Relacja Polki mieszkającej w Lombardii. „Włosi luzują zakazy”

Relacja Polki mieszkającej w Lombardii. „Włosi luzują zakazy”

39-latka z Polski mieszka od lat z dziećmi i mężem w Lombardii
39-latka z Polski mieszka od lat z dziećmi i mężem w Lombardii / Źródło: WPROST.pl
„Mieszkam w centrum miasteczka i nawet teraz, mimo obowiązujących jeszcze zakazów, widzę z okna całą »procesję«. Głównie starszych panów. Ten z pieskiem, ten po gazetę, kolejny do tablicy, na której wiszą nekrologi. Sprawdzają, kto umarł, po drodze zaglądają do sklepu. Kasjerki na nich krzyczą: Przecież wczoraj już byłeś po zakupy, i przedwczoraj też!” – 39-letnia Polka opowiada nam, jak wygląda życie w Lombardii, regionie Włoch najbardziej doświadczonym przez koronawirusa.

W zeszłą niedzielę we Włoszech zmarło 260 osób z powodu koronawirusa. To najmniej od marca. Wtedy codziennie umierało od 600 do nawet tysiąca Włochów. O tym, jak dzisiaj wygląda tam sytuacja rozmawiamy z Ireną, 39-letnią Polką, która od lat mieszka z mężem i dwójką dzieci w miasteczku Sannazzaro de’ Burgondi w Lombardii na północy Włoch. Regionie, który najbardziej ucierpiał z powodu koronawirusa.

Z mojej perspektywy liberalizacja niewiele zmienia. Czuję się, jak by ktoś mi dał cukierek i powiedział, że mogę go polizać przez szybę. Teoretycznie od 4 maja możemy uprawiać sport blisko domu, zachowując od siebie odległość dwóch metrów, wyjść do parku z dziećmi, mają też ruszyć fabryki i restauracje z daniami na wynos. Ale w praktyce jest wiele niejasności, a policja i straż miejska chętnie korzystają z nich, żeby wlepiać mandaty. Krążą po mieście w samochodach, konno, z psami.

Ostatnio wśród moich znajomych popularna była historia chłopaka, który wyszedł z domu po papierosy i w pustym parku przysiadł na ławce, żeby zapalić. Dostał 500 euro mandatu. Wciąż obowiązują autocertyfikaty – trzeba podać uzasadniony powód, dla którego wychodzi się z domu. Można ten dokument wydrukować z rządowej strony, a jeśli ktoś nie ma drukarki i zostanie zatrzymany na ulicy, to wypełnia formularz przy policji. Przyłapanie na kłamstwie słono kosztuje. Prawdopodobnie nadal będę siedziała więc w domu. To taki dekret na uspokojenie, ale pełen absurdów. Kto zdecyduje się wyjść po kawę na wynos, skoro przepisy zabraniają mu ją wypić na ulicy i przed barem? Mam sobie przynieść zimną kawę do domu? Albo centra handlowe – pojadę z dziećmi, żeby kupić np. buty, nie znajdę odpowiednich, i jak udowodnię, że musiałam wyjść, jeśli mnie zatrzymają? Wolę nie ryzykować.

Czytaj także:
Włochy od 4 maja częściowo znoszą restrykcje. „Nie ma mowy o wolności dla wszystkich”

Z pieskiem, po gazetę, do tablicy z nekrologami

Ale na pewno znajdą się tacy, którzy nie będą się przejmowali. Mieszkam w centrum miasteczka i nawet teraz, mimo obowiązujących jeszcze zakazów, widzę z okna całą „procesję”. Głównie starszych panów. Ten z pieskiem, ten po gazetę, kolejny do tablicy, na której wiszą nekrologi. Sprawdzają, kto umarł, po drodze zaglądają do sklepu. Kasjerki na nich krzyczą: „Przecież wczoraj już byłeś po zakupy, i przedwczoraj też!”. Ale oni machają na to ręką: „Nie szkodzi, tyle przeżyłem, nic się nie stanie, jak umrę”. Na szczęście nasza prababcia, która ma 84 lata, jest bardziej zdyscyplinowana, i chociaż nie była przekonana do idei pozostania w domu, to od 24 lutego wyszła tylko raz. Dzielimy to samo podwórko, więc podrzucamy jej zakupy.

„Jeszcze do niedawna powiedziałabym, że z naszych bliskich nikt nie zmarł poza kilkoma starszymi osobami, które znaliśmy z widzenia. Ale tydzień temu umarł na COVID-19 sąsiad, 41-latek, który pracował w domu opieki. We wtorek zabrała go karetka, a w niedzielę już nie żył. Dotknęła nas jego śmierć. Mieszkał z rodzicami, którzy póki co są zdrowi”.

Najwięcej osób odeszło właśnie w domach opieki nad starszymi ludźmi, które są tu bardzo popularne. Włosi sami deklarują, że chcą tam zamieszkać, bo mają opiekę medyczną, gimnastykę, zajęcia rekreacyjne, itp. W tej chwili przychodzą tam jedynie osoby z obsługi.

Ludzi, którzy przeszli przez COVID-19, jest na pewno dużo więcej, niż mówią statystyki, bo podobnie jak w Polsce nie robi się zbyt wielu testów.

Kuzynce męża, która straciła węch, smak, i miała stan podgorączkowy, zrobiono test w związku z tym, że pracuje w domu opieki. Zadzwoniła do lekarza, ten powiedział, że objawy są typowe i polecił siedzieć w domu. Jeśli się pogorszy, to ma dzwonić po karetkę, a test zrobią, jak będzie chciała wrócić do pracy. Po dwóch tygodniach wynik wyszedł negatywny i po kolejnych trzech dniach wróciła do swoich obowiązków. Czasami myślę, że może już przeszliśmy tę chorobę? Może nasza prababcia też ją przeszła, bo była przeziębiona w grudniu? Właśnie w wtedy na zapalenie płuc w ciągu dwóch tygodni umarło dwudziestu staruszków w okolicznych domach opieki. Nikt nie zdawał sobie wtedy sprawy, że to TEN wirus. Nawet w połowie lutego mówiliśmy jeszcze, że na pewno do nas nie dotrze, bagatelizowaliśmy ostrzeżenia.

Odwiedziny bez nadużyć

Żyjemy z oszczędności. Zajmuję się domem, a mąż na co dzień samochodami sportowymi, ale teraz nikt nie kupuje części. Jako przedsiębiorca ma pod górkę. Może wziąć pożyczkę od państwa, ale potem musiałby ją spłacać w wysokooprocentowanych ratach.

Nie słyszałam, żeby ludzie byli zwalniani z pracy. Tutaj jest to nie do pomyślenia. Nie w takim momencie.

Moja znajoma pracuje w lodziarni, która jest otwarta tylko w sezonie letnim i przez miesiące zimowej przerwy dostaje około 80 procent tego, co zarabia. Jest tak zwana cassa integrazione, czyli kasa zapomogowa i rząd płaci osobom, które nie mogą chodzić do pracy. Tak, jak by były na zasiłku chorobowym. Ale to też ma swoją drugą stronę, bo sporo tych pieniędzy do ludzi nie dotarło, a regiony i rząd przerzucają się odpowiedzialnością. Plus jest taki, że umowy śmieciowe bardzo rzadko się zdarzają.

Do tej pory obowiązywał zakaz opuszczania domów. Mogłam wyjść po zakupy, do lekarza, apteki, z psem, ale nie dalej niż na 200 metrów, no i oczywiście w rękawiczkach i maskach, które dostaliśmy od gminy – po sztuce na głowę. Teraz wreszcie możemy odwiedzić najbliższą rodzinę, przestrzegając zasad zachowania odległości, no i maskach. Ale też w domu, nie na ulicy i tak, żeby „nie nadużywać przemieszczania się po mieście”. To są właśnie te paradoksy nowych zarządzeń. Darmowe maski przysługiwały osobom z meldunkiem, których w Sannazzaro de’ Burgondi jest około pięciu i pół tysiąca. Jakieś trzy tysiące to przyjezdni. Spora część z nich pracowała w pobliskiej rafinerii. Kiedy poszła wieść, że zamykają Lombardię, większość z dnia na dzień podjęła decyzję o tym, żeby wyjechać na południe, pociągi były zatłoczone. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak roznieśli po kraju koronawirusa.

Życie stało się nudne

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że pod naszym oknem panuje cisza. Kiedyś od samego rana był hałas, bo bar otwierano o szóstej i od rana ustawiała się kolejka po cappuccino, espresso, do tego słodka bułeczka, rogalik z czekoladą. Cisza jest z jednej strony miła, bo można dłużej pospać, ale ciężko mi było się do niej przyzwyczaić. Za to w domu harmider jak nigdy. Leo powinien iść od września do przedszkola, ale nic nie wiadomo w tej sprawie. Dzieci mają wrócić do szkoły, ale trwają dyskusje, np. jest pomysł, żeby wrócili tylko ci uczniowie, których rodzice pracują. Z kolei nauczycielki, które we Włoszech są jedną z najstarszych grup zawodowych, obawiają się, że spotka ich los pensjonariuszy domów opieki, że będą wystawione na działanie wirusa.

Moje ulubione chwile? Chyba wtedy, kiedy piekę chleb. To zawsze była dla mnie przyjemność. Nie gotuję już w pośpiechu, piekę ciasta, kopytka, pierogi. Odrabiamy z dziećmi lekcje przez internet, bawimy się z nimi na podwórku, sprzątamy, gotujemy… Tęsknię chociażby za wyjściem do parku, które w ramach poluzowania ma być reglamentowane. Jest ciepło, o tej porze roku popołudniami zawsze odbierałam Olę ze szkoły i razem chodziliśmy nad jezioro. Życie zrobiło się trochę nudne. Tyle tygodni patrzymy już na świat przez okno.

Czytaj także:
Koronawirus we Włoszech. Ekspert mówi o tym, jakie błędy popełniono

Źródło: Wprost

Czytaj także