Legierski: z PiS-em można współpracować

Legierski: z PiS-em można współpracować

Dodano:   /  Zmieniono: 
Krystian Legierski (fot. FORUM) 
Krystian Legierski, odpowiadając na pytania czytelników Wprost24, podkreśla, że jest w stanie współpracować nad konkretnymi projektami zarówno z politykami PO, jak i PiS-u. O tych ostatnich mówi, że choć „budzą w nim różne lęki”, to jednak odrzuca stanowisko Platformy, zgodnie z którym z PiS-em nie można porozumiewać w żadnej kwestii. Legierski tłumaczy też, że środowiska LGBT nie powinny obrażać się na SLD, ponieważ Sojusz jest jedyną siłą, która porusza problemy homoseksualistów i jednocześnie ma szansę na wejście do Sejmu.
Katarzyna Sikorska: W wyborach samorządowych został pan warszawskim radnym. Dlaczego nie chce pan działać na rzecz ludzi, którzy zaufali panu niecały rok temu?

Krystian Legierski: Chcę działać na rzecz ludzi, którzy mi zaufali przed rokiem i mam nadzieję, że zaufają mi również teraz, bo – jeśli zdobędę mandat – będę pracował na ich rzecz w Sejmie tak sami, jak pracuje w radzie miasta i samorządzie. Szczerze powiedziawszy, gdybym się dostał do Sejmu, to wielu rzeczy by mi brakowało. Jednak kwestie, które są najważniejsze dla mnie i dla Zielonych, których reprezentuje, są rozstrzygane na poziomie Sejmu. Od 10 lat najważniejsze są dla mnie problemy osób homoseksualnych, a przecież w Radzie Miasta w ogóle nie jest procedowana ustawa o związkach partnerskich, nie dyskutuje się o rządowych programach antydyskryminacyjnych - to są kompetencje parlamentu. W nowym parlamencie trzeba będzie stoczyć bój, aby przeciwdziałać przestawieniu dużej części produkcji energii na energetykę jądrową, czego jako Zieloni nie chcemy. Chcemy żeby Polska zainwestowała w nowoczesne technologie, a nie w te, od których świat zaczyna odchodzić.

Przez te kilka miesięcy, jakie spędziłem w Radzie Miasta, zacząłem działać na rzecz strategii lokalnych. Mam nadzieję, że również w Sejmie będę mógł się nimi zająć - w końcu z Warszawy nie wyjadę. Mogę mieć kontakt z tymi samymi ludźmi i mogę ich wspierać, czerpać z ich wiedzy.

Jakub Bartkowiak: Dlaczego Zieloni 2004 nie mogą odnieść w Polsce takiego sukcesu jak Zieloni w Niemczech, czy Meksyku?

Zieloni w Niemczech odnieśli sukcesy po 20 latach. My jesteśmy obecni na scenie politycznej od 2004 roku na politycznym rynku, więc jeszcze możemy powtórzyć niemiecki sukces. Naszym problemem jest polskie prawo wyborcze, które politycy napisali tak sprytnie, żeby zagwarantować sobie jak najmniejszy dostęp młodych sił do polityki. Ustawa o finansowaniu partii politycznych skonstruowana jest tak, że nowe twory polityczne w zasadzie nie mają możliwości legalnego pozyskiwania źródeł finansowania, które wystarczyłby na prowadzenie kampanii, stworzenie struktur, wyposażenie biur, etc. Proszę porównać sytuację partii, która dostaje 70 mln z budżetu państwa i Zielonych 2004, którzy pozyskują z darowizn własnych członków jakieś kilkadziesiąt tysięcy w skali roku. W ten sposób szanse Zielonych 2004 na dotarcie do prawie 40 mln wyborców są prawie żadne. Zwłaszcza, że media nie są zainteresowane jakimiś tematami merytorycznymi. Ale cóż - tak ta scena polityczna wygląda, dlatego nasze sukcesy są na razie małe.

Katarzyna Sikorska: Dlaczego startuje pan z list SLD? Czy według pana ta partia naprawdę poważnie traktuje problemy mniejszości? Czy nie ma pan wrażenia, że ten temat powraca zawsze jedynie przed kampanią wyborczą?

Pamiętam dokładnie, jak wyglądały obietnice SLD do 2004 roku, kiedy Sojusz rządził. Pamiętam też rozmowy z członkami Sojuszu, bo współtworzyłem z senator Marią Szyszkowską projekt ustawy o związkach partnerskich. Wtedy SLD przegłosował ten projekt i trafił on do Sejmu. Jednak ówczesny marszałek Sejmu, Włodzimierz Cimoszewicz, zablokował rozpatrywanie tego projektu. W tym czasie rozstrzygała się kwestia wejścia Polski do UE i Sojusz wydawał się być w jakiś sposób zaszantażowany postawą kościoła katolickiego, który ponoć twierdził, że jeżeli Sojusz będzie podejmował kwestie kontrowersyjne społecznie, to Kościół będzie namawiał ludzi do głosowania przeciwko akcesji. Wiele osób ze środowisk feministycznych poczuło się wówczas oszukanych przez SLD. Wydaje mi się jednak, że dziś jest już inaczej. Pracując przez ostatnie dwa lata nad projektem ustawy o związkach partnerskich, który jest obecnie rozpatrywany w Sejmie, odnoszę wrażenie, że wśród działaczy Sojuszu jest rzeczywista wola pracowania nad tym projektem i zgłoszenia go zaraz po nowych wyborach.

Krzysztof Chyla: Czy uważa pan, że SLD może podzielić się na dwie partie, z których jedna rozpocznie bliższą współpracę z PO?

Nie mogę wykluczyć, że SLD podejmie współpracę z Platformą. Nie wiem, czy będzie to koalicja, czy jakaś forma „cichej większości" w parlamencie, która będzie popierała rząd. Nie sadzę jednak, żeby SLD się dzieliło. Ugrupowanie jest na tyle małe, że nie miałoby to sensu.

Tomasz Chabinka: Z punktu widzenia środowiska LGBT lepszym rozwiązaniem dla Polski jest SLD, czy raczej Palikot?

Palikot byłby dobry, ale ma tak znikome szanse na wejście do parlamentu, że nie wiem, czy środowisko LGBT może postawić na tak niepewnego partnera. SLD jest od wielu lat jedyną partią, która wprowadza do politycznej przestrzeni publicznej temat homoseksualizmu. Ani PiS, ani PSL, ani Platforma się tymi kwestiami nie zajmują. PO jest siłą bardzo konserwatywną, która tego z własnej woli tego tematu nie podejmie.

Krzysztof Matelski: Jak ocenia pan sposób, w jaki SLD potraktowało Roberta Biedronia i Wandę Nowicką? Czy to już koniec pańskich wspólnych projektów z Robertem Biedroniem i środowiskiem Wandy Nowickiej?

Nie sądzę. Urazę Wandy Nowickiej rozumiem, bo jest ona osobą spoza SLD, działaczką społeczną. Rozumiem jej rozgoryczenie. Natomiast absolutnie nie rozumiem rozgoryczenia Roberta Biedronia. Albo inaczej – po ludzku go rozumiem, ale jego zachowanie budzi mój niesmak, ponieważ on od 1995 roku bodajże do 2005 roku był członkiem Sojuszu, a później ściśle z SLD współpracował i doskonale zna tych ludzi. To że on teraz strasznie na nich pluje, nie świadczy o nim najlepiej. Drugą sprawą jest to, że Robert Biedroń w te swoją prywatną rozgrywkę z SLD wciąga całe środowisko gejów i lesbijek w sposób nieodpowiedzialny. To obrażenie się, wyjście i trzaśnięcie drzwiami uważam za jego osobistą porażkę w Sojuszu. Przez lata uczestnictwa nie zbudował na tyle mocnej pozycji, by dziś stawiać twarde warunki kierownictwu Sojuszu. No i się obraził – i ze swojej osobistej porażki próbuje zrobić sprawę publiczną. A prawda jest taka, że Ruch Palikota (Biedroń wystartuje z jego list – red.), ma raczej małe szanse na wejście do Sejmu. Pojawia się więc pytanie, czy Robert weźmie odpowiedzialność za to, że w kolejnym parlamencie osoby homoseksualne nadal nie będą miały swojego przedstawiciela i reprezentanta? Często słyszę argument, że Robert odszedł z Sojuszu, więc dlaczego ja startuje z jego list. Ale co mnie obchodzi Robert? Jak się obraził na politykę to trudno, wróci do sfery pozarządowej i może tam sobie różne rzeczy robić. Ja nie mogę się obrazić na politykę. My, jako Zieloni, złożyliśmy kiedyś deklarację, że chcemy w tej polityce istnieć i przebijać się z rzeczami i wartościami, które dla nas są istotne. I chcemy to robić niezależnie od tego jaka ta polityka jest.

Krzysztof Matelski: Jakie jest pana stanowisko w sprawie koalicji SLD z PiS? Podobno uchodzi pan w Warszawie za zwolennika takiej koalicji?

Dla mnie i dla Zielonych taka koalicja jest nie do przyjęcia. Z całą mocą chciałbym jednocześnie podkreślić, iż nie zgadzam się z podejściem, które reprezentuje PO, że żadna współpraca z PiS nie jest możliwa. Chociaż w większości spraw absolutnie się różnimy i nie jest nam po drodze, są jednak takie kwestie, w których widzę możliwość współpracy - np. związane z GMO. Nie chciałbym podchodzić do posłów PiS jak do trędowatych. Mam pełną świadomość tego, jaki ta partia ma wizerunek, i że tym swoim wizerunkiem straszy, bo we mnie też rozmaite lęki budzi. Ale myślę, że w takich kwestiach, które są kluczowe i ważne, będę się starał stanąć ponad tymi lękami i współpracować z PiS. Nie zmienia to faktu, że płaszczyzn, w których coś nas łączy z PiS, jest tak mało w porównaniu do tych, w których nas coś dzieli, że absolutnie nie widzę możliwości koalicji. Myślę, że wyborcy SLD też by tego nie zrozumieli. Zieloni w takiej koalicji na pewno by się nie znaleźli.

Elżbieta Przybysz: Miał pan propozycję startu z list PO?

Nie miałem i chyba bym jej nie przyjął. Dużo różni Zielonych 2004 z Platformą. Mam oczywiście świadomość ogromnych plusów i dobrodziejstw wynikających z rządów Platformy, jak chociażby wprowadzenie pewnych obyczajów politycznych, ale kwestie energetyki odnawialnej, GMO, kwestie związane z podejściem do praw gejów i lesbijek - to wszystko czyni moją bliższą współpracę z PO mało prawdopodobną. Jednak tam, gdzie współpraca jest możliwa, bardzo ściśle i chętnie z Platformą będę współpracował.

Jan Bartkowiak: Czy może pan podać trzy plusy i trzy minusy rządów Donalda Tuska?

Trzy największe plusy to: zmiana obyczajów politycznych - politycy Platformy w większości przypadków trzymają fason. Poza tym mają intelektualne usposobienie, można z nimi wchodzić w dyskurs na poziomie intelektualnym, a nie emocjonalnym. Są też o wiele bardziej merytoryczni, niż ich poprzednicy z Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast największym minusem jest to, że oni w Polsce wdrażają taką neoliberalną politykę, która się w świecie kompromituje. Konsekwencją jest brak myślenia o osobach słabszych. Mam wrażenie, że PO układa życie społeczne pod korporacje, pod ludzi silnych, sprawnych i zaradnych, natomiast ci wszyscy, którzy mają inne walory – są np. artystami, o nich wszystkich się nie dba. Ja nie jestem socjalistą radykalnym, jednak uważam, że układając życie społeczne, trzeba je układać możliwie najszerzej, tak aby ludzie o różnych zdolnościach, o różnym poziomie talentu, różnym poziomie intelektu, byli w stanie się odnaleźć. Nie można dokonywać modernizacji kraju na grzbietach dużej grupy osób. Zrównoważony rozwój jest wartością i nie może być tak, że najpierw ktoś musi się wzbogacić, a dopiero później będziemy dbać o innych ludzi. Założenie Platformy jest takie, że jak się ktoś wzbogaci, to później z tego bogactwa będą mogli czerpać ci, którzy dziś pozostają głodni. Ten model sprawowania rządów w Polsce mi się nie podoba.

Tomasz Rejdych: Jakie stanowisko mają Zieloni 2004 wobec obowiązującej ustawy antynarkotykowej? Co pan sądzi o legalizacji marihuany?

My jesteśmy zdecydowanie za legalizacją posiadania narkotyków. Osobiście uważam, że narkotyki nie różnią się absolutnie niczym od alkoholu. Ludzie mogą nosić w torbach piwo, wino, wódki, mogą pić alkohol, a jednocześnie ci sami ludzie, jeśli wybiorą inne używki, są wtrącani do więzień, To wydaje mi się jakąś kompletną nierównością i dyskryminacją. Zwłaszcza, że picie wódki jest wielkim społecznym problemem w Polsce, kompletnie nieporównywalnym do tego związanego z zażywaniem marihuany, czy nawet kokainy. Narkomania jest w Polsce problemem marginalnym. Ta niekonsekwencja mnie razi w traktowaniu używek mnie razi. Państwo, które chce kształtować swoją politykę odpowiedzialnie, powinno przede wszystkim informować ludzi o szkodliwości narkotyków, a nie wtrącać do więzień. Dziś młodzi ludzie stają się kryminalistami, bo mieli marihuanę w kieszeni. Pytanie: komu to pomaga? Czy państwo odnosi jakąś korzyść z tego, że musi tych ludzi utrzymywać? Czy ci ludzie coś z tego przykrego doświadczenia wynoszą?

Jan Ratajczak: W jaki sposób zamierza pan zmobilizować osoby wykluczone ze względu na orientacje seksualną, które zdecydowały się zamieszkać poza granicami Polski, do zagłosowania na pana?

Zdecydowałem, że tę kampanię będę prowadził w sposób jak najbardziej informacyjny. Chciałbym informować o rzeczach, które są dla nas, Zielonych ważne i o które chcielibyśmy zabiegać. Mamy świadomość, że jesteśmy małą partią i że bez sensu byłoby pisać program, który objąłby całą sferę życia społecznego w Polsce. Nie będziemy mieli takiej władzy, by móc samodzielnie rządzić. W kampanii będę stawiał na merytoryczność, a nie happenerstwo. Nie wiem czy uda mi się zwrócić uwagę ludzi, którzy mieszkają za granicą (takie osoby głosują w wyborach na listę warszawską, z której startuje Legierski – red.), ale mam nadzieję, że ci ludzie dadzą sobie i mi szansę.

Katarzyna Formela: Zna pan projekt o cywilnych związkach partnerskich miłoscniewyklucza.pl? Czy chciałby pan zgłosić ten projekt w Sejmie, czy może zamierza pan zgłosić projekt grupy inicjatywnej SLD?

Zdecydowanie opowiadam się za projektem grupy inicjatywnej SLD. Sam ten projekt współtworzyłem i jak najbardziej odpowiada on moim przekonaniom. Jeśli okazałoby się, że ten projekt ma mniej zwolenników i jest mniej zrozumiały, niż projekt proponowany przez grupę miłośćniewyklucza.pl, to oczywiście nie będę w jakiś sposób blokował tego ostatniego projektu i również będę go popierał, bo każde rozwiązanie jest dobre.

Michał Kowalski: Jaki scenariusz rozwoju sektora energetycznego będzie pan oficjalnie wspierał i promował jako poseł?

Będę zdecydowanie wspierał sektor energetyczny oparty na odnawialnych źródłach energii. Polska do 2020 roku powinna zaspokajać z tych źródeł minimum 15 procent swojego zapotrzebowania na energię. My, Zieloni 2004, chcielibyśmy, żeby ten wskaźnik był jeszcze wyższy i fakt, że obecnie rządzący w ogóle nie stworzyli żadnych ram prawnych dla firm, które chcą tworzyć odnawialne źródła energii, uznajemy za skandal. Bardzo wiele osób napotyka problemy przy budowie elektrowni wodnych, siłowni na biomasę, wiatraków. Nasza zielona filozofia pozyskiwania energii zakłada powstanie drobnej, rozproszonej energetyki – tak, aby każdy powiat, każda większa gmina, miała swoje siłownie. Dziś z elektrowni Bełchatów energia przesyłana jest na odległość 3000-4000 km gdzieś w głąb Polski, i w zasadzie na każdym kilometrze odnotowujemy straty. My zawsze będziemy stawiać na odnawialne źródła energii i na to, aby tę energię mądrze oszczędzać.

Michał Kowalski: Chciałby pan zająć się w Sejmie problemem mieszkań komunalnych? Jak rozwiązałby pan problem dostępu do takich mieszkań?

Już się tym zajmuje - niestety na razie bez większych efektów. W warszawskiej Radzie Miasta przedstawiłem pomysł, żeby zajmować się tym już na poziomie samorządowym. A gdybym się dostał do Sejmu, to zdecydowanie zająłbym się tym tematem. Chciałbym się przede wszystkim przebić do świadomości Polaków, bo rynek mieszkalnictwa zdominowany przez komercyjne budownictwo, głównie deweloperów, nie jest jedyną możliwością pozyskania mieszkania. Dziś odnoszę wrażenie, że Polacy są przekonani, iż tylko własne, prywatne mieszkanie jest bezpiecznym wariantem, a wszystkie inne formy mieszkania są niepewne. Tymczasem rynek mieszkaniowy można zmienić – są na to co najmniej trzy sposoby. Po pierwsze - można rozwijać budownictwo w systemie spółdzielczym, budownictwo non-profit. Chodzi o stworzenie odpowiednich warunków prawnych, żeby ludzie gromadzili się w formie spółdzielni i wspólnie budowali domy, mieszkania. W takim wariancie każda złotówka jest wydawana wyłącznie na budowę mieszkań i nikt na tym nie zarabia. Stawiałbym też na to żeby w tych gminach, gdzie jest to możliwe, budować budynki komunalne. W Wiedniu na 800 tysięcy mieszkań aż 200 tysięcy to mieszkania komunalne. Oznacza to, że bogaty Wiedeń wybiera mieszkania komunalne zamiast mieszkań własnościowych. U nas mieszkanie komunalne postrzega się jako mieszkania dla ubogich. Tymczasem prawda jest taka, że prywatne mieszkania są osiągalne dla nielicznych - może 30 procent młodych ludzi stać dziś na kredyt.

Bardzo fajnym sposobem budowania mieszkań, niewykorzystywanym jednak przez gminy, są mieszkania budowane w systemie Towarzystw Budownictwa Społecznego. TBS-y mogą być budowane przez gminy i prywatne podmioty, ale czynsze w nich są ustalane przez gminy i nie rządzi nimi jedynie logika zysku. Innym sposobem na poprawę sytuacji mieszkaniowej w Polsce jest partnerstwo publiczno-prywatne. Polega ono na tym, że prywatny podmiot buduje domy w porozumieniu z samorządem. Czynsze są regulowane, natomiast osoby, które zamieszkują takie mieszkania płacą za wynajem, dajmy na to, 800 złotych za 30 metrów, a gmina dopłaca pozostałe 400 czy 600 złotych..

Wiktor Wawrzyniak: Prawicowi publicyści tłumaczą część przemian, jakich doświadcza współczesny świat, działaniem lobby homoseksualnego. Czy pańskim zdaniem polskie środowisko homoseksualne dojrzało już do posiadania własnego lobby, własnej świadomości politycznej, wie czego chce i potrafi zrealizować swoje cele?
 
Myślę, że to się dopiero rodzi. Środowisko LGBT jest coraz bardziej świadome, coraz bardziej zdeterminowane, żeby zabiegać o prawa, które się należą gejom i lesbijkom, osobom biseksualnym i transseksualnym. Pytanie brzmi jednak: czy środowisko to jest dziś na tyle zorganizowane, żeby mogło skutecznie nominować swoich reprezentantów do różnych organów władzy przedstawicielskiej, czy to na poziomie samorządowym, czy na poziomie centralnym. Mnie udało się zdobyć mandat do Rady Miasta - i myślę, że w Warszawie, nasze środowisko jest już dostatecznie zorganizowane. Zdaję sobie jednak również sprawę z tego, że nie reprezentuje wyłącznie osób homoseksualnych - wiele osób, które nie są homoseksualistami głosuje na mnie z innych powodów.

Szymon Kolaż: Dlaczego wyborcy niehomoseksualni powinni głosować na pana?

Wprawdzie nie odpowiadam za motywacje innych, ale naprawdę zajmuje się wieloma rzeczami, z których większość nie dotyczy spraw środowiska LGBT. Myślę, że ci ludzie, z którymi rozmawiam i współpracuję na co dzień, pewnie to widzą. Wiem, że staram się z siebie dawać dużo, aby dobrze i skutecznie współpracować z ludźmi, którzy na przykład zajmują się ochroną środowiska, z ludźmi którzy zajmują się kulturą, z ludźmi, którzy zajmują się, na poziomie samorządowym, ładem przestrzennym, planowaniem, urbanistyką. Często uczestniczę w pracach nad uchwaleniem planu zagospodarowania przestrzennego. W kwestiach społecznych staram się współpracować ze stowarzyszeniami lokatorów, które monitorują i próbują pomagać osobom znajdującym się w trudnej sytuacji mieszkaniowej. Mam nadzieję, że moje wysiłki, moja współpraca z ludźmi, zostaną zauważone i będzie to jednym z argumentów, by ci ludzie mogli uznać mnie za swojego przedstawiciela w Sejmie.

Maciej Dobrowolski: Kiedy doczekamy się premiera albo prezydenta o orientacji homoseksualnej?

Stanie się to wtedy, kiedy homoseksualizm zacznie być traktowany jako normalny element naszej codzienności, nie budzący żadnych emocji. Jeśli ktoś jest rudy, albo piegowaty – to w przeszłości był prawdopodobnie wyśmiewany przez inne dzieci, a teraz dorośli ludzie nie zwracają już na to uwagi. Kiedy dojdziemy do pewnego poziomu rozwoju życia społecznego, to homoseksualizm stanie się taką samą cechą, jak to, że ktoś jest blondynem. Wtedy fakt, że taka osoba jest prezydentem czy premierem, nie będzie niczym nadzwyczajnym. Orientacja seksualna nie będzie po prostu istotna.