Seszele i Bali – tam pracują europosłowie

Seszele i Bali – tam pracują europosłowie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Fot. Wikipedia 
Joanna Senyszyn z SLD odbyła już pięć egzotycznych wyjazdów w tej kadencji Parlamentu Europejskiego. Służbowo odwiedziła Seszele, Madagaskar, Panamę, Meksyk i Wyspy Kanaryjskie. Z kolei Michał Kamiński jest rekordzistą, jeśli chodzi o absencję na posiedzeniach komisji. „Wprost” sprawdził, czym w ciągu pierwszego roku pracy zajmowali się polscy europosłowie.
- Wszystkie wyjazdy należą do moich obowiązków, bo zasiadam w delegacji, która zajmuje się stosunkami Unii Europejskiej z Karaibami, Pacyfikiem, Afryką i Ameryką Łacińską. Poza tym mój dorobek jest większy. Jestem wiceszefową platformy na rzecz świeckiej polityki, przeforsowałam dwanaście poprawek do rezolucji dotyczącej przemocy wobec kobiet, byłam też współorganizatorem konferencji o przemocy wobec kobiet – tłumaczy się Senyszyn. I dodaje: - Wszyscy myślą, że posłowie, którzy jeżdżą w delegacje, zyskują na tym finansowo. A jest odwrotnie, bo na wyjeździe dostaje się tylko pół diety. Nie można nie przyznać jej racji. Dieta w czasie delegacji wynosi bowiem 148 euro. Posłowie, którzy w tym czasie są w Brukseli, kasują codziennie 298 euro.

Rozmówcy „Wprost" w PE twierdzą zresztą, że przykład Senyszyn nie jest niczym nadzwyczajnym. Prawdziwą turystykę można bowiem uprawiać podczas wyjazdów studyjnych, na które każdy z parlamentarzystów ma własny budżet. Wystarczy zaproszenie z zagranicy, oficjalny plan pobytu i można ruszać w dowolne miejsce na świecie. – Znam takich, którzy załatwiają sobie zaproszenia z Indonezji. Mówią, że jadą zapoznawać się z tamtejszym systemem politycznym a tak naprawdę siedzą na Bali – twierdzi jeden z naszych informatorów.

Z kolei europoseł PiS Mariusz Kamiński jest rekordzistą, jeśli chodzi o nieobecności na posiedzeniach konferencji przewodniczących (to najważniejsze ciało w PE; należą do niego szefowie wszystkich grup) oraz na komisjach rozwoju i petycji, do których należy. „Wprost" dotarł do informacji pochodzących z list obecności. Wynika z nich, że na 25 posiedzeń konferencji (zestawienie obejmuje okres do końca czerwca) Kamiński był tylko na dziewięciu. Mimo że to on jest szefem frakcji, to najczęściej wysyłał na posiedzenia konferencji swojego zastępcę, Brytyjczyka Timothy’ego Kirkhope’a.

Jeszcze gorzej jest z komisjami. Na listach obecności z okresu od grudnia do końca kwietnia nie ma ani jednego jego podpisu. – Moje nieobecności na konferencji przewodniczących mają kilka przyczyn. Najpierw musiałem udowadniać, że nie jestem neonazistą, jak próbowała nazywać mnie brytyjska prasa. Później miałem kłopoty rodzinne a potem doszło do katastrofy w Smoleńsku. A komisje? Bywam na nich często, ale jako szef frakcji nie muszę wpisywać się na listę, więc tak naprawdę trudno stwierdzić, ile razy naprawdę mnie nie było – tłumaczy w rozmowie z „Wprost" Kamiński.

Część europosłów oszukuje także europarlament na dojazdach z Polski do Strasburga lub Brukseli. Za każdy przejechany kilometr parlament płaci pół euro a, żeby dostać zwrot kosztów podróży, wystarczy przedstawić dwa rachunki z podróży. - Numer jest więc dziecinnie prosty: jeden samochód, dwóch posłów w środku, cztery tankowania po drodze i każdy rozlicza się oddzielnie. Amatorów takich kombinacji nie brakuje – zapewnia nasz rozmówca. Z naszych szacunków wynika, że na podróży w dwie strony każdy z pasażerów może zarobić na czysto nawet 3-4 tys. złotych.

O przyjemnym życiu polskich eurodeputowanych będzie można przeczytać więcej w artykule "Żywoty kasiarzy", który ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost".