Czubaszek: od dziecka nie lubię świąt

Czubaszek: od dziecka nie lubię świąt

Dodano:   /  Zmieniono: 50
Maria Czubaszek (fot. TEODOR KLEPCZYNSKI / Newspix.pl ) / Źródło: Newspix.pl
Szczerze mówiąc, całe to świąteczne zamieszanie wcale mnie nie obchodzi. Myślę, że jest wiele takich osób jak ja, tylko boją się do tego przyznać. Rodzina i znajomi wywierają przecież presję. Jak to tak, nie śpiewać kolęd, nie robić 12 dań, nie cieszyć się tą wyjątkową atmosferą? - mówiła Maria Czubaszek w rozmowie z "Wprost".
No właśnie wcale się nie cieszę. Nie lubiłam świąt już od dziecka. Kojarzyły mi się z tym, że do domu przychodziła jakaś daleka rodzina, której wcale nie znałam. Nie ciągnęło mnie do tych rodzinnych spędów, bo gdyby ludzie naprawdę odczuwali potrzebę, żeby się spotkać, nie musieliby czekać przecież na Gwiazdkę. Całe to zamieszanie z 12 daniami, celebracją i tak dalej źle mi się kojarzy. Szczególnie od pewnej Wigilii, kiedy byłam jeszcze mała.

Zawsze kochałam zwierzęta. Kiedy rodzice pytali mnie, co chciałabym dostać pod choinkę, odpowiadałam, że marzę o zwierzątku. Kiedy więc kilka dni przed świętami zobaczyłam, że w wannie pływa rybka, byłam przekonana, że to mój prezent. Wiedziałam już, że rodzice lubią, żeby to była niespodzianka, udawałam więc, że rybki nie widzę. Starałam się nawet nie wchodzić do łazienki. Kiedy w Wigilię usiedliśmy do stołu, cały czas tylko łypałam okiem w kierunku choinki, zastanawiając się, gdzie jest moja rybka i jak duże będzie jej akwarium. No i wtedy coś wylądowało na moim talerzu. Babcia mówi do mnie: – Zjedz rybkę, dziecko. Pytam: – Jaką rybkę? A babcia na to: – Karpia, nie widziałaś, jak pływał w wannie? Wtedy zrozumiałam, że ta rybka, która miała być moim prezentem, leży teraz w kawałkach na moim talerzu. Od tamtej pory nigdy nie jadłam karpia.

Zresztą nasze wigilie są kulinarnie bardzo skromne. Od dwóch lat jestem tylko z mężem i psem. Oni też nie przywiązują do tego dnia specjalnej wagi. Wcześniej, kiedy żyła jeszcze moja mama, przykładałam się trochę bardziej. Była samotna od lat i przychodziła do nas na wigilię. Wiedziałam, że jej na tym zależy. Nawet wtedy jedliśmy jednak tylko mrożone filety z soli i barszcz. Niektórzy podobno robią go z buraków, ale u mnie jest taki z kartonu. Bardzo dobry, serdecznie polecam. I to jest cała nasza wigilia. Nawet moja mama, która jak łatwo się domyślić, była jeszcze starsza ode mnie, nie martwiła się tym brakiem przepychu. Sama też nie potrafiła gotować i czasami miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Pocieszałam ją wtedy, że ma to po mnie.

Kiedyś nawet zapomniałam o tym, że jest Wigilia. Miałam nagranie w radiu i dopiero wracając do domu wieczorem, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, że najbardziej marzę o świętach z wypożyczalni. Dziwne? Wcale nie. Są przecież wypożyczalnie różnych rzeczy. Ludzie pożyczają stroje na karnawał, smokingi, garnki albo talerze. Więc sobie wymarzyłam, że powinna być też taka świąteczna wypożyczalnia, w której taka osoba jak ja mogłaby sobie wypożyczyć choinkę, 12 dań i całą tę resztę. Tak żeby zrobić wrażenie przed gośćmi, że człowiek się do tego wszystkiego przygotował. Oczywiście po świętach wszystko zwróciłabym w nienaruszonym stanie, bo ja 12 dań nie lubię i nigdy w życiu bym tyle nie zjadła.

Moje najlepsze święta spędziłam w szpitalu. Przed świętami rodzice wysłali mnie na pierwsze w życiu kolonie zimowe gdzieś na Śląsku. Już drugiego dnia złapałam szkarlatynę i wylądowałam w szpitalu. Spędziłam tam całe święta. Bardzo mi się podobało. Cieszyłam się, że nie będę w domu, do którego przyjdą wszystkie ciotki i wszyscy wujkowie. Że nie nie będę musiała odpowiadać na pytania o to, kim będę i co chcę robić w życiu. Byłam w pustym szpitalu i miałam na święta święty spokój.

Cały materiał można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który jest już dostępny w formie e-wydania.

Najnowsze wydanie tygodnika dostępne jest dostępne również na Facebooku.

+
 50

Czytaj także