Lubelszczyzna. Tegoroczna majówka. 24-letnia Maja – drobna, uśmiechnięta blondynka z bystrym spojrzeniem – wraz z przyjaciółką i jej ówczesnym chłopakiem spędzają czas na działce w Okunince, nad Jeziorem Białym.
Korzystają z dobrej pogody. Słońce przypieka ich – jeszcze blade po zimie – ciała. Relaks i spokój. Tego właśnie potrzebują.
„Wielki wybuch i wszechobecny ogień”
W pewnym momencie pojawia się spontaniczne zaproszenie od mamy chłopaka przyjaciółki. Grill u znajomych nieopodal. Zgadzają się, bo czemu nie?
Maja – oprócz wspomnianej wcześniej dwójki – nie zna tych ludzi. Co chwilę przyjeżdża ktoś nowy.
Nadchodzi wieczór. Na rozgrzane słońcem ciało trzeba narzucić bluzę. Zebranych na posiadówce ogrzewa też biokominek. 24-latka widzi takie urządzenie po raz pierwszy. W pewnym momencie jedna z obecnych osób bierze do ręki kanister z paliwem i dolewa go do niego.
– Ułamki sekund. Pamiętam tylko wielki wybuch i wszechobecny ogień. Miałam na sobie bluzę z kapturem. Czułam, że się palę i nie mogę zgasić. Biegnę. Nie wiem, co robić. W pewnym momencie ktoś chwyta mnie i wrzuca do basenu. Tam tracę przytomność. Po chwili jakimś cudem wychodzę z wody. Pierwsze, co robię to ściągam satynowe spodnie – wspomina w rozmowie z „Wprost” Maja.
Młoda kobieta widzi na ciele oparzenia. Kątem oka dostrzega też spalone blond włosy. Na działce panuje chaos. W międzyczasie przyjeżdża pogotowie. Medycy każą zebranym iść pod prysznic i oblewać się zimną wodą.
Maja szuka przyjaciółki. – Dogaszała się w trawie. Ulżyło mi, bo wiedziałam, że jest bezpieczna i żyje.
24-latka doświadcza ataku paniki. Potęgują go trujące opary dostające się do jej dróg oddechowych i powodujące oparzenia.
Pierścionek od babci
– Zadzwoniłam do mamy na FaceTime. Ostatkiem sił powiedziałam, że był wybuch, nie wiem, co dokładnie się stało i za chwilę będziemy jechać do szpitala. Prosiłam, by również tam się pojawiła.
W międzyczasie ratownicy robią, co mogą, by pomóc poszkodowanym. Stają na wysokości zadania.
– Opiekowali się nami, zadbali również o nasze emocje. Jechałam z nimi karetką. Przyjaciółkę przetransportowano śmigłowcem LPR.
Mają szczęście. Trafiają do Łęcznej, do Wschodniego Centrum Leczenia Oparzeń i Chirurgii Rekonstrukcyjnej. Zajmują się nimi profesjonaliści. Na SOR-rze 24-latka zaczyna tracić świadomość.
– Pamiętam tylko, jak bardzo miły pan doktor rozciął mi pierścionek, który dostałam od babci na osiemnastkę. Moja ostatnia myśl to ta, że się zniszczył.
Pod respiratorem
Kobieta budzi się po paru dniach. Lekarze wprowadzają ją w śpiączkę farmakologiczną.
– Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło i co się dzieje. Poczułam tylko, że mam coś w gardle. Okazało się, że to respirator. Przez oparzone drogi oddechowe nie byłam w stanie samodzielnie oddychać.
Tak rozpoczyna się półtoramiesięczny pobyt Mai na intensywnej terapii i dwuipółmiesięczna droga przez kolejne szpitalne łóżka.
Diagnoza? Po wybuchu biokominka 24-latka doznaje 40-procentowego oparzenia całej powierzchni ciała – oparzeń trzeciego oraz głębokich II stopnia.
Na początku Maja samodzielnie nie oddycha ani nie mówi – porozumiewa się, wskazując litery na kartce. Zabandażowanie dłonie utrudniają ruchy. Dla niecierpliwej na co dzień pacjentki to dość frustrujące.
– Podobnie jak rura w gardle. Pamiętam jak po dwunastu dniach po raz pierwszy poprosiłam o odłączenie od respiratora. Był to dzień moich 25. urodzin, 12 maja. Wytrzymałam dobę, potem zaczęłam tracić oddech. Musieli znów wszystko zamontować.
To dla Mai ogromny cios. – Czułam rezygnację, groziła mi tracheotomia. Nie mogłam pojąć, że coś, co robiłam od momentu narodzin – oddychanie – sprawia mi tak ogromną trudność. Samodzielnie nie oddycham, nie mówię, nie jestem w stanie nawet sięgnąć po szklankę z wodą. Dlaczego? Dlaczego akurat ja?
Mija półtora tygodnia. Lekarze ponownie próbują odłączyć respirator.
– Czułam, że w płuca wtłacza mi za dużo powietrza. Wierzyłam, że to właśnie ten moment. Lepszego nie będzie. Niezwykle motywowała mnie mama. Mówiła: „kochanie, robiłaś to od zawsze, to tylko oddychanie, wdech i wydech”.
Udało się. Całą swoją uwagę już 25-latka skupia na tej czynności. – Radość nie do opisania. Byłam z siebie tak dumna. Nie potrzebowałam już respiratora, po zmianach opatrunków odbywających się w znieczuleniu ogólnym (jest to zbyt bolesne dla pacjentów – red.) dawali mi tylko maskę tlenową.
„Starałam się wyłączać uczucia”
Maja wciąż nie wie, jak wygląda jej ciało po wypadku. Nie chce patrzeć na rany. To jeszcze nie ten moment. Najpierw musi ułożyć sobie wszystko w głowie.
– Od zawsze byłam bardzo wrażliwa i reagowałam emocjonalnie. Budząc się na OIOM-ie pod respiratorem, jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zaakceptować obecny stan rzeczy. Starałam się wyłączać uczucia, które mi nie służyły. Maksymalnie wyciszenie – to chciałam osiągnąć. Oczywiście, że pytałam, jak wyglądam, ale nie chciałam jeszcze tego widzieć.
Nadchodzi dzień odsłonięcia ran na twarzy. Mai zdejmowane są bandaże zasłaniające dotychczas zdecydowaną większość.
– Powiedzieli mi wtedy, że mogę przestraszyć się tego, co zobaczę, ale to tylko chwilowe, bo wszystko się goi. Gdy spojrzałam w lustro, nie mogłam opanować emocji. Załamałam się. Zadzwoniłam do mamy i poprosiłam, by przywiozła golarkę. Musiałam zgolić głowę. Zrobiłam to w wielkich bólach. Właściwie nie ja, a pan pielęgniarz. Wtedy obiecałam sobie, że to symboliczny nowy początek. Dostałam nowe życie. Przez miesiąc nie było pewne, czy z tego wyjdę. Miałam 20 procent szans.
Nowa fryzura = nowy początek. 25-latka zdaje sobie sprawę, że musi teraz czerpać z codzienności pełnymi garściami. Nie może zmarnować takiego prezentu od losu.
Niezaprzeczalnym wsparciem w zdrowieniu okazuje się być przyjaciółka Mai, Dominika. Ona również doznaje rozległych oparzeń. – Wiedziałam, że jeśli jesteśmy w tym razem to jakoś damy radę.
Długie lata leczenia
Po wyjściu ze szpitala kobiety przechodzą w tryb walki o maksymalne zniwelowanie blizn i przywrócenie dawnego wyglądu.
– Zastanawiałam się, czy tak będę wyglądać już zawsze i jak dzisiejsza medycyna może mi pomóc?
Obecnie Maja jest na etapie operacji. Ma między innymi przykurcze dłoni (wkrótce zabieg – red.). Podjęła też laseroterapię w jednej z warszawskich klinik. Korzysta z lasera frakcyjnego CO2 oraz Cutera. Co jeszcze? Sterydy na wypukłość blizn.
– Za mną przeszczepy skóry – na udach, czole, powiekach, bokach dłoni, bokach i środku twarzy, transfer tłuszczu. Przede mną z kolei rekonstrukcja ucha, przeszczep brwi, włosów, operacja nosa, przecinanie ust. No i wspomniany laser ciągnący się latami.
Większość zabiegów Maja robi prywatnie. Część – jak choćby zaplanowaną operację dłoni – w placówkach publicznych.
W Prokuraturze Okręgowej w Lublinie Ośrodku Zamiejscowym z siedzibą w Chełmie toczy się sprawa z art. 163 par. 2 Kodeksu karnego (Sprowadzenie zdarzenia niebezpiecznego – red.).
– Jestem prawnikiem, nie zamierzam odpuszczać. Chciałabym, by wyciągnięto konsekwencje wobec osoby, która mi to zrobiła. Naraziła mnie na trwały uszczerbek na zdrowiu. Nie jestem tym, kim byłam przed wypadkiem.
Lekarze dają spore nadzieje na skuteczne usunięcie skutków oparzeń. – Po trzech miesiącach laseroterapii widzę ogromną różnicę. To nigdy nie będzie moje „poprzednie” ciało, ale myślę, że możemy zdziałać naprawdę dużo. Najgorszy jest jednak czas, bo cierpliwość nie należy do moich mocnych cech.
Wdzięczność
Co czuje się, słysząc o wspomnianych 20 procentach szans na przeżycie? W tym momencie Mai załamuje się głos.
– Wdzięczność, przede wszystkim do lekarzy – że zrobili wszystko co w ich mocy, by mnie uratować. Byli empatyczni, wspierali, pocieszali. Nie każdy oparzony wychodzi ze szpitala. Ja dostałam drugą szansę i chcę ją maksymalnie wykorzystać.
Gdzie 25-latka będzie za rok?
– Myślę, że przepracuję wiele rzeczy związanych z wypadkiem, moje ciało okaże się bardziej sprawne, odzyskam włosy, może na co dzień blizny będą boleć mniej niż teraz – puentuje.
Chcesz skontaktować się z autorką? Napisz: a.cieslik@wprost.pl
Czytaj też:
Jej synek choruje na glejaka. „Diagnoza rozłożyła nas na łopatki”Czytaj też:
10-letnia Sara przed śmiercią przeszła gehennę. Opublikowano wyniki sekcji zwłok