, że napychają sobie portfele kosztem podatników i to za niewielką pracę.
Już wcześniej kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder dawał do zrozumienia, że nie chce słyszeć o zrównaniu pensji deputowanych na zaproponowanym przez PE poziomie połowy pensji sędziego unijnego Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, czyli 8,6-9 tysięcy euro brutto. Nie jest to dobry moment na podejmowanie decyzji w sprawie pensji europarlamentarzystów, w sytuacji gdy w Niemczech rząd proponuje cięcia w wydatkach na ochronę zdrowia swoich obywateli, powiedział podczas poniedziałkowej debaty szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer, proponując, by wszystkie kraje jeszcze raz spokojnie przemyślały tę sprawę.
Niemcy bowiem, jako największy płatnik netto do unijnego budżetu, finansujący prawie jego czwartą część, poniosłyby większość kosztów tej reformy. Proponowane zmiany przeniosłyby ciężar wynagrodzeń deputowanych z budżetów krajowych na unijny i w praktyce poprzez kasę unijną Niemcy finansowaliby nie tylko własnych europosłów.
W dodatku kompromisowa propozycja przewidywała możliwość opodatkowania deputowanych w ich własnych krajach. Podatek trafiałby wtedy do budżetów narodowych państw członkowskich, a nie do budżetu unijnego, jak w przypadku funkcjonariuszy instytucji europejskich, co również nie podoba się Niemcom.
Nie przekonuje ich również to, że obecny, bardzo skomplikowany i również krytykowany system, stwarza pole do nadużyć, a kompromis obejmowałby uporządkowanie systemu zwrotu kosztów ponoszonych przez eurodeputowanych. Mają oni bowiem prawo do ubiegania się o zwrot z unijnej kasy kosztów przejazdu - paliwa w zależności od liczby zadeklarowanych kilometrów lub biletu lotniczego w biznesklasie. Nikt bowiem dotąd nie sprawdzał, jak naprawdę dojeżdżają parlamentarzyści do Strasburga czy Brukseli, co zdaniem urzędników Parlamentu Europejskiego, daje im możliwość "dorobienia" do obecnej pensji na zwrocie kosztów przejazdów.
Każdy europoseł dostaje też diety na hotel i utrzymanie w czasie wyjazdów (262 euro dziennie), 12,5 tysiąca euro miesięcznie na zatrudnienie asystentów i zakup sprzętu oraz 3,6 tysiąca euro na bieżące koszty utrzymania biura. Może też występować o opłacenie zewnętrznych konsultantów.
W rzeczywistości dochody wielu obecnych eurodeputowanych są znaczne wyższe niż bardzo zróżnicowane pensje wypłacane przez parlamenty narodowe (od 3 tysięcy euro miesięcznie w Hiszpanii do 11 tysięcy we Włoszech; w Polsce jest to 11 tys. złotych).
Zdaniem dyplomatów z tych krajów, są niewielkie szanse na wyjście z impasu przed czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.
Zwolennikiem wyrównania wynagrodzeń jest m.in. szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz. "Wydaje się, że dotychczasowa praktyka wynagradzania eurodeputowanych w różny sposób za tę samą pracę w zależności od tego, na ile stać ich budżety narodowe, to sytuacja naganna" - powiedział w przerwie obrad unijnej Rady ministrów spraw zagranicznych w Brukseli.
Przyznał, że kompromis będzie wymagał obniżenia proponowanych pensji. Francja proponowała na przykład ustalenia ich w wysokości 7,6 tysiąca euro miesięcznie, czyli średniej wynagrodzeń parlamentarzystów w obecnych państwach członkowskich. Zwrócił też uwagę, że propozycja zrównania ich pensji obejmuje surowsze zasady zwrotu kosztów. Nawiązał do podejrzeń, że wielu europosłów deklaruje koszty wyższe od rzeczywistych: "Tajemnicą poliszynela jest tradycyjna już praktyka dorabiania sobie do tych niekiedy bardzo niskich wynagrodzeń czasami bardzo dyskusyjną kalkulacją kosztów" - powiedział.
em, pap