Święto pierwszomajowe

Święto pierwszomajowe

Dodano:   /  Zmieniono: 31
Tomasz Lis (fot. WhiteSmoke Studio)
1 maja amerykański imperializm znowu podniósł głowę. Dyrygowany przez dyktatora Obamę szwadron śmierci zlikwidował człowieka szlachetnego, który wprawdzie stosował radykalne metody, ale przecież w imię szczytnego celu.
Nie podobały mi się tłumy Amerykanów, którzy na wieść o śmierci bin Ladena, trzymając w jednej ręce puszkę z piwem, drugą ręką machali w  rytm skandowanego „USA, USA". Choć absolutnie podzielam wyrażane przez masę zwykłych ludzi i najważniejszych przywódców, od prezydenta Obamy po  kanclerz Merkel, poczucie ulgi i satysfakcji. Satysfakcji, przyznaję to  bez bicia, graniczącej z radością.

Nie bagatelizuję też głosów tych, którzy uważają, że bin Ladena należało postawić przed sądem. Ich intencje są godne szacunku. Miałby to  być w swej istocie gest ilustrujący wyższość kultury zachodniej nad kulturą śmierci, której entuzjastycznym orędownikiem był bin Laden. Pojmać, postawić przed sądem, w razie dowiedzenia winy skazać, jeśli trzeba, na śmierć. Wzniośle i humanitarnie. Choć czy na pewno humanitarnie? Bo przecież kara śmierci humanitarna nie jest, więc może, zgodnie z ideałami europejskimi i nauką Kościoła, należałoby wymierzyć naczelnemu terroryście karę dożywocia. Miałby wikt i opierunek, nie  musiałby się ukrywać, swoje wezwania do unicestwiania „niewiernych" przekazywałby światu bez potrzeby konspirowania, za pośrednictwem adwokatów. To byłaby miara naszej wyższości, umiaru, powściągliwości i  przywiązania do najwyższych ideałów. Wcześniej odbyłby się proces, w  czasie którego bin Laden korzystałby z domniemania niewinności. Najlepsi amerykańscy adwokaci szybko by wyjaśnili, że fakt, iż wiele razy przyznał się do kierowania zbrodniami, dowodem nie jest, a jego związek z  wykonawcami zamachów terrorystycznych jest dyskusyjny. Kanały informacyjne, w tym nasze, pokazywałyby rysunki bin Ladena na ławie oskarżonych, faszerowałyby nas detalami jego wystąpień, diety oraz  lektur. Nie tylko standardy prawne, ale też standardy wolnego słowa byłyby dotrzymane. Miłośnicy praw człowieka, stosowanych także wobec tego, który człowieka i jego praw nie cierpiał, byliby usatysfakcjonowani i nasyceni.

Nie, nie dezawuuję przywiązania do wartości i idealizmu, ale nie bardzo jestem w stanie strawić towarzyszącej im niekiedy w tej sprawie graniczącej z głupotą demagogii. Oto w moim ulubionym Radiu Tok FM pan doktor z „Krytyki Politycznej" oburza się na porównywanie bin Ladena do  Hitlera i Stalina. Bo przecież tamci wybili miliony, a ten odpowiedzialny jest za śmierć setek albo tysięcy. Jasne, gdyby Al-Kaidzie udało się odpalić w jakiejś zachodniej stolicy broń jądrową –  o czym bin Laden marzył – byłyby to może setki tysięcy, ale to przecież wciąż nie miliony. Poza tym, kontynuował pan doktor, należy wziąć pod  uwagę społeczny kontekst terroryzmu. Słusznie, należy też zastanowić się nad społecznym kontekstem nazizmu, by nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków i nie ferować zbyt szybko wyroków.

Pan doktor, skądinąd zasadnie, potępił zbyt nachalnie manifestujących swą radość Amerykanów. Zaraz potem jednak dodał, że gdy Palestyńczycy zbyt głośno manifestowali swą radość z zamachów 11 września, zawstydzony Jaser Arafat oddał krew na potrzeby rannych w nowojorskiej katastrofie. „Oto miara przywództwa", powiedział pan doktor. Bingo! Z jednej strony upajający się swą wszechwładzą Obama, z drugiej uduchowiony, subtelny Arafat. Może i był Arafat terrorystą, ale przecież nie można zapominać o  społecznym kontekście terroryzmu, prawda? Obama i tak ma szczęście. Gdyby szwadron śmierci popełnił tak okrutny mord za kadencji Busha, mielibyśmy wielką antyamerykańską kampanię. Rozpętaną przez ideowych wnuków subtelnych intelektualistów występujących w obronie słońca ludzkości, Stalina i dzieci lewicowych idealistów potępiających Reagana za wyścig zbrojeń z miłującym pokój Związkiem Radzieckim.

Ale przecież nazistowscy zbrodniarze byli sądzeni w Norymberdze, a  nie likwidowani. Przecież Adolf Eichmann miał swój proces w Jerozolimie (choć przecież jego porwanie w Argentynie naruszało prawo międzynarodowe). Tyle że w czasach Norymbergi nie było jeszcze 24-godzinnego medialnego cyklu zamieniającego wszystko, co się da, w  medialny cyrk. A Eichmann w klatce bardziej niż zadośćuczynieniu standardom prawa służył wyleczeniu się mieszkających w Izraelu ludzi, którzy przeżyli cudem Holocaust, ze straszliwej traumy. I jeszcze drobiazg. Tamte procesy były wytaczane po wojnie. Wojna z terroryzmem trwa. Nie wywołali jej ani Clinton, ani Bush, ani Obama. Barack Obama podjął ryzykowną, ale słuszną decyzję. Wziął za nią odpowiedzialność. W  jego wystąpieniu nie było triumfalizmu. Były mądre słowa o tym, że  Ameryka nie prowadzi i nigdy nie będzie prowadziła wojny z islamem. Prezydent słusznie podjął też decyzję, by zdjęć zamordowanego bin Ladena nie ujawniać. Słuszną decyzję o zamordowaniu wroga zamieniłoby to  bowiem w igrzyska dla gawiedzi.

Wojna z terrorystami trwa. Ale ważna bitwa została w niej wygrana. Zdecydowanie za późno, ale na szczęście definitywnie.

 31

Czytaj także