Upiorna noc z Sandy

Upiorna noc z Sandy

Huragan Sandy spowodował śmierć co najmniej 50 osób (fot. NASA)
Sandy to była Katrina, tylko bez aligatorów - mówił Danny Drogin, koordynator akcji ratunkowej miasteczka Sea Bright, położonego na jednej z licznych wysp oddzielających w New Jersey stały ląd od Atlantyku. W wielu miejscach wybrzeże New Yersey - ulubione miejsce wypoczynku milionów mieszkańców metropolii nowojorskiej i filadelfijskiej - przestało po prostu istnieć.
29 października rano, w poniedziałek, na dziesięć godzin przed uderzeniem wyjeżdżam do pracy. Sąsiedzi patrzą na mnie jak na straceńca, bo podmuchy wiatru sięgają już 70 kilometrów na godzinę. Biorę większy i cięższy samochód, ale i tak w drodze powrotnej na autostradzie w ulewnym deszczu wiatr kilka razy przesuwa mnie z jednej linii na drugą. Piekło zaczyna się  około czwartej po południu. Każde kolejne uderzenie wiatru jest silniejsze od poprzedniego. Szyby w oknach drżą mocniej, konstrukcje domów bardziej trzęsą się w posadach, gałęzie drzew uginają się niżej.

O 10 wieczorem gaśnie światło, wysiada telefon, Internet, komórka. Pozostaje tylko wsłuchiwanie się w ryczący wiatr. Co będzie dalej?

Gdyby jakiś szalony meteorolog chciał wymyślić najkoszmarniejszy scenariusz pogodowy dla Wschodniego Wybrzeża, pewnie i tak zabrakłoby mu wyobraźni dla tego, czym była Sandy.

O swoim spotkaniu z Sandy pisze z Nowego Jorku korespondent "Wprost" Tomasz Deptuła. Więcej będzie można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika „Wprost”, które od niedzielnego popołudnia (14:00)  będzie dostępne w formie e-wydania.

Najnowsze wydanie tygodnika dostępne jest też na Facebooku.

Czytaj także

 0