Shia LaBeouf, Jude Law, Rooney Mara, Ethan Hawke. Amerykańscy twórcy przywieźli do Berlina gwiazdy. Ale w swoich filmach nie odkryli nowych lądów.
Berlinale ma opinię najbardziej rozpolitykowanej imprezy filmowej. Dyrektor Dieter Kosslick zawsze podkreśla, że interesuje go kino społeczne, w którym odbija się współczesny świat. Do programu trafiają więc ostre obrazy z krajów dawnej Jugosławii i filmy o nierównościach ekonomicznych z Ameryki Południowej. Ale festiwale filmowe muszą mieć trochę blichtru. Dlatego kochają gwiazdy i amerykańskie hity.
W tym roku jednym z najbardziej oczekiwanych filmów konkursu głównego było „Panaceum”. Steven Soderbergh ogłosił, że to jego pożegnanie z kinem. I choć nikt w środowisku w podobne deklaracje nie wierzy, obraz przyjęto ze szczególną atencją.
- Każdy aktor marzy o pracy ze Stevenem - powiedziała mi w rozmowie Rooney Mara. - A może to naprawdę ostatnia okazja?
Film zaczyna się świetnie. Mara wciela się w kobietę pogrążoną w depresji, targaną myślami samobójczymi, zniszczoną przez leki. Jude Law gra jej psychiatrę.
- Musiałem długo przygotowywać się do roli – mówił mi Jude Law. – Uwierzy pan, że tyle lat żyłem w show-biznesie nie odróżniając psychiatry od psychoterapeuty?
Kiedy – jak przypuszczają bohaterowie – z powodu skutków ubocznych jednego z antydpresantów dochodzi do tragedii, pojawia się pytanie o odpowiedzialność lekarza. Soderbegh portretuje człowieka w klinczu, zawieszonego między moralnością a bezdusznym prawem, i mediami oczekującymi na skandal.
- Ameryka wydała smutkowi wojnę za pomocą proszków – mówił w Berlinie Steven Soderbergh. - Wielu osobom antydepresanty naprawdę pomogły stanąć na nogi. Ale często podchodzimy do nich zbyt bezkrytycznie, traktując je jak receptę na wszelkie niepowodzenia.
Niestety, w połowie film robi woltę o 180 stopni. Z dramatu psychologicznego z sądowym zapleczem zmienia się w sensacyjny thriller. Dobrze zrobiony, trzymający w napięciu. Ale pozostawiający niedosyt. „Panaceum” jest niespełnioną obietnicą.
Od pułapki kina gatunkowego udało się uciec Richardowi Linklaterowi w „Before Midnight”, Wszystko zaczęło się w 1995 roku od „Przed wschodem słońca”, gdzie para dwudziestolatkow — Francuzka i Amerykanin - spotkali się przypadkiem w pociągi i w Wiedniu przegadali całą noc włócząc się po ulicach i parkach.
To była opowieść o zauroczeniu i koncert gry dwojga aktorów Ethana Hawke’a i Julie Delpy). Po dziewięciu latach reżyser wrócił do nich i nakręcił „Przed zachodem słońca” - historię ich kilkugodzinnego spotkania w Paryżu. Tym razem byli już po trzydziestce, mieli oddzielne życia. A jednak ich wzajemne oczarowanie trwało. Teraz znów postarzeli się oni o prawie dekadę.
W nowym filmie Jesse i Celine są po czterdziestce i spędzają razem wakacje w Grecji. „Before Midnight” jest, refleksją nad tym, jak trudno zachować świeżość w związku, nad upływem czasu, dojrzewaniem. Scenariusz Linklater, Hawke i Delpy napisali we trójkę. – To była świetna zabawa. Siedzieliśmy w pokoju i rozmawialiśmy o życiu, sztuce, seksie, miłości – opowiadał mi reżyser. Każdy wniósł do filmu coś swojego. Linklater sznyt kina niezależnego, Julie Delpy francuskie poczucie humoru i inteligencję, Ethan Hawke amerykańskie podejście do sztuki. Wszystko to dobrze zagrało w greckich krajobrazach. „Before Midnight”- choć brakuje mu melancholijnej nuty poprzednich obrazów - jest filmem lekkim i relaksującym. I rodzi apetyt na kolejną część serii. Za kolejną dekadę.
Zaś spotkanie z Delpy i Hawke’iem jest jak wizyta w teatrze. Oboje są błyskotliwi, mają świetny kontakt, widać, że się lubią. „Dopiero teraz. Na początku strasznie mnie denerwował” – rzuca Delpy. „No i dzisiaj dużo lepiej uprawia nam się ze sobą seks. Wtedy byłem bardzo nieśmiały” – odgryza się żartem Hawke. W wywiadzie aktor podkreśla, że nie zwraca uwagi na upływ czasu. Złośliwi twierdzili, że ta deklaracja brzmi w jego ustach nie bardzo wiarygodnie: na Berlinale pokazał się ze świeżo utlenionymi i młodzieńczo postawionymi na sztorc włosami. Jednak nie wszyscy filmowcy zza oceanu równie dobrze odnaleźli się w Europie. „The Necessary Death of Charlie Countryman” Fredrika Bonda to kompletna porażka. Ten tytuł warto zapamiętać, by nie wybrać się na niego do kina, nie kupić na DVD, nie pożyczyć na Blu-rayu, nie obejrzeć w VOD. Amerykański reżyser opowiada kompletnie idiotyczną historię miłosno-kryminalną o chłopaku, który po śmierci matki wyjeżdża do Bukaresztu.
- To miejsce jest pełne ran, bruzd z przeszłości – tłumaczy. – Dobrze oddawało stan wewnętrzny bohaterów.
Niestety, poza zabytkami, Amerykanin przeniósł na ekran wszelkie stereotypy na temat Europy Wschodniej. Madds Mikkelsen przez cały film nie przestaje maltretować Shii LaBeoufa. Szkoda na ten bzdet talentu obu aktorów. I jakby tego było za mało, po ekranie bez przerwy lata niebieski punkt przypominający Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”. To dusza matki głównego bohatera (sic).
Amerykańskie produkcje wzbudziły na Berlinale duże zainteresowanie. To na hollywoodzkich gwiazdy czekały pod Berlinale Palast i hotelem Hyatt nastolatki z notesami, to na nich rzucali się dziennikarze z telewizyjnymi kamerami. Ale same filmy nie przyniosły powiewu świeżości. Wrażeń trzeba było szukać w obrazach z Europy Wschodniej, Ameryki Południowej czy Azji.
W tym roku jednym z najbardziej oczekiwanych filmów konkursu głównego było „Panaceum”. Steven Soderbergh ogłosił, że to jego pożegnanie z kinem. I choć nikt w środowisku w podobne deklaracje nie wierzy, obraz przyjęto ze szczególną atencją.
- Każdy aktor marzy o pracy ze Stevenem - powiedziała mi w rozmowie Rooney Mara. - A może to naprawdę ostatnia okazja?
Film zaczyna się świetnie. Mara wciela się w kobietę pogrążoną w depresji, targaną myślami samobójczymi, zniszczoną przez leki. Jude Law gra jej psychiatrę.
- Musiałem długo przygotowywać się do roli – mówił mi Jude Law. – Uwierzy pan, że tyle lat żyłem w show-biznesie nie odróżniając psychiatry od psychoterapeuty?
Kiedy – jak przypuszczają bohaterowie – z powodu skutków ubocznych jednego z antydpresantów dochodzi do tragedii, pojawia się pytanie o odpowiedzialność lekarza. Soderbegh portretuje człowieka w klinczu, zawieszonego między moralnością a bezdusznym prawem, i mediami oczekującymi na skandal.
- Ameryka wydała smutkowi wojnę za pomocą proszków – mówił w Berlinie Steven Soderbergh. - Wielu osobom antydepresanty naprawdę pomogły stanąć na nogi. Ale często podchodzimy do nich zbyt bezkrytycznie, traktując je jak receptę na wszelkie niepowodzenia.
Niestety, w połowie film robi woltę o 180 stopni. Z dramatu psychologicznego z sądowym zapleczem zmienia się w sensacyjny thriller. Dobrze zrobiony, trzymający w napięciu. Ale pozostawiający niedosyt. „Panaceum” jest niespełnioną obietnicą.
Od pułapki kina gatunkowego udało się uciec Richardowi Linklaterowi w „Before Midnight”, Wszystko zaczęło się w 1995 roku od „Przed wschodem słońca”, gdzie para dwudziestolatkow — Francuzka i Amerykanin - spotkali się przypadkiem w pociągi i w Wiedniu przegadali całą noc włócząc się po ulicach i parkach.
To była opowieść o zauroczeniu i koncert gry dwojga aktorów Ethana Hawke’a i Julie Delpy). Po dziewięciu latach reżyser wrócił do nich i nakręcił „Przed zachodem słońca” - historię ich kilkugodzinnego spotkania w Paryżu. Tym razem byli już po trzydziestce, mieli oddzielne życia. A jednak ich wzajemne oczarowanie trwało. Teraz znów postarzeli się oni o prawie dekadę.
W nowym filmie Jesse i Celine są po czterdziestce i spędzają razem wakacje w Grecji. „Before Midnight” jest, refleksją nad tym, jak trudno zachować świeżość w związku, nad upływem czasu, dojrzewaniem. Scenariusz Linklater, Hawke i Delpy napisali we trójkę. – To była świetna zabawa. Siedzieliśmy w pokoju i rozmawialiśmy o życiu, sztuce, seksie, miłości – opowiadał mi reżyser. Każdy wniósł do filmu coś swojego. Linklater sznyt kina niezależnego, Julie Delpy francuskie poczucie humoru i inteligencję, Ethan Hawke amerykańskie podejście do sztuki. Wszystko to dobrze zagrało w greckich krajobrazach. „Before Midnight”- choć brakuje mu melancholijnej nuty poprzednich obrazów - jest filmem lekkim i relaksującym. I rodzi apetyt na kolejną część serii. Za kolejną dekadę.
Zaś spotkanie z Delpy i Hawke’iem jest jak wizyta w teatrze. Oboje są błyskotliwi, mają świetny kontakt, widać, że się lubią. „Dopiero teraz. Na początku strasznie mnie denerwował” – rzuca Delpy. „No i dzisiaj dużo lepiej uprawia nam się ze sobą seks. Wtedy byłem bardzo nieśmiały” – odgryza się żartem Hawke. W wywiadzie aktor podkreśla, że nie zwraca uwagi na upływ czasu. Złośliwi twierdzili, że ta deklaracja brzmi w jego ustach nie bardzo wiarygodnie: na Berlinale pokazał się ze świeżo utlenionymi i młodzieńczo postawionymi na sztorc włosami. Jednak nie wszyscy filmowcy zza oceanu równie dobrze odnaleźli się w Europie. „The Necessary Death of Charlie Countryman” Fredrika Bonda to kompletna porażka. Ten tytuł warto zapamiętać, by nie wybrać się na niego do kina, nie kupić na DVD, nie pożyczyć na Blu-rayu, nie obejrzeć w VOD. Amerykański reżyser opowiada kompletnie idiotyczną historię miłosno-kryminalną o chłopaku, który po śmierci matki wyjeżdża do Bukaresztu.
- To miejsce jest pełne ran, bruzd z przeszłości – tłumaczy. – Dobrze oddawało stan wewnętrzny bohaterów.
Niestety, poza zabytkami, Amerykanin przeniósł na ekran wszelkie stereotypy na temat Europy Wschodniej. Madds Mikkelsen przez cały film nie przestaje maltretować Shii LaBeoufa. Szkoda na ten bzdet talentu obu aktorów. I jakby tego było za mało, po ekranie bez przerwy lata niebieski punkt przypominający Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”. To dusza matki głównego bohatera (sic).
Amerykańskie produkcje wzbudziły na Berlinale duże zainteresowanie. To na hollywoodzkich gwiazdy czekały pod Berlinale Palast i hotelem Hyatt nastolatki z notesami, to na nich rzucali się dziennikarze z telewizyjnymi kamerami. Ale same filmy nie przyniosły powiewu świeżości. Wrażeń trzeba było szukać w obrazach z Europy Wschodniej, Ameryki Południowej czy Azji.
