Pilot Air Force One: w samolocie rządzę ja

Pilot Air Force One: w samolocie rządzę ja

Dodano:   /  Zmieniono: 353
Jesteśmy stale uczeni, że w Siłach Powietrznych USA schodzenie poniżej minimalnych warunków jest złamaniem prawa. Kontroler na ziemi jest dla nas ostatecznym autorytetem mówiącym, czy możemy, czy nie możemy bezpiecznie podchodzić do lądowania - mówi w rozmowie z Tomaszem Machałą płk Mark Tillman, który przez dziewięć lat był pierwszym pilotem prezydenta USA. - Jeśli kontroler ostrzega mnie, że pogoda jest poniżej warunków pogodowych, mogę zejść do wysokości decyzji. Nigdy nie poleciałbym niżej, żeby wypatrywać pasa. Nie znam pilota, który by to zrobił - dodaje.
Tilman, który dowodził pułkiem odpowiedzialnym za loty najważniejszych osób w USA przez dziewięć lat tłumaczy, że do poszczególnych lotów z prezydentem załogi przygotowywały się przez dwa-trzy miesiące. - Wierzyłem, że lot nie będzie perfekcyjny, jeśli nie zostanie w najdrobniejszych szczegółach zaplanowany jeszcze na ziemi. Przykładałem ogromną wagę, by zaplanować wszystko, co było związane z nawigacją, lotniskiem docelowym, bezpieczeństwem prezydenta po wylądowaniu. Nie jest tak, że wskakuje się do samolotu i po prostu leci. Drugą najważniejszą sprawą jest trening. Jest wręcz ekstremalnie ważny. To dlatego my szkolimy się tak dużo. Wsiadając do samolotu, muszę wiedzieć, że moja załoga jest tak samo dobrze wyszkolona jak ja, że jesteśmy zgrani. Mamy tak wiele ćwiczeń w symulatorach, że wiem, co drugi pilot powie, jak zareaguje w krytycznej sytuacji. Siły powietrzne poświęcają dużo uwagi i pieniędzy, by mieć gwarancję, że prezydent jest bezpieczny na pokładzie Air Force One - podkreśla amerykański pilot.

Płk Tilman pytany o to, czy prezydent USA jako zwierzchnik sił zbrojnych może nakazać pilotowi Air Force One lądowanie, podkreśla, że nie jest to możliwe. - Uprawnienia prezydenta nie mają pierwszeństwa nad przepisami bezpieczeństwa. Latałem z kilkoma prezydentami i nigdy nie traktowałem ich w powietrzu jako moich dowódców w sensie wojskowym. Traktowałem ich wyłącznie jako przywódców politycznych. Moją pracą jest przewiezienie ich z miejsca na miejsce. Nigdy ani oni, ani nikt z ich otoczenia, ani nikt z moich wojskowych przełożonych nie nakazywał mi podejmowania jakichś decyzji w powietrzu. Zatrudnili mnie przecież z przekonaniem, że jestem najlepszy z najlepszych - wyjaśnia.

Wywiad Tomasza Machały z płk. Markiem Tillmanem można przeczytać w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost".

 353

Czytaj także