Wprost.pl: Co dla osoby urodzonej w 1989 znaczy data 4 czerwca?
Marek Materek: 4 czerwca 1989 to historyczny dzień, który ma dla mnie osobiście szczególne znaczenie. To symbol wejścia na drogę wolności i rozpoczęcia budowy nowego, wolnego, demokratycznego państwa polskiego. Wydarzenia 4 czerwca sprawiły, że teraz mogę żyć w kraju bezpiecznym, który jest członkiem Unii Europejskiej i struktur NATO. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie 4 czerwca.
Jak wygląda ocena przemian po '89 roku z perspektywy samorządowca?
Myślę, że najważniejsza i najlepsza zmiana to decentralizacja władzy. To właśnie w samorządach, w Polsce lokalnej, najlepiej widać, z jakimi problemami borykają się ludzie. Tutaj widać ich codzienne sprawy i potrzeby, a co za tym idzie – najłatwiej jest dokonywać zmian na lepsze. To samorządy realizują inwestycje, na których najbardziej zależy mieszkańcom: budujemy drogi, chodniki, dbamy o edukację dzieci, wspieramy aktywność obywatelską, jesteśmy najbliżej ludzi.
Same superlatywy?
Minusem jest zdecydowanie rozmywanie się odpowiedzialności. Samorząd to przestrzeń działań wielu instytucji. Czasami powoduje to wiele problemów.
Na przykład?
W gminach często mamy pięciu zarządców dróg: krajowych, wojewódzkich, powiatowych, gminnych i osiedlowych. Mieszkańcy widzą tylko wójta, burmistrza bądź prezydenta. Dla mieszkańca nie ma znaczenia czy droga jest gminna, wojewódzka czy krajowa – chce żeby była bezpieczna i przejezdna. Łatwiej byłoby dbać o utrzymanie bieżące i kompleksowe remonty, gdyby skupione to było w rękach jednej osoby.
Druga sprawa, która wymaga poprawy, to nadmierna biurokracja. Osobiście jestem za likwidacją powiatów i podzieleniem zadań pomiędzy samorząd wojewódzki i samorządy gminne. Ograniczylibyśmy w ten sposób biurokrację, a mieszkańcy mogliby załatwiać wiele spraw bliżej, to jest w swojej gminie.
Pochodzi pan z pokolenia '89... Jest jakieś szczególne poczucie przynależności? Czy to mit?
Urodziliśmy się w wolnej Polsce i ja osobiście czuję, ze jestem częścią tego pokolenia. Mamy niesamowite szczęście, ponieważ nigdy nie doświadczyliśmy wojny, nie musieliśmy stać w kolejkach z kartkami do sklepu i kupować tego, co akurat było dostępne, nie musieliśmy walczyć o nasze prawa i wolność.
Co warto docenić w taki dzień, jak dziś?
Jestem częścią pokolenia, które może śmiało planować przyszłość, dla którego świat stoi otworem. Możemy podróżować, studiować i pracować w innych krajach, możemy wydawać zarobione pieniądze na to, co chcemy, bo w sklepach jest praktycznie wszystko. Możemy uczestniczyć w życiu lokalnej społeczności, tworzyć przestrzeń wokół nas. Nie doświadczyliśmy szarzyzny PRL-u. Ale oczywiście życie w Polsce, którą znam, nigdy nie było, i nie jest czarno-białe. Wiele osób nie poradziło sobie ze zmianami, na skutek transformacji straciły zatrudnienie i dziś często żyją na granicy ubóstwa. To jest bardzo przykre i trzeba z tym walczyć.
Daty przełomowe - 4 czerwca, śmierć papieża Jana Pawła II czy katastrofa smoleńska łączyły Polaków, lecz po kilku dniach czy tygodniach pojawiały się kolejne podziały...
Zgadzam się, że mamy jakąś dziwną tradycję jednoczenia się w momentach trudnych i burzenia wszystkiego, co udało się osiągnąć chwilę później. Trudno powiedzieć, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Może w tragicznych lub przełomowych momentach zapominamy o tym, co nas dzieli, jakie mamy poglądy, w co wierzymy, jaką partię popieramy, a stajemy się po prostu wspólnotą. Łączy nas smutek, współczucie, radość, a kiedy te uczucia słabną, wracamy do codzienności.
Może pokolenia urodzone po 1989, które nie mają całego tego historycznego bagażu, są w stanie wytworzyć katalog wspólnych wartości?
Szanujemy wartości naszych rodziców i dziadków. Urodziliśmy się w wolnej Polsce i wyznajemy zasady i wartości, którymi kierują się wolne i demokratyczne społeczeństwa.
W samorządzie łatwiej budować wspólnotę?
Staram się współpracować z ludźmi. Nie patrzę na to, z jakiego komitetu czy partii zostali wybrani. Każdy, kto chce w zgodzie budować lepszą przyszłość Starachowic, jest mile widziany. Obserwuję jednak coraz większe podziały także wśród lokalnych społeczności. Niestety przykład idzie z góry i rozlewa się na cały kraj.
Media robią swoje?
Media pełnią szczególną rolę i myślę, że powinny skupiać się na pokazywaniu dobrych przykładów współpracy, dialogu, kompromisu i tolerancji zamiast prowokować konflikty i tworzyć podziały
Skończył pan politologię. Czy w czasach, o których mówi się, że z jednej strony mówi się o kryzysie nauk humanistycznych, a z drugiej, ostrzega się przed bezrobociem po takich studiach, poleciłby Pan osobom niewiele młodszym od siebie tę drogę rozwoju?
Zacznijmy od tego, że żadne studia nie gwarantują nikomu pracy. Ja ukończyłem politologię, stosunki międzynarodowe oraz Zarządzanie Nieruchomościami. Faktycznie obecnie kierunki humanistyczne są deprecjonowane, ale z własnego doświadczenia wiem, że w pracy liczy się nie tylko wiedza przedmiotowa, ale przede wszystkim otwarty umysł, pracowitość, kreatywność i umiejętność współpracy z ludźmi.
Uczelnie nie mogą kształcić jedynie specjalistów budownictwa i branży IT, jako społeczeństwo potrzebujemy również humanistów. Potrzebujemy także ludzi, którzy tworzą kulturę, sztukę, poezję, muzykę. W dzisiejszych czasach dyplom dobrej uczelni i modny kierunek absolutnie nie jest gwarancją sukcesu. Najważniejsze to wyznaczać sobie cele i konsekwentnie do nich dążyć, nie bać się wyzwań, ani ciężkiej pracy.
W wieku 25 lat został pan prezydentem miasta, jest pan najmłodszą osobą w Polsce sprawującą tę funkcję. Jakie miał pan oczekiwania, gdy po raz pierwszy przekraczał pan progi gabinetu?
![]()
Kiedy podjąłem decyzję o kandydowaniu na urząd prezydenta Starachowic miałem pełną świadomość, jak duża odpowiedzialność wiąże się z pełnieniem tej funkcji. Zdecydowałem się podjąć to wyzwanie ponieważ chciałem, żeby moje miasto Starachowice stało się nowoczesnym, przyjaznym mieszkańcom miejscem do pracy i życia.
To założenia, jak wygląda praktyka?
Praca na stanowisku prezydenta miasta jest dla mnie codzienną służbą na rzecz dobra mieszkańców. To co stale mnie rozczarowuje, to nadmierna biurokracja. Przeszkadza mi również to, że nie mam wpływu na wszystkie problematyczne obszary w mieście, bowiem nie leży to w kompetencjach gminy, lecz w gestii powiatu bądź województwa.
Minęły prawie dwa lata, od kiedy pana wybrano, co udało się osiągnąć?
Kiedy objąłem urząd prezydenta, zmiany rozpocząłem od obniżenia wynagrodzeń prezesów miejskich spółek. Dla przykładu, stanowisko zastępcy prezesa PWiK zostało całkowicie zlikwidowane (pensja wynosiła ponad 13 tys. zł miesięcznie). Dzięki tym decyzjom spółka oszczędza 156 tys. zł rocznie. Mimo że niektórzy sugerowali wtedy, że obniżenie wynagrodzeń prezesów źle wpłynie na pracę spółek, nic podobnego się nie wydarzyło. Świadczą o tym rekordowe wyniki za ubiegły rok: ZEC osiągnął ponad 865 tys. zł zysku, PWiK ponad 2 mln zł, STBS ok 80 tys. zł.
Prócz oszczędności na wynagrodzeniach (nie tylko prezesów) udało się zwiększyć liczbę odbiorców usług świadczonych przez spółki miejskie, zdywersyfikować dochody poprzez nowe formy działalności jak np. sprzedaż węgla mieszkańcom czy startowanie w przetargach także w innych miastach. Przykłady można mnożyć. Działania te pozwoliły również chyba po raz pierwszy w historii obniżyć cenę za odprowadzanie ścieków o około 30 gr za m3 i minimalnie obniżyć cenę ciepła. Wykonano też więcej prac remontowych w blokach zarządzanych przez STBS.
25-latek od razu dostał kredyt zaufania?
Przypominam sobie, ze na początku mojej kadencji wiele osób mnie krytykowało i twierdziło, ze sobie nie poradzę. Nie poddawałem się, słysząc głosy krytyki. Dzięki ciężkiej pracy, już po roku można było zauważyć zmiany na lepsze.
Tak wygląda droga lidera zmiany pokoleniowej?
Liderem zmiany pokoleniowej się nie czuję. Ale cieszę się, gdy słyszę, że zainspirowałem do działania inne młode osoby, które zdecydowały się zaangażować w życie lokalnych społeczności. Wybory w 2014 roku w Polsce przyniosły wiele zmian na stanowiskach wójtów, burmistrzów i prezydentów. Dokonała się również pewna zmiana pokoleniowa, bo do głosu doszło wielu młodych samorządowców.
Młodość to jeszcze nie gwarancja sukcesu...
Teraz czas udowodnić, że wyróżniał nas nie tylko wiek. Mamy szansę udowodnić, że postawienie na ludzi kreatywnych i ambitnych miało sens i opłacało się lokalnej społeczności. Kilka lat namawiano mnie do wstąpienia do partii politycznej. Wstąpiłem i po dwóch latach zostałem wykluczony. Przyczyn oficjalnych próżno szukać. Nie żałuję jednak tego wyboru, bo mam za sobą kolejne doświadczenia, które pokazują, jak działa polityka partyjna.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
