Dustin Hoffman: Nauczyłem się żyć po sześćdziesiątce

Dustin Hoffman: Nauczyłem się żyć po sześćdziesiątce

Dustin Hoffman (fot.mat.pras.)
Oscary są jak seks, nigdy się nie nudzą – mówi Dustin Hoffman w rozmowie dla "Wprost”. Na ekrany wchodzi właśnie "Kwartet”, reżyserski debiut wybitnego aktora, odtwórcy głównych ról m.in. w "Absolwencie”, "Tootsie”, "Maratończyku”, "Rain Manie”.
"Kwartet” jest opowieścią o domu spokojnej starości dla muzyków. Tragikomiczną opowieścią o ludziach, którzy całe życie spędzili w blasku reflektorów i z trudem znoszą czas emerytury. To pierwszy film pełnometrażowy wyreżyserowany przez legendę amerykańskiego aktorstwa, Dustina Hoffmana. W wywiadzie dla "Wprost” artysta mówi m.in. :

Skąd czerpał inspirację: Przygotowując "Kwartet” obejrzałem dokument "Tosca’s Kiss”. Giuseppe Verdi w testamencie napisał, że jego mediolańska rezydencja ma stać się domem dla zubożałych emerytowanych śpiewaków i muzyków operowych. "Pocałunek Toski” jest właśnie przejmująca opowieścią o Casa Verdi. I o wielkiej tęsknocie ludzi, którzy nie są już w stanie oddawać się swojej pasji. Zrobiłem "Kwartet”, żeby powiedzieć: "Chcesz śpiewać, śpiewaj. Chrzań, że nie będziesz już tak dobry, jak kiedyś”.

O kilku latach przerwy: Rzuciłem kino w noc po ceremonii wręczenia nagrody American Film Institute za całokształt twórczości . To jedno z tych wielkich wydarzeń, na które przychodzą wszyscy. Na ekranie leciały fragmenty filmów, w których grałem. Wspaniali artyści, jak Jack Nicholson i Warren Beatty wygłaszali mowy. A ja siedziałem z rodziną na widowni wystrojony jak stróż w Boże Ciało. Wróciłem do domu, padłem na łóżko i doświadczyłem  – jak później przeczytałem – klasycznego ataku paniki. Byłem w stanie, w którym najchętniej rzuciłbym się z okna. Miałem w sobie przeraźliwy, rozdzierający ból, jakbym sam siebie zjadał. Rano było niewiele lepiej. Aby odkryć, co się u licha dzieje, poszedłem na terapię. I dopiero później mogłem wrócić do pracy.

Jak zaczynał swoją karierę: Długo żyłem w potwornej biedzie, nie dojadałem, spałem na podłodze, w kuchni, w kawalerce Gene’a Hackmana,  szlajałem po mieście w poszukiwaniu dorywczych robót i łaziłem na zdjęcia próbne, na których mnie wyśmiewano i radzono, bym zmienił zawód. Wytrwałem. To mój największy życiowy sukces. Nie miałem przecież gwarancji, że los się odwróci. Przystojni uciekali w role amantów. Ja, delikatnie mówiąc, nie mogłem na to liczyć. Ale w końcu dostałem propozycję od Mike’a Nicholsa, jego "Absolwent” dał mojej karierze wielkiego kopa. Zaraz potem John Schlesinger obsadził mnie w "Nocnym kowboju”, którego wśród moich tytułów szczególnie lubię. A potem już poszło.

Czym różni się kino lat 60. Od współczesnego:
Dla nas wszystko było wtedy zupełnie zwyczajne. Jak mieszkaliśmy z Hackmanem i Robertem Duvallem, wcale nie czuliśmy wyjątkowości czasów. A później nie wiedzieliśmy, że trwa złota epoka kina. Robiliśmy swoje. Dzisiaj zmieniły się reguły gry. W latach 70. największe studia kręciły to, co teraz robią wytwórnie niezależne. Hollywoodzcy szefowie cieszyli się, jeśli udało im się odzyskać zainwestowane pieniądze, ale na ogół zarabiali na innych produkcjach. Dzisiaj prezes studia traci posadę, jeśli kierowane przez niego filmy nie zarobią majątku. Nie przypadkiem to niezależne obrazy dominują ostatnio wśród oscarowych nominacji.

Czy sam liczy jeszcze na kolejnego Oscara:
Pewnie, że chciałbym. Ale za film, a nie całokształt twórczości. Oscary nigdy się nie nudzą. To jak seks. Dziennikarz zapytał kiedyś George’a Burnsa, jakie było jego najgorsze doświadczenie seksualne. Odpowiedział: „Całkiem dobre”.

Cały wywiad w najnowszym numerze tygodnika "Wprost" ,
który od niedzielnego wieczora będz ie dostępny w formie e-wydania .

Najnowszy numer tygodnika "Wprost" będzie również dostępny na Facebooku .

Czytaj także

 0