Koledzy mówią o nich: ci od spraw beznadziejnych. Bo gdy jedni umarzają sprawy, policjanci z krakowskiego Archiwum X wyciągają stare akta i zaczynają się zastanawiać, co tak naprawdę się wydarzyło. I tropią sprawców zbrodni tak długo, aż posadzą ich na ławie oskarżonych.
Gdy szef Archiwum X prowadzi szkolenia dla policjantów, zawsze im powtarza, że trzeba czytać policyjne podręczniki, ale również powieści o genialnym detektywie Sherlocku Holmesie. – Jestem za starą szkołą detektywistyczną, uzupełnianą nowinkami technicznymi. Nie podważam osiągnięć kryminalistyki, trzeba je znać, ale nie one są istotą pracy policjanta. Ważniejsze jest myślenie i dedukowanie – mówi Bogdan. Ani on, ani inni oficerowie Archiwum X nie ujawniają swoich nazwisk.
Bogdan nie lubi porównań z przystojnym agentem Mulderem z kultowego amerykańskiego serialu. – No nie. Nie, nie – krzywi się. – To media nas tak nazwały, a ja nie byłem z tego powodu szczęśliwy.
– Oni są od spraw pozornie beznadziejnych. Takich, które zostały umorzone wobec niewykrycia sprawców. Kiedy już wszyscy wyczerpali pomysły na dalsze śledztwo, bierze się do niego zespół Archiwum X. I oczywiście nie zawsze, ale często ich czynności przynoszą efekty, nawet po latach od popełnienia przestępstwa – mówi prokurator Jacek Para, szef Prokuratury Rejonowej Kraków-Podgórze.
– Wykrywanie przestępcy to jest walka. Trwa do końca, do chwili gdy jeden z nas zwycięży. A dzisiaj wszyscy by chcieli, żeby Jagiełło dzień wcześniej uprzedził Krzyżaków, że ich zaatakuje. Bo wtedy mogliby się dobrze przygotować. Ja uważam, że nie wolno ujawniać naszych metod pracy – tłumaczy Bogdan. – Tak, wiem, że ludzie się tym ciekawią, ale jeszcze bardziej ciekawią się przestępcy.Tajemnica sukcesu policyjnego Archiwum X w najnowszym "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku.
