Z Somalii do Polski: Do trzech razy sztuka

Z Somalii do Polski: Do trzech razy sztuka

Dodano:   /  Zmieniono: 15
Elmi Abdi
Elmi Abdi / Źródło: Mateusz Żaboklicki/Festiwal AfryKamera
Okolice Placu Zamkowego, Podwale. Samo serce Warszawy. Czekam naprzeciwko pomnika Jana Kilińskiego w taksówce, do której chwilę później wsiada 52-letni czarnoskóry Elmi Abdi. Za godzinę Legia Warszawa przy Łazienkowskiej podejmie Cracovię.

– Trudny mecz, co?

– Nie będzie łatwo. Cracovia to dobra drużyna – odpowiadam.

– Ale dziś pada. Oglądałem mecz Polska-Anglia. Basen Narodowy. Straszny błąd organizatorów. Ciekawe, jak dzisiaj dzisiaj wyglądało boisko – odpowiada. W trakcie rozmowy przekazuję kopertę z biletami. – Proszę, sprawdź, czy wszystko się zgadza.

Elmi poprawia okulary na nosie. 63... PESEL w porządku. Wkłada swój bilet do białej koperty z logiem Legii Warszawa i chowa do wewnętrznej kieszeni kurtki. Jedziemy dalej.

Polska to kraj, z którego pochodzi Boniek

– Gdy zapytałem żonę, czy zajmie się dzisiaj dzieckiem, bo idę na mecz, to powiedziała, że oszalałem.

– Boisz się?

– Ona boi się jednak najbardziej. W telewizji widziała, jak się biją na meczach. A ja mam przecież czarną skórę. Całym sercem kibicuję Legii Warszawa, ale zawsze bałem się iść na stadion. Cały czas śledzę karierę Bońka, Somalijczycy w latach 80. naprawdę go kochali. Wtedy o Polsce wiedziałem tylko tyle, że to kraj, z którego pochodzi Zbigniew Boniek. Był w Somalii prawdziwą legendą. Oglądaliśmy ligę włoską, puszczali ją nawet w kinach. Niewielu miało telewizor i anteny, więc chodziliśmy oglądać AC Milan, Juventus, Napoli. Poza gwiazdą Juventusu i AS Roma, z Polski znałem jeszcze Lecha Wałęsę i Jana Pawła II. W szkole uczyliśmy się o II wojnie światowej, o tym, że było NATO i „Warsaw” – dwie siły, a granica przebiegała w Polsce. I że Warszawa była strasznie zniszczona, jak moja Somalia po wojnie w latach 90. 

– W Mogadiszu oglądaliście mecze?

– Chodziliśmy na mecze, a kilku moich kolegów, z którymi wcześniej grywałem na podwórku, znalazło się potem w pierwszej lidze, Serie A. 8-10 drużyn, każda była reprezentacją jednego ministerstwa. Stadion mieliśmy ogromny, na 40 tysięcy osób – opowiada Elmi. Dwa razy większy niż ten należący do Legii, stadion w stolicy Somalii po wojnie został totalnie zniszczony. Dziś niewiele z niego zostało, liga też się rozpadła. Przez dwa lata, 1991-93 nie grali wcale przez wojnę. Teraz grają, 8 drużyn, SSF First Division, ale poziom mizerny. Jak poziom życia w tym kraju.

Pierwsze mecze o stawkę

– Ja też trochę grałem w piłkę. Wiesz, na początku w Somalii było naprawdę bezpiecznie, szczególnie gdy rządził dyktator Mohammed Siad Barre. Urodziłem się i wychowałem za jego panowania w Mogadiszu. Ojciec, Ahmed, zmarł, gdy miałem 4 lata, a matka – Fadumo, nie miała żadnego zawodu i nie było jej stać, żeby nas utrzymać, dlatego zajął się mną wujek. Mieszkaliśmy w dzielnicy oddalonej od portu morskiego o ok. 150 m. W somalijskich dzielnicach nie ma typowych ulic. Są tylko ścieżki, bez nazw i numerów. Jak ktoś nie znał dobrze danej dzielnicy, to musiał się umówić w konkretnym miejscu, punkcie z kimś, kto tam mieszka, bo sam by nigdzie nie trafił. Domy były z cementu, a większość z nich u góry miała tylko blachę. Niewielu stać na cementowe krycie dachu. Rodzina, z którą mieszkałem, prowadziła swoją restaurację, połączoną z domem, przy głównej ulicy w naszej dzielnicy. Kuchnia somalijska – ryż, spaghetti, mięso, gulasz, wątroba. Rano na śniadanie serwowaliśmy herbatę z mlekiem i cynamonem i bardzo popularne naleśniki canjeero, zazwyczaj z mięsem. Mięso dodaje się do wszystkiego, do każdego dania. Bez tego w ogóle się w Somalii nie funkcjonuje.

Już jako kilkuletnie dziecko przychodziłem do pracy. Zazwyczaj sprzątałem, czasami pomagałem na zmywaku. Jako dziecko zacząłem też kopać piłkę. Byłem dobrym zawodnikiem, ale nie miałem warunków. Za chudy, za drobny. Graliśmy boso na piasku, na boisku lub plaży. Nie mieliśmy sprzętu. Ktoś przynosił piłkę, ktoś inny szukał kamieni, z których da się zrobić słupki. Organizowaliśmy podwórkowe turnieje. Dzieliliśmy się na dwie drużyny, każdy płacił po 2 szylingi, wszystkie pieniądze trafiały do sędziego i ten, kto wygrywał, zgarniał całą pulę.

Koledzy nie uwierzą, że byłem na Legii

– Na studiach byłem w reprezentacji uniwersytetu. Studiowałem weterynarię na Gaheyr w Mogadiszu – najlepszy uniwersytet w kraju, chociaż chciałem iść na medycynę, ale się nie dostałem. Uczyłem się bardzo dobrze, ale ważniejsze niż punkty z „teranu” (afrykańskiej matury), były znajomości i łapówki. Żeby po studiach dostać dobrą pracę, też musisz mieć znajomości albo zapłacić łapówkę. Jak ktoś kończy ekonomię, to żeby pracować w banku, musi zapłacić. Nie da się też awansować bez łapówki. Udało mi się załapać do ministerstwa hodowli bydła. Gospodarka Somalii jest uzależniona od hodowli bydła, dlatego mamy od tego oddzielne ministerstwo. Przez 3 lata pracowałem w biurze, czasami wyjeżdżałem poza stolicę coś skontrolować, np. jak bydło miało być wysłane za granicę, trzeba było zrobić kwarantannę. W styczniu 1991 roku wybuchła wojna domowa. Właśnie w tym momencie mieli mnie z ministerstwa przenieść do oddziału w innym mieście, do Kismaju. W dzieciństwie nigdzie nie wyjeżdżałem. Bałem się podróży i przeprowadzki, bo całe życie mieszkałem w stolicy, chociaż później okazało się, że Bóg przygotował dla mnie jeszcze dłuższą wędrówkę. Po wybuchu wojny przestaliśmy pracować i już tam nie wróciłem – odpowiada Elmi i wyciąga z kieszeni smartfona. Sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki i raz jeszcze wyciąga bilet. Ogląda go dokładnie, po czym kładzie na kolanach i robi zdjęcie. Pierwsze – z fleszem, nie wyszło. Za jasne. Drugie jest w porządku. – Koledzy nie uwierzą, jak im powiem, że byłem na Legii.

I warszawskie, kolorowe sny

Taksówka zatrzymuje się przy ulicy Czerniakowskiej. Bliżej wejścia nie może podjechać, bo jest korek i do bramy musimy dojść sami. Zaraz po wyjściu z samochodu Elmi nerwowo wyciąga paczkę papierosów. Odpala jednego. Jeszcze nie zdążyliśmy dojść do bramki, odpala drugiego.

– Wzięłam szalik z barwami Legii.

– Ja założę, ale dopiero jak wejdziemy. Jak wejdziemy na stadion, dobrze? Teraz jeszcze nie – odpowiada i nerwowo rozgląda się po okolicy. Jest godzina 17:30, na dworze ciemno. Tłumy kibiców zmierzają w kierunku stadionu. Wśród nich dzieci, kobiety, ale przeważają młodzi mężczyźni ubrani w barwy czerwono-biało-zielone. Stoimy w długiej kolejce do bramek. Po kilku spalonych papierosach w oczekiwaniu na naszą kolej, podchodzimy do bramki. Ja pierwsza, pokazuję dokument i bilet. Za mną Elmi. Podchodzi do niego ochroniarz, każe podnieść ręce do góry i przeszukuje kieszenie. Wszystko w porządku, możemy iść dalej. Po kilku minutach poszukiwania naszego miejsca znajdujemy się na Trybunie Wschodniej, trybunie „Deyny”.

– Mieliśmy być naprzeciwko Żylety. Tu są normalni kibice, nie sektor rodzinny – przypomina zaniepokojony Elmi.

– Byłam na tej trybunie kilka razy i naprawdę nic się nie działo.

Elmi nie odpowiada.

Zajmujemy swoje miejsca. Kibice zwracają uwagę na czarnoskórego Somalijczyka, przypatrują mu się, ale nie reagują. Koło Elmiego siedzi młody chłopiec. Około 7 lat. Gdy próbuje się przecisnąć między nami a niższym rzędem, Elmi chwyta go za ramię, by nie stracił równowagi. Chłopiec trochę się przestraszył, spojrzał głęboko w oczy Somalijczyka i usiadł jedno miejsce dalej. Kilka minut do meczu. Elmi wyciąga z mojej torby szalik z barwami Legii Warszawa. Kibice obecni na stadionie podnoszą się ze swoich miejsc. Rozbrzmiewa „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. 17 tysięcy osób na Łazienkowskiej podnosi ręce z szalikami do góry i zaczyna śpiewać hymn Legii Warszawa. Wśród nich Elmi Abdi.

Strzępy ciał zalane krwią

Mecz zaczyna się bardzo dynamicznie. Już w 5 minucie Nemanja Nikolić strzela pierwszego gola dla Legii. Cały stadion w euforii. Spiker Legii Warszawa komentuje – strzelcem Nemanjaaaaaaaa....

– NIKOLIĆ! – odpowiada cały stadion, a wraz z nim Elmi. Wstaje z miejsca, zaczyna skakać razem z kibicami. – Dobra, jeszcze jedna bramka i będzie spokojnie. Byleby było 2:0 – dodaje. Co jakiś czas rozgląda się, dokładnie obserwuje zachowanie pozostałych kibiców.

– Mówiłeś o tym, że w 1991 roku zaczęła się wojna i chcieli was przenieść do innego oddziału...

– W mojej dzielnicy piekło zaczęło się na początku 1992. Jak zaczęli rzucać bomby, to z ciekawości poszedłem zobaczyć ich skutki. Pierwszy raz widziałem martwych ludzi leżących na ulicach. Ciała kobiet, dzieci, mężczyzn, krów. Porozrzucane, zalane krwią, porozrywane, luzem leżały gdzieś kończyny. Ten widok był taki szaro-czerwony. Wszędzie dym, kurz, jakbyś oglądała film czarno-biały. I do tego ta czerwona krew, która była wszędzie: na ulicach, na ubraniach tych ludzi, na ich twarzach. Ja nie mogłem na to patrzeć. Uciekłem do domu. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat, byłem chwilę po studiach. Ten widok był przerażający. Nigdy wcześniej aż tak się nie bałem. To prawda, chciałem być lekarzem i leczyć ludzi, ale leczyć żywych. Ci ludzie nie żyli, to były strzępy, fragmenty ciał zalane krwią. Ponad moje siły.

– W domu było bezpiecznie?

– Nasze mieszkanie nie miało sufitu. U góry była tylko blacha, więc nie można się było pod nią schronić, gdy okolica była ostrzeliwana przez ciężką artylerię. Pewnego ranka z bratem ciotecznym wyszedłem z domu. Miałem przy sobie tylko klucze. A na sobie - ma'awiis (rodzaj spódnicy, noszony przez mężczyzn w Afryce, zazwyczaj po pracy) i zwiewną koszulę. Gdy w pobliżu zaczęła się strzelanina, postanowiliśmy się rozdzielić. Brat szukał kryjówki u kolegi. Ja poszedłem do portu morskiego. Schowałem się w hangarze. W środku były jakieś stare kutry, sieci, fragmenty statków. Czuć było ryby i zapach zgnilizny, ale było w miarę bezpiecznie i nawet strzały słyszałem mniej. Może dlatego, że dach był chociaż normalny. Z tamtego miejsca obserwowałem okolicę. W porcie stała łódź, na którą ładowane było bydło. Zauważyłem, że ludzie zaczęli wybiegać z kryjówek i wskakiwać na pokład. Nie miałem przy sobie niczego: ani dokumentów, ani pieniędzy. Pomyślałem, że prom odpłynie kawałek, a wieczorem, jak sytuacja się uspokoi, wrócimy do domu. Zdecydowałem się skoczyć na łódź. Ryzykowaliśmy życie, ale w domu była wojna, więc nie wiem, co było większym ryzykiem: zostać czy odpłynąć.

– Wróciliście?

– Nie, po 11 dniach na Morzu Arabskim znaleźliśmy się w Dubaju. Łódź nie była przeznaczona do transportu ludzi, tylko bydła. Nie było nawet GPS-a. Na pokładzie było ok. 20 osób z załogi. Kolejne 40 doskoczyło. Zmusiliśmy kapitana, by odpłynął z nami. Ci, którzy wskoczyli przede mną, mieli broń. Krzyczeli „zabijemy cię, jeśli tego nie zrobisz”. Jedzenia było bardzo mało, bo zapasy przeznaczono na 20-osobową załogę. Co jakiś czas dostawaliśmy małą porcję ryżu. W Dubaju kapitan powiedział, że łódź nie została porwana, ale mimo to zabrano nas do więzienia, bo byliśmy tam nielegalnie. Prosiliśmy o azyl, ale nie przyjmowali uchodźców. W więzieniu deportacyjnym spędziliśmy 2 miesiące. Co jakiś czas odwiedzali nas Somalijczycy z naszego klanu Hawiye, mieszkający w Dubaju. Dzięki nim wysłałem list do domu, by rodzina dowiedziała się, że żyję – opowiada Elmi.

Wielbłądy za morderstwo

W Somalii działa „system”, który polega na klanach. Jeśli ktoś z klanu ma problem, to pozostali mają obowiązek mu pomóc. To jak wielka rodzina, mimo że się nie znają. W obrębie klanu jest solidarność, wspólnota, a między klanami – wojna i nienawiść. – Z tymi naszymi klanami to jest tak, jak wśród kibiców. Jeden klan, np. Legia Warszawa, nienawidzi się z Lechem Poznań. A ma na przykład zgodę z Zagłębiem Sosnowiec. To tak jak w obrębie dużego klanu jest podział na mniejsze – tłumaczy Elmi.
Każdy klan w latach 90. był zaangażowany w wojnę. Na początku, żeby obalić dyktatora, wszystkie klany się połączyły. Gdy on odszedł, zaczęła się prawdziwa walka o władzę, między sobą. Po puczu władzę objął Ali Mahdi Mohamed. Każdy Somalijczyk, który miał możliwość, uciekał. Niektórych nie było na to stać. Uciekali nawet z klanu, który rządził, bo te rządy były bardzo niepewne. Jeden pucz, jedna walka, albo na chwilę szala przechyli się na stronę innego klanu i to ty będziesz przegrywał. 

Hawiye: dziedzic tożsamości

W Polsce mieszka dzisiaj ok. 25 Somalijczyków (większość w Warszawie i w Poznaniu) i nie obowiązują ich podziały na klany. – Nasz wspólny cel to przetrwanie. My, Somalijczycy mieszkający w Europie, próbujemy o tych podziałach zapomnieć i prowadzimy nawet kampanię na rzecz likwidacji klanów, bo nic dobrego z nich nie wychodzi – mówi Elmi. Ludzie wykształceni w Somalii w ogóle już tego nie używają. Ważniejsze niż to, kim (czyli z jakiego klanu) jesteś, są znajomości. Ludzie w mniejszych miastach używają podziałów na klany, bo z nimi związany jest głównie podział władzy. Nie ma typowego parlamentu, państwowej policji, armii, nawet więzień. Jeśli chcesz być w rządzie, to każdy klan ma swoich ministrów. Nie ma wyborów, nie ma demokracji i żadnej instytucji, która tworzy prawo. Jest prawo zwyczajowe i każdy ma go przestrzegać. Za popełnienie przestępstwa musisz zapłacić, a pieniądze nie trafiają do państwa, ale do pokrzywdzonego.

– Wróćmy do momentu, w którym niespodziewanie znaleźliście się w Dubaju...

– W Dubaju dostaliśmy tylko paszporty i deportowano nas do Syrii. Tam odnalazłem swój klan – Habar Gidir. Habar Gidir to po somalijsku szejk. To też część większego sunnickiego klanu Hawiye. Hawiye znaczy „dziedzic tożsamości”. Ludzie z Hawiye to najczęściej pasterze, rolnicy, kupcy. Handlują zabytkowymi towarami, bydłem, skórami, kością słoniową i ambrą z wieloryba. Somalijczycy z Habar Gidir pomogli mi, spędziłem z nimi w Damaszku 8 miesięcy. Ani przez moment nie myślałem, by wrócić do domu. Chciałem jechać dalej, na Zachód. W Syrii znalazłem pośrednika, który przez Ukrainę za 150 dolarów załatwiał wizy i dokumenty. Miał jakieś kontakty w ambasadzie. Później trzeba było zorganizować konwój, zebrać ludzi do autokaru. W mieście było głośno o pierwszych transportach. Uchodźcy żyli tym, że komuś się udało. Latem 1994 roku wyruszyłem autobusem do Moskwy. Pieniądze miałem od przyjaciół.

Legia gra, a ty śpisz?

„Staruch” z kibicami z Żylety podrywają kibiców i zaczynają podskakiwać. „Tańczymy labada, labada, labada, tańczymy labada, małego walczyka” – Elmi przerywa opowieść i podskakuje z innymi kibicami, ciesząc się z przewagi Legii nad Cracovią, która utrzymuje się do końca pierwszej połowy. Drużyna ze stolicy ma kilka sytuacji podbramkowych, ale wynik się nie zmienia. Wiele razy faulowany jest za to Guilherme. Za każdym razem Elmi zrywa się z miejsca i krzyczy „sędzia! Kartka, daj mu kartkę!”. W przerwie zmarznięci i przemoknięci do suchej nitki idziemy po herbatę. Kolejka zdaje się nie mieć końca.

– Czy możesz poczekać w kolejce, a ja w tym czasie zapalę? – pyta Elmi i wyjmuje paczkę papierosów. Po spaleniu pierwszego wraca do mnie. – Zadzwonię do kolegi. Jest DJ-em. Poznałem go jeszcze jak pracowałem w klubie. To największy kibic Legii, jakiego znam. Pewnie jest na meczu.

Wybiera numer. Po chwili słyszę – Co? Legia gra, a ty śpisz? Ja jestem na stadionie!!!

Odchodzi na moment, by porozmawiać. Przy okazji pali kolejnego papierosa. Wraca po chwili. –Nie wierzyłem, że nie ogląda. A on nie wierzył, że jestem na meczu. Spał zmęczony po pracy i chyba bierze go jakaś choroba. Był w szoku, że jestem na stadionie. Później mu opowiem.

– W Moskwie też kibicowaliście?

– Kibicowaliśmy Spartakowi Moskwa. Rosyjska Priemjer-Liga, dobry poziom. Biało-czerwone stroje, takie jak reprezentacji Polski. Może to było proroctwo, może jakiś znak od boga? W Moskwie dość szybko zatrudniłem się na budowie u Turków. Wiadomo, jak na czarno zatrudnili czarnych ludzi, to do – jak to się mówi w Polsce – czarnej roboty. Nosiliśmy ciężary, wypakowywaliśmy dostawy materiałów, które przyjeżdżały, czasami jakieś prace na wysokościach. Był problem tylko z tym, żeby się dogadać. Zacząłem uczyć się rosyjskiego z wiadomości, gazet, ulicy, telewizji. Należałem do drużyny Somalijczyków, z którą zagrałem nawet w turnieju dla obcokrajowców. Organizował go uniwersytet w Moskwie. Brały w nim udział zespoły z Nigerii, Kamerunu, Wybrzeża Kości Słoniowej i innych. Nie wyszliśmy nawet z grupy.

2 tysiące za sztukę

– Zacząłem odkładać pieniądze na transport do Polski, bo na otrzymanie wizy w Rosji nie było szans. Po 3,5 roku zdecydowałem się na wyjazd. Przemytnicy za transport brali co najmniej 2 tys. dolarów. Za „sztukę”. Przemyty organizowali Rosjanie. W mojej grupie było kilku Wietnamczyków, Pakistańczyków i Somalijczyków, sami mężczyźni. Najpierw z Moskwy przewieziono nas na Białoruś. Później transport ruszył na Litwę. Około 50 osób ściśniętych w jednej ciężarówce. Im więcej osób zapakują do jednego wozu, tym lepszy mają biznes. Trudno było oddychać. O rozmawianiu nawet nie było mowy. Nie było nic do jedzenia i picia. Plan był taki, że wyjeżdżamy w nocy, a w Polsce jesteśmy rano. Nikt nie spodziewał się, że będą komplikacje, że podróż się tak wydłuży. Przez pierwsze 3 dni nic nie jedliśmy. Jak w nocy schowali nas w bunkrach, to od gospodarza, który nas tam krył, dostaliśmy herbatę. Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy na zewnątrz. W nocy dotarliśmy na Litwę, gdzie przemytnicy wynajęli mieszkanie. Jedna mała kawalerka dla 15 osób. Sąsiedzi zauważyli nowych lokatorów. Zadzwonili po policję. Rano przyjechał wóz, zabrał nas do więzienia w Wilnie. Spędziliśmy w nim ponad 2 tygodnie, po czym zawrócono nas do Moskwy. Musiałem wrócić na budowę, by odłożyć pieniądze na kolejny transport. Zarobiłem ok. 300 dolarów, resztę dosłali mi znajomi z klanu i kolejny raz spróbowałem.

Kolejny raz był zimą. Przy granicy litewsko-polskiej czekaliśmy tydzień, schowani w chlewie, w którym na co dzień przechowuje się świnie. Świnie ściśnięte w jednej zagrodzie, odgrodzone metalową barierką. My w drugiej.

Gdy nad ranem stamtąd ruszyliśmy do Warszawy, z naprzeciwka naszą ciężarówkę wymijała straż graniczna. W wozie siedział przeszkolony pies, który wyczuł, że samochód przewozi ludzi. Zawrócono nas na Litwę. Kazano oddać narkotyki, których w życiu nie braliśmy. Były tylko pretekstem, bo chcieli po prostu zabrać wszystkie nasze pieniądze. Na 6 miesięcy trafiliśmy do więzienia w Kownie, bo nie było ośrodków dla uchodźców. Później moją grupę przeniesiono do koszar – wielkich hal w środku lasu. Wcześniej ćwiczyli tam i trenowali żołnierze, a później umieszczano w nich nielegalnych imigrantów. Znajdowało się tam wtedy ok. 300 osób z Pakistanu, Indii, Wietnamu, Kazachstanu i Afganistanu. Wszyscy byli wykończeni i zupełnie bez pieniędzy. Myśleli, że to koniec. Ja też nie miałem niczego, ale wychowywałem się w islamie, który mówi, żeby być przygotowanym na to, co przyniesie jutro. Każdy nasz krok jest już zapisany, nie mamy na niego wpływu. Liczyłem, że Bóg napisał dla mnie dobry scenariusz.

Rabat: 2 sztuki gratis

– Zaprzyjaźniliśmy się z naczelnikami wojska i żołnierzami przebywającymi na terenie bazy. Zastanawiasz się, jak do tego doszło, skoro byli od tego, by nas pilnować? Po prostu z nimi rozmawialiśmy. Zobaczyli w nas ludzi, takich samych jak oni. Po 4 miesiącach zaczęło się organizowanie nielegalnych przemytów do Polski, przy których pomagali. „Ile macie pieniędzy?”, „Razem – 6 tysięcy dolarów”, „Dajcie te 6 tysięcy i jedziecie wszyscy. To taki rabat”. Te 6 tysięcy dolarów, które udało się zebrać, dostaliśmy od znajomych mieszkających w Rosji, bo wszystkie pieniądze zabrano nam podczas przeszukania. W 1996 roku dotarliśmy do Polski. Granicę przekraczaliśmy piechotą, a po polskiej stronie czekały na nas samochody. Za trzecim razem się udało.

„Do trzech razy sztuka”, to moje ulubione powiedzenie do dzisiaj. Pierwsze 2 miesiące spędziłem w ośrodku recepcyjnym w Dębaku, a kolejnych 9 – w Pcimiu koło Krakowa – opowiada Elmi.

„Wszyscy razem w jednym tempie”

Wracamy na trybunę na drugą połowę. Zaczyna się od dwóch zmian w zespole gości. Na boisku pojawia się Boubacar Diabang Dialiba, czarnoskóry Senegalczyk. Elmi się przypatruje. Kibice na niego nie reagują. Kilka minut później Nikolić strzela drugiego gola, a kibice przepełnieni euforią zaczynają śpiewać. Elmi krzyczy, skacze, bije brawo i zaczyna śpiewać z kibicami: „Mistrzem Polski jest Legia, Legia najlepsza jest...”! Dziesięć minut później ten sam zawodnik trzeci raz trafia do bramki. Legia prowadzi 3:0. – No, to teraz już spokojnie. Jest bezpiecznie. Już nas nie pokonają – oznajmia zachwycony Somalijczyk.

– W ośrodku oglądaliście mecze?

– W Pcimiu czas płynął wyjątkowo wolno, bo nie było co robić. Czasami graliśmy w billard, organizowaliśmy turnieje lub oglądaliśmy mecze. Nie kibicowaliśmy nikomu, bo za rzadko oglądaliśmy, żeby się wdrożyć. Poza tym to były pierwsze dni w Polsce i nikt nie wiedział nic na temat ekstraklasy, klubów. Ba, nawet nie wiedzieliśmy, jak ich nazwy wymawiać. W soboty chodziliśmy na dyskoteki do klubu „Czarny Lew” koło Pcimia. Pamiętam nawet jedną piosenkę, była wtedy popularna. Leciała mniej więcej tak „wszyscy razem w jednym tempie...” (Reni Jusis – Zakręcona). Teraz często słyszę ją w radiu, gdy siedzę w fundacji i przypominam sobie tamte czasy.

– Jak wyglądały pierwsze dni w Warszawie?

– Przyjechałem pociągiem z Krakowa zaraz po otrzymaniu statusu uchodźcy. Czułem się jak małe dziecko, które zaczyna raczkować, stawiać pierwsze kroki. A nawet gorzej niż dziecko, bo dzieci podtrzymują rodzice, którzy mówią im, co mają robić. Ja byłem sam. Zaczynałem – nie od zera, ale od minus jeden. Sam, bez kwalifikacji, doświadczenia, w dodatku – inaczej wyglądający, czarny. To też musiało odstraszać pracodawców i ludzi, którzy mieli wynająć mi mieszkanie. Chciałem pracować w zawodzie weterynarza, ale po ucieczce z domu nie miałem nawet żadnych dokumentów potwierdzających moje wykształcenie i kwalifikacje. Musiałem wszystko zaczynać od nowa. Zamieszkałem na Bielanach. Zacząłem pracę na zmywaku w restauracji Tam-Tam na warszawskim Foksalu. Załatwiła mi ją Polska Akcja Humanitarna. Na początku miałem tylko zmywać naczynia, a później okazało się, że za te same śmieciowe pieniądze, które ledwo pozwalały się utrzymać, mam dużo więcej obowiązków, np. sprzątanie na zewnątrz. Wykorzystywali mnie tam. Powiedziałem o tej sytuacji w PAH-u i pomagano mi szukać nowej pracy. Wyprowadziłem się też z Bielan, bo nie było mnie stać na opłacenie mieszkania samemu. Zamieszkałem z kolegą Somalijczykiem w Piastowie, ale pracę kończyłem ok. godziny pierwszej i nie było już żadnego autobusu do domu. Czekałem do rana, aż jechał pierwszy dzienny. To było bardzo niebezpieczne. W latach 90. nie było zbyt wielu czarnoskórych w Warszawie. Bałem się, że mnie pobiją. Zresztą słyszałem o takich przypadkach.

Później zostałem barmanem w klubie Mirage. Ludzie reagowali różnie. Wiadomo, że jak sobie wypiją, to po alkoholu są różne sytuacje. Ochrona kilka razy musiała interweniować. Mnie się na szczęście nigdy nic nie stało, ale bałem się i przez to byłem bardzo ostrożny. 

Dom nie do poznania

W 80. minucie Cracovia strzela kontaktowego gola, ale wynik 3:1 utrzymuje się już do końca. –  Tutaj to można oglądać mecz. Nie spodziewałem się, że będzie bezpiecznie. Na „Żylecie” to byłby dopiero strach – przyznaje Elmi. Po ostatnim gwizdku sędziego, razem z tłumem kibiców wychodzimy ze stadionu. 

– Teraz nie pracujesz już jako barman.

– W 2008 roku urodził się syn i stwierdziłem, że dłużej tak nie dam rady. Moja żona jest Polką, katoliczką. Poznaliśmy się 9 lat temu na imprezie w klubie Underground. Nadal jestem bardzo mocno wierzącym, praktykującym muzułmaninem. Mój stosunek do religii przez te wszystkie wydarzenia wcale się nie zmienił. Islam jest dla mnie bardzo ważny. Modlę się pięć razy dziennie. Syn w tym roku poszedł do polskiej szkoły i z żoną zdecydowaliśmy, że sam określi swoją religię. Jest mulatem, ma czarne kręcone włosy. Do szkoły chodzi od tego roku, ale nie słyszałem, żeby mu ktoś dokuczał. Może wezmę kiedyś syna na Stadion Narodowy.
Rzuciłem pracę barmana i w pełni zaangażowałem się w działania na rzecz cudzoziemców. Razem z innymi rodakami w 2005 roku założyłem Stowarzyszenie Somalijskie w RP, którego jestem prezesem. Jego głównym celem jest wzajemna pomoc między cudzoziemcami takimi jak ja. Zapewniamy wsparcie prawne i przy tłumaczeniach oraz przy poszukiwaniu pracy. Nasze projekty finansowane są głównie z budżetu państwa i przez Unię Europejską. Jak skończy się jeden projekt, to ludzie pracują z nami jako wolontariusze. Trzeba zacisnąć zęby i dać radę. Organizowaliśmy np. Tydzień walki z rasizmem, podczas którego były różne warsztaty dla dzieci i młodzieży; Dni Somalii w Warszawie, gdzie w charakterystycznych somalijskich strojach zaprezentowaliśmy publiczności naszą kulturę – muzykę, sztukę, taniec. Staramy się sprawić, by przez naszą kilkudziesięcioosobową grupę Somalijczyków ludzie poznali nasz kraj.

– Wróciłeś do Somalii?

– W 2006 roku dzięki Telewizji Polskiej, która przygotowywała reportaż o Somalii, odwiedziłem rodzinne strony. Po prawie 15 latach zobaczyłem mamę, siostrę i brata. Nie poznałem swojego domu. Popłakałem się, gdy zobaczyłem moje miasto. Było totalnie zniszczone. Jak uczyłem się na historii o II wojnie światowej, to próbowałem sobie wyobrazić, jak bardzo zniszczona była Warszawa. Wtedy też zobaczyłem na własne oczy, jak bardzo zniszczony był mój dom. Trudno w to było uwierzyć. Moje serce jest podzielone, dom mam już tutaj. Dom jest w Polsce. Od 2004 roku mam polskie obywatelstwo.

Pracuję również w Fundacji dla Somalii, która działa na rzecz wszystkich imigrantów, niezależnie od kraju pochodzenia. Abdulcadirem Gabeire Farah stworzył ją, by pomagać tym, którzy mieszkają w Somalii. Chciał wybudować szpital w środkowej części kraju, gdzie mieszkańcy muszą pokonać nawet 500 km, by dotrzeć do lekarza. W Somalii nie diagnozuje się prawie wcale chorób nowotworowych, wiele kobiet umiera z powodu nowotworów piersi czy macicy. Farah planował, że szpital w Adado będzie nosił imię Polaka, reportażysty Ryszarda Kapuścińskiego.

Głód uczył, jak żyć

Prezes był pierwszym uchodźcą z Afryki, który dostał status w Polsce. Abdul urodził się w Jigjidze, na terenie obecnej Etiopii. Nie znał dokładnej daty swojego przyjścia na świat. Jego matka była Nomadką, a Nomadowie nie mierzą czasu. Zajmowała się nim ciotka, bo matka go opuściła. Gdy miał 4 lata, otrzymał kawałek klepiska w jej sklepiku i tekturowy karton po puszkach z olejem. Spał niczym pies. To było jego pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Żył w skrajnym ubóstwie.  Czasami kradł mango albo banany z bazaru i mówił, że niejedzenie przez dwa dni było dla niego zupełnie normalne. Głód go uczył, jak żyć. Aby zdać na uniwersytet w Omdurmanie, Abdul wędrował pieszo z Mogadiszu do Nairobi, potem przez Ugandę do Chartumu. Zajęło mu to 5 miesięcy. Pomagał obalać somalijskiego dyktatora Mohammeda Siada Barre, bo wierzył, że działanie w opozycji jest dobre. Potem od nich odszedł. Ukończył uniwersytet w Sudanie, pracował i mieszkał w Jemenie, a do Polski przyjechał w 1989 roku, gdy w północnej Somalii zaczęła się wojna. – Jak poznaliśmy się w Polsce, to mieszkało tu wtedy 150 Somalijczyków. Nie musieliśmy się specjalnie szukać. Wystarczy, że wychodzisz na ulicę i poznajesz Somalijczyka. Etiopia, Erytrea, Sudan i Somalia – te 4 narody są bardzo podobne do siebie, ale każdy z nas jest w stanie rozpoznać „swojego”, po rysach twarzy i budowie ciała. Spotykaliśmy się regularnie w barze koło Rotundy w Warszawie. Tam poznałem Faraha. Razem otworzyliśmy Stowarzyszenie Somalijskie, to był nasz wspólny pomysł. Potem Farah sam założył Fundację dla Somalii, która pomaga obcokrajowcom (nie tylko z Somalii).

– Jakim był człowiekiem?

– Wyjątkowym. Traktowałem go nie tylko jak przyjaciela. Był dla mnie jak brat. To był typ człowieka, który chciał i potrafił zmieniać świat na lepsze. Przyciągał do siebie wyjątkowych ludzi, czego mu zawsze zazdrościłem. Ta Fundacja to było jego dzieło, które traktował jak własne dziecko. Jego pasja i oddanie sprawie pokoju w Somalii i odbudowie kraju, zjednała i uwrażliwiała wielu. Tłumaczył Polakom Somalijczyków i Somalijczyków Polakom. Złościł się, kiedy ktoś za granicą źle mówił o Polsce. Choć polskie obywatelstwo dostał dopiero w zeszłym roku, to chyba Polakiem czuł się już od dawna. Brał udział w wielu działaniach Ośrodka Informacji ONZ w Warszawie, m.in. Międzynarodowym Roku Ludności Pochodzenia Afrykańskiego czy Błękitnym Marszu Pokoju ONZ. Szedł na czele marszu ubrany w błękitną czapkę z logo ONZ i z dumą cytował uczestnikom Powszechną Deklarację Praw Człowieka. W języku plemienia Eggon jest przysłowie: „Okpu amo”, co można tłumaczyć: „ci, którzy czynią dobro, umierają przedwcześnie”.

Był też całkiem niedawno z aktorem, Krzysztofem Pieczyńskim w Somalii. Obiecał przyjacielowi, że pokaże mu swój kraj. Wyznał mu wtedy, że na niego nie będzie zamachu, bo „tamci” wiedzą, że pracuje, by pomagać ludziom. Ten zamach też nie był na Abdula. Pojechał tam w celach biznesowych i humanitarnych, też dlatego, że chciał startować w wyborach prezydenckich w 2016 roku. Wierzył, że da się odbudować demokratyczną Somalię. Dzwonił do fundacji dzień przed tragedią – opowiada Elmi.

21 września 2015 roku Abdul był w pałacu prezydenckim. Kierowca ciężarówki wyładowanej materiałami wybuchowymi uderzył w ogrodzenie hotelu i doszło do wybuchu przed bramą hotelu. W Jazeera Palace są ambasady, m.in. Chin, Egiptu, Kataru. Te państwa działają przeciwko organizacji terrorystycznej Al-Shabaab. To miała być odpowiedź na napaść ze strony Unii Afrykańskiej i somalijskiego rządu.

- Gdy otrzymaliśmy informację o zamachu, nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że Adbul mógł zginąć. Dzwoniliśmy do niego bez przerwy. Później dostaliśmy oficjalną informację... Miał wrócić do Polski w piątek i w piątek miał już poumawiane spotkania.

***

Planujemy razem zamówić taksówkę. Widząc ogromny korek na ulicy Czerniakowskiej i uświadamiając sobie, że będziemy na nią czekali minimum pół godziny, Elmi proponuje powrót autobusem. – Wcześniej się bałem nie tylko samej wizyty na stadionie, ale też powrotu do domu. Że ktoś mnie szturchnie, pobije, wyzwie. Wiedziałem, że pójdę na jakąś spokojną trybunę, ale mimo to bałem się, jak na mnie zareagują. Jestem fanem piłki nożnej, przez całe moje dzieciństwo w nią grałem. Mieszkam tutaj od 20 lat i 20 lat bałem się iść na mecz. Na Żylecie to bym się jeszcze bał, ale tam było bezpiecznie. Dziękuję, że ze mną poszłaś.

Elmi Abdi, Olivia Drost

Reportaż powstał dzięki stypendium dziennikarskiemu im. Leopolda Ungera. Autorka dziękuje rodzinie Patrona, Kapitule oraz Uniwersytetowi Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

 15

Czytaj także