Polska branża fitness walczy o przeżycie. To 100 tys. miejsc pracy

Polska branża fitness walczy o przeżycie. To 100 tys. miejsc pracy

Siłownia, zdjęcie ilustracyjne
Siłownia, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Fotolia / sodawhiskey
Kluby fitness stoją zamknięte od 13 marca, od czasu wprowadzenia stanu zagrożenia epidemicznego. Rząd w ostatnich tygodniach ogłosił plan odmrażania gospodarki, w którym to siłownie i inne obiekty będą otwarte w czwartej odsłonie. Przedsiębiorcy liczą straty, a Polska Federacja Fitness skarży się, że władza nie prowadzi konsultacji z branżą.

Paweł Bednarz: Jak w dobie epidemii koronawirusa radzi sobie branża klubów fitness? Upada?

Tomasz Napiórkowski, Polska Federacja Fitness: Jeszcze nie, ale dużo złego się dzieje. Przede wszystkim najgorsza jest niewiadoma. Brakuje nam konkretnych dat powrotu do normalności. Nikt z władz z nami nie rozmawiał na temat tego, jakie wymogi jesteśmy w stanie spełnić. Tego, co jesteśmy w stanie zaproponować.

Nie byli Państwo zaproszeni do konsultacji?

Nie. Jak dobrze pójdzie, ktoś z nami dopiero porozmawia. Zostaliśmy zrzuceni na drugi plan. Jesteśmy bardzo rozproszoną branżą. W przypadku klubów fitness 10 proc. rynku należy do dużych graczy, a 90 do mniejszych, gdzie każdy uprawia swoje poletko. Idea federacji doprowadziła do tego, że zaczynamy mówić jednym głosem, choć łatwo nie jest. Mówiąc o branży, mam na myśli nie tylko duże i małe siłownie, czy kluby fitness, ale także miejsca, w których uprawia się sporty walki, a także inne dyscypliny.

Kto sobie lepiej poradzi: duże firmy, czy mniejsze?

Duzi mają wiele lokalizacji i muszą negocjować czynsze z kilkoma podmiotami naraz. Ważne jest to, że to nie samo zamknięcie placówek jest dla nas największym problemem, ale fakt, że wynajmujący często nie podchodzą do nas ze zrozumieniem. Przepisów prawnych w zasadzie nie ma.

Jesteśmy zmuszeni na własną rękę uruchomić ogólnopolską akcję negocjacyjną, angażujemy dwie duże kancelarie prawne, które będę reprezentować wszystkich w skali całego kraju.

Jesteśmy odcięci od przychodów w 100 procentach. Czynsz jednak trzeba płacić. Walczymy o to, żeby te były one wyzerowane, albo mniejsze w czasie, w którym nie prowadzimy działalności. Najcięższy okres jest jednak dopiero przed nami, kiedy kluby zostaną otwarte. Nie ma żadnego nakazu prawnego, który pomógłby nam przekonać właścicieli lokali do przejścia na czynsz obrotowy. Tak się dzieje w galeriach.

Ustawa antykryzysowa zobowiązuje tylko galerie handlowe do umorzenia czynszu dla mieszczących się w niej klubów. Większość lokalnych klubów mieści się poza nimi. Ich ustawa nie obejmuje. Ci przedsiębiorcy są skazani na łaskę wynajmujących. Są to nie tylko siłownie, czy kluby fitness, ale też studia treningu personalnego, boksy crossfitowe, szkoły tańca i inne.

Jak miałoby wyglądać to przejście na czynsz obrotowy?

Czynsze stanowią większość naszych kosztów. U niektórych jest to 50 proc., u innych 70 proc. Chcemy, żeby należność była proporcjonalna do przychodu: jeśli obroty spadną nam do 50 proc., to płacimy 50 proc wcześniejszego czynszu. Oczywiście, jeśli wrócimy na pełne obroty, to z chęcią zapłacimy 100 proc. Wejście na czynsz 100 proc., kiedy dopiero zaczniemy odbudowywać ruch, będzie katastrofą.

Drugą opcją jest też stała kwota w wys. 25 proc. od obrotów z tytułu abonamentów i karnetów. Również do momentu osiągnięcia czynszu pierwotnego. Patrząc na wyniki państw, które odmrażają powoli swoją gospodarkę, widać, że ruch jest tam na dużo mniejszym poziomie. W Szwecji, która przecież nie zamroziła się tak, jak my, ruch jest na poziomie 60 proc. W Chinach, już po otwarciu, jest on na poziomie 70 proc.

Czas odbudowanie pozycji rynkowej potrwa od 3 do 6 miesięcy. Chcemy etapami móc wrócić do poziomu kosztów, stopniowo odbudowując przychody, a wynajmujący będzie miał ten komfort, że nie straci najemcy, bo o nowych na pewno będzie trudno.

Waszym zdaniem, który moment będzie odpowiedni na powrót do gry? Kluby fitness i siłownie znajdują się dopiero w czwartej odsłonie odmrażania gospodarki.

Mamy brak pewności co do dat. Wszystkie kraje podają daty, ale nie Polska. Przedsiębiorcy żyją w niepewności. Nas to bardzo niepokoi. Jednego dnia Ministerstwo Rozwoju mówi, że drugi etap będzie odpalony w najbliższy poniedziałek, a kolejne odpalane co dwa tygodnie. Taki scenariusz jest do wzięcia, nawet jeśli mielibyśmy się otworzyć w połowie czerwca. Problem się zaczyna, kiedy następnego dnia wychodzi premier i mówi, że przedsiębiorcy chcą wracać do pracy, ale większość społeczeństwa nie chce odmrażania gospodarki. Tego już nie rozumiem. My jako branża rozumiemy obawy. Nikt jednak nie zapytał, jak widzimy swój sektor w odmrażaniu gospodarki.

To jest 100 tys. miejsc pracy, to nie jest mało. Nie chcemy na ślepo działać, ale chcemy wiedzieć, kiedy będziemy mogli.

Jakie pomysły Państwo mają? Jak widzicie ten powrót?

Jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczne odległości między pracownikami a klientami. W każdym obiekcie możemy zatrudnić do kontroli co najmniej jedną osobę, która będzie pilnowała przestrzegania odległości pomiędzy ćwiczącymi.

Klienci są w stanie dezynfekować maszyny po każdym ćwiczeniu. Tego np. nie gwarantuje dziś handel, bo przecież terminale czy półki nie są dezynfekowane po każdym kliencie.

Możemy wyłączyć też co drugie stanowisko. Część basenów przecież już wcześniej, przed epidemią, wprowadzała limit osób, które mogą wejść na pływalnię. Lista, którą kierujemy do Ministerstwa Zdrowia, dowodzi, że jesteśmy gotowi do dialogu. Tylko nikt nie chce z nami rozmawiać.

Czyli w łatwiejszej sytuacji są te firmy, które mają opłaty abonamentowe od klientów, korporacji?

Większość klubów zawiesiła płatność w ramach lojalności wobec klientów.

Główne komunikaty mówiły, że płatność jest dobrowolna: jeśli klubowicz wyraża zgodę na obciążenie karty, to ma czas na to, żeby ją potwierdzić, albo wnieść o zawieszenie. Część klubowiczów płaci, ale w niektórych przypadkach jest to 10-20 proc. tego, co było wcześniej. Nawet operatorzy kart sportowych otrzymują znikome wynagrodzenia od firm, które podpisały z nimi umowę.

Problemy branży dostrzegł jednak Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. Chce, by kluby były otwarte już 4 maja.

Cieszymy się, że pojawił się głos rzecznika, że w ogóle ktoś się nami zainteresował.

My jednak wyraziliśmy się jasno i jesteśmy przeciwni otwieraniu placówek 4 maja. To zdecydowanie za wcześnie. Kluby nie zdążą się przygotować do tej daty. Nie wiemy też, jaka będzie wówczas liczba zakażeń, a koniec końców nasza branża jest branżą zdrowotną.

Prof. Simon powiedział jasno, że tężyzna fizyczna ma ogromne znaczenie dla odporności. Ćwiczyć i utrzymywać kondycję trzeba. Nadwaga i otyłość negatywnie wpływa na odporność. Pomysł 4 maja wyszedł ze strony rzecznika, ale my pod tą datą się nie podpiszemy.

Ważne jest, żeby reżim sanitarny był zoptymalizowany zarówno pod dużych, jak i małych graczy na rynku. Tak dziś działają hipermarkety i sklepy osiedlowe. Analogicznie należy podchodzić do klubów fitness.

Jeśli reżim sanitarny będzie utrzymany, to musi on pozwalać na nasze dalsze funkcjonowanie – tak jak w handlu – nie zaś paraliżować działalność obiektów, zarówno tych mniejszych, jak i większych.

Źródło: Wprost
+
 0

Czytaj także