"Robert to wyspa, wokół której inni piłkarze tylko krążą"

"Robert to wyspa, wokół której inni piłkarze tylko krążą"

Dodano:   /  Zmieniono: 4
Robert Lewandowski
Robert Lewandowski / Źródło: Newspix.pl / fot. Piotr Kucza
Polscy spece od piłki nożnej wypuścili go z rak, bo talent obecnego króla strzelców Bundesligi przeródł ich wyobrażenia

Niewysoki, szczupły chłopak stał pod brzydkim stadionem przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie i płakał. W dłoni trzymał białą kopertę, najzwyczajniejszą na świecie, którą kilka minut wcześniej wręczyła mu klubowa sekretarka. W środku było bezlitosne pismo informujące o zakończeniu gry w klubie. Dzieciak, który kochał Legię całym sercem, tak zresztą jak jego ojciec, został przez nią odrzucony. Miał talent, ale ktoś ocenił go jako nierokującego. I bez znaczenia była kontuzja. „Nierokujących” Legia po prostu żegna. Bezsilny czekał na mamę, nauczycielkę wychowania fizycznego z Leszna. Chwilę później wracali do domu. Chłopak nie mógł mieć wtedy pojęcia, że to jedna z najważniejszych podróży jego życia. A może i najważniejsza. To właśnie w aucie matki dowiedział się, że może spróbować w Pruszkowie, w tamtejszym Zniczu. Zapłakanym nastolatkiem spod brzydkiego stadionu był Robert Lewandowski, obecnie kapitan reprezentacji Polski, gwiazda Bundesligi, obiekt westchnień prezydenta Realu Madryt i prawdopodobnie największy błąd działaczy Legii w jej stuletniej historii.

„Ten niedawno zapłakany chłopak, na którego koledzy wołali „Bobek”, to dziś czwarty zawodnik globu”

Na Stadionie Narodowym stoi dziś zbudowana z klocków Lego figura Lewandowskiego. W tym samym miejscu 27-latek zapewnił Polsce awans na mistrzostwa Europy, które 10 czerwca rozpoczną się we Francji. I postawił sobie pomnik za życia. Bo dzieci w całej Polsce nie chcą dziś być Ronaldo czy Messim, ale właśnie Lewandowskim. – Robert to dziś brand, marka. Jawi się jako symbol zrealizowanych marzeń. Dlatego ludzie chcą być jak on, jeść to, co on, ubierać się w to, co on – mówi Michał Mango z firmy Urban Communications. Robert patrzy więc z billboardów reklamowych, a tysiące kibiców na chwilę porzucają szarzyznę dnia, aby w biało-czerwonych barwach odnaleźć trochę radości.

Klasa sportowa „Lewego” przemawia do ludzi na całym świecie. Niezależnie od języka, jakim się posługują, koloru skóry czy wyznania. Ten niedawno zapłakany chłopak, na którego koledzy wołali „Bobek”, to dziś czwarty zawodnik globu w plebiscycie Złotej Piłki. – Robert to wyśmienity piłkarz. Dojrzał, a każdy futbolista dojrzewa w innym wieku. Nie myli się ten, kto twierdzi, że jest najlepszym napastnikiem świata – powiedział na finiszu drogi do Francji prezes PZPN Zbigniew Boniek. Dlatego chyba każdy dzieciak w Polsce chce być dziś jak Lewandowski. – To mój wzór. Podpatruję go na każdym treningu. Patrzę, jak się zachowuje, co robi – nie ukrywa 21-letni reprezentant Polski Karol Linetty. Rok młodszy Bartosz Kapustka, odkrycie selekcjonera Adama Nawałki, przyznaje natomiast: – Być jak „Lewy” to cel. Dziś cieszę się, że jesteśmy kolegami. Mogę się na nim wzorować. Czy istnieje więc wzór na sukces made in Lewandowski?

Gdy ojca zabraknie

Rok 2005 był dla polskiego futbolu wyśmienity. Reprezentacja Pawła Janasa pokonała Walię, Austrię oraz Irlandię Północną i awansowała do mistrzostw świata w Niemczech. Dla Lewandowskiego był to rok tragiczny. Bo nie odrzucenie przez ukochany klub było najtrudniejszym momentem. W 2005 r. zmarł Krzysztof Lewandowski. Tata. Miał nowotwór. Po operacji przyszedł wylew. Roberta nie było wtedy w domu. – Jego wychowawczyni z liceum podkreślała, że ukształtowały go dwa nieszczęśliwe wydarzenia z młodości: wyrzucenie z Legii i śmierć ojca. Przez to szybko zaczął traktować życie na serio, dojrzał, pod tym względem wyróżniał się na tle rówieśników – tłumaczy Łukasz Olkowicz, współautor biografii Lewandowskiego „Lewy. Jak został Królem”.

Kiedy piłkarz dowiedział się o śmierci taty, przeżył szok. Przecież ojciec woził go na treningi. Wspierał. Zaszczepił w nim miłość do sportu. Zaprowadził na pierwszy trening Varsovii. A później odszedł. Nastolatek musiał szybko dorosnąć. Stać się głową rodziny. Pomóc matce, także finansowo. O śmierci taty długo nie mówił. Kiedyś zdradził, jakby od niechcenia, że dedykuje wszystkie bramki właśnie ojcu. I zamilkł. Rodzinna tragedia siedzi w nim do dziś. – Pan Krzysztof był sfiksowany na punkcie sportu. Najpierw sam mu się poświęcił, później dbał, żeby jego dzieci, Robert i Milena, miały jak najlepsze warunki do rozwoju. W przypadku syna liczyła się nie tylko piłka, w dzieciństwie uprawiał też dżudo. I jeśli ktoś zastanawia się dziś, skąd tak dobra koordynacja u Lewandowskiego, może właśnie znalazł odpowiedź. Oprócz tego grał w siatkówkę, uprawiał biegi przełajowe – dodaje Olkowicz.

Tacy są właśnie nasi reprezentanci – ich charakter kształtował się w domu, szkole, na osiedlu. Nie w akademiach pod okiem czujnego psychologa, ale na zakurzonym podwórku z trzepakiem, gdzie prym wiedli starsi koledzy, którzy już chodzili z dziewczynami za rękę. Młodzi mogli im się tylko przyglądać i czekać na swój czas. I czekali, bo asfaltowe boisko czy żwirowy plac były często jedyną ucieczką do beztroskiego dziecięcego świata. A trosk często nie brakowało.

Ojciec Kamila Glika był alkoholikiem. Był, bo zmarł w wieku 42 lat, kiedy piłkarz ledwo osiągnął pełnoletność. Chory na alkoholizm jest też tata Krzysztofa Mączyńskiego. Mało kto wie, że to przez jego problemy piłkarz nie dotyka alkoholu. Bez taty, który opuścił rodzinę, wychowywał się Arkadiusz Milik, któremu ojca zastąpił trener Rozwoju Katowice Sławomir Mogilan. Ojca miał Jakub Błaszczykowski, chociaż po wydarzeniach z 1996 r. nie mógł darzyć go jakimkolwiek pozytywnym uczuciem. Wtedy właśnie mężczyzna dźgnął nożem matkę Kuby. Ta zmarła na rękach jedenastolatka. – Takie wydarzenia w większości przypadków przeszkadzają w życiu. W rodzinie dysfunkcyjnej dziecko ma mniejsze szanse na udaną karierę. Sport często traktuje zbyt poważnie, nie ma z niego przyjemności. Kilka procent to jednak mali twardziele. Dla nich piłka nożna staje się gorącą wodą, w której, jak jajko, twardnieją – wyjaśnia psycholog sportowy Marek Graczyk.

Legia nie chciała Roberta

Środowisko piłkarskie w Polsce marzy, aby ktoś kiedyś stwierdził, że Lewandowski jest odkryciem nadwiślańskiego systemu szkolenia. Albo że jest efektem żmudnej pracy skautów. Albo chociaż wychowankiem genialnego trenera. Ale nie jest. Jest ewenementem, błędem futbolowej machiny, która chwilami niszczy nawet największe talenty. Lewandowski się jednak obronił. – Bo miał charakter. To wszystko, co życie mu zabrało, dostał z powrotem. Bezsilność przekuł w siłę – mówi Marek Milankiewicz, trener Znicza Pruszków. Na pierwszy rzut oka biografia Lewandowskiego to zapis sprzeczności, które przeczą wszelkiej logice. A jednak wpatrując się w atomy jego kariery, można odnaleźć reguły. Wspomniany charakter. Ambicja. Pomysł na siebie. Zaangażowanie. Pracowitość. – Robert bił się o siebie. Kiedy w 2008 r. się zaciął, założyliśmy się o dwa bilety do kina w Jankach, że na wiosnę strzeli dwanaście bramek. Strzelił? Dwanaście – wspomina Milankiewicz. Charakter zwycięzcy wykuwał się przez odrzucenia. W Legii jego talentu nie dostrzegł ani trener rezerw Jerzy Kraska, ani Dariusz Wdowczyk, który poprowadził pierwszą drużynę do mistrzostwa Polski, ani prezes Piotr Zygo.

– Pamiętam, że był na obozie, ale w ogóle nie pamiętam go jako piłkarza. Był jednym z wyróżniających się zawodników rezerw, ale tylko tyle mogę powiedzieć. To są kwestie sprzed dziesięciu lat, a moja pamięć tak daleko nie sięga – ucina rozmowę Wdowczyk, dziś trener Wisły Kraków. Kilka lat później „Wojskowi” znów zrezygnowali z Roberta – dyrektor sportowy Mirosław Trzeciak i trener Jan Urban woleli postawić na Hiszpana Mikela Arruabarrenę. I „Lewy” trafił do Poznania, chociaż i tam trwała walka. Tylko upór syna właściciela Lecha – Piotra Rutkowskiego i ówczesnego szefa siatki skautów, nieżyjącego już Andrzeja Czyżniewskiego, doprowadził do transferu późniejszego króla strzelców I ligi. Trener Franciszek Smuda podobno do końca chciał, by klub zakontraktował wracającego z Zachodu Tomasza Frankowskiego. Ostatecznie za milion złotych do Poznania trafił Lewandowski.

Wojna polsko-polska

„Lewy” polubił marsz pod prąd. Na łatwiznę nie poszedł nawet w Niemczech. Polskie kolonie, które tworzą się, gdy w zagranicznym klubie gra dwóch czy trzech piłkarzy znad Wisły, obrosły legendami. Taka mogłaby powstać także w Dortmundzie, gdzie poza Lewandowskim grali Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek (prywatnie przyjaciele). Mogłaby, gdyby Robert nie zaczął trzymać się z Niemcami. Na kolacje czy do dyskoteki chadzał więc z Marco Reusem czy Mariem Götzem. Od rodaków się odciął. – Mój kolega napisał kiedyś ładne zdanie, że „Robert to wyspa, wokół której inni piłkarze tylko krążą”. Bardzo dokładnie wybierał sobie znajomych. Do tego grona nie włączył na przykład innych Polaków – opowiada Thomas Hennecke, piszący o Borussii dziennikarz niemieckiego „Kickera”.

Konflikt pogłębił się po wywiadzie, w którym Lewandowski opowiedział o samodzielności w nowym dla niego otoczeniu, choć w rzeczywistości pomagali mu nie tylko klubowi koledzy, ale także ich partnerki – Marta i Ewa. Ktoś twierdzi, że czarę goryczy przelała kanapka, której Robert nie kupił na lotnisku w Pireusie Piszczkowi. Ktoś inny, że panowie odkopali topór wojenny po bójce „Lewego” z Lucasem Barriosem, gdy Kuba i „Piszczu” stanęli po stronie Paragwajczyka, bezpośredniego rywala Lewandowskiego do walki o miejsce w składzie. Niezależnie od tego, gdzie leży prawda, zażyłości między tym triem nie było już nigdy. Lewandowski zyskał za to potężną broń w walce o pozycję: język. Dzięki przebywaniu wśród Niemców

Polak szybko nauczył się niemieckiego. Po niecałych dwóch latach z uśmiechem na ustach wystąpił w legendarnej audycji telewizyjnej ZDF „das aktuelle sportstudio”. – To było bardzo ważne. Mógł rozmawiać ze wszystkimi dookoła bez tłumacza. Sokratis Papastatopulos na przykład mieszka w Niemczech od pięciu lat i dalej nie zna niemieckiego. A Robert po roku już próbował z nami rozmawiać – wspomina Hennecke. Niemcy stawały się jego drugą ojczyzną. Poznał ich kulturę, ligę. A liga poznała Lewandowskiego. Dlatego już po dwóch latach zainteresował się nim wielki Bayern Monachium. Wielki, bo dwukrotnie grający w finale Ligi Mistrzów – w 2012 i 2013 r. Ostatecznie Robert do Bawarii trafił dopiero latem 2014 r. Nikomu nie musiał się przedstawiać. Był gwiazdą, królem strzelców, jednym z głównych celów szefów FCB, którzy licytację wygrali nawet z Realem Madryt. – Hiszpanie walczyli do samego końca. Byłem na telefonie z ludźmi z Madrytu, a na stole leżała poważna oferta. Lepsza finansowo niż propozycja Niemców – wspomina menedżer Cezary Kucharski.

Ósme piętro na złotej

Za kulisami mówi się, że postawienie na kontakty z Niemcami poradził Lewandowskiemu właśnie Kucharski, jedna z najważniejszych osób w życiu piłkarza. Przeciwnicy agenta twierdzą, że stworzył go Lewandowski, dzięki nazwisku, któremu były reprezentant, uczestnik mundialu w Korei i Japonii, może przyciągać do siebie najzdolniejszych zawodników (był przedstawicielem m.in. Rafała Wolskiego, Grzegorza Krychowiaka, Bartosza Kapustki). Druga frakcja powtarza jak mantrę: to Kucharski zaprojektował karierę „Lewego”. Pierwszy raz panowie spotkali się osiem lat temu w Pruszkowie, gdy Robert walczył z obrońcami Tura Turek i Kmity Zabierzów.

Wokół utalentowanego chłopaka kręciło się już kilku innych agentów, ale to Kucharski przekonał najpierw matkę, a później samego Roberta, że właśnie w jego ręce warto powierzyć karierę zawodnika. – Zobaczyłem go na treningu. To był przypadek, bo przyjechałem do Pruszkowa z innym piłkarzem. Od razu jednak zauważyłem to „coś”. Później Robert potwierdził mój instynkt. Jest całkowicie sfokusowany na rozwoju, poszukiwaniu rezerw, profesjonalizmie. A poza tym ma coś, czego nie da się kupić – inteligencję – mówi Kucharski. Później to właśnie Kucharski poradził, aby Robert wybrał mniej intratną, niż oferty Wisły Kraków i Dyskobolii Grodzisk, propozycję z Lecha Poznań.

Gdy worki euro i funtów oferowały włoska Genua i angielskie Blackburn Rovers, postawił na odbudowującą się Borussię Dortmund. A następnie, kiedy nie wynegocjował u szefa BVB Hansa-Joachima Watzke zadowalającej podwyżki, dogadał się z milionerami z Monachium. O zaufaniu między panami niech świadczy fakt, że nie łączy ich… żadna formalna umowa. Poza gentlemen’s agreement, oczywiście. – Formalnie nie mamy nic podpisanego. Taka umowa funkcjonuje między nami od kilku lat. Mamy do siebie pełne zaufanie – mówi były poseł Platformy Obywatelskiej. Ci, którzy znają ich prywatnie, uważają, że są do siebie bardzo podobni. Charakterni. Zadziorni. Nie odpuszczają rywalom. A do tego mają smykałkę do interesów.

Kucharski to dziś jeden z najbogatszych polskich byłych piłkarzy. Dziś doradza „Lewemu” – zakup działki w Stanclewie na Warmii, apartamentu w „Żaglu” Libeskinda czy udziałów w start-upie Allani. – Lewandowski często był kuszony przez innych menedżerów, żeby zerwał współpracę z Kucharskim, ale nigdy się na to nie zdecydował. Za nimi wiele trudnych decyzji, ale zawsze w godzinie próby zawodnik ufał swojemu agentowi – mówi Olkowicz. Patrząc na Warszawę z ósmego piętra pięknego mieszkania przy prestiżowej ul. Złotej, Lewandowski może być pewny jednego: że na to przysłowiowe piętro wszedł o własnych siłach. I to mimo podstawianej przez los nogi. Bo chciał. Pracował. On sam zapytany o to, co zrobić, aby zostać nowym Lewandowskim, odpowiada ze szczerym uśmiechem: wierzyć. Tylko tyle i aż tyle.

Artykuł został opublikowany w 23/2016 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 4

Czytaj także