Staniszewski: Po pierwsze zaufanie

Staniszewski: Po pierwsze zaufanie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mariusz Staniszewski, zastępca redaktora naczelnego tygodnika “Wprost“ (fot.Arek Markowicz/Wprost) 
Zachodnie społeczeństwa swoją siłę i dobrobyt zbudowały na zaufaniu. Obywatele ufają państwu, państwo obywatelom, obywatele ufają sobie nawzajem. Normą staje się przestrzeganie ustalonych zasad, a nie próba ich ominięcia.

Stąd przyzwolenie zachodnich społeczeństw na bezwzględne piętnowanie nieprawidłowości i odważne reakcje obywateli na jawną niesprawiedliwość. Obywatel ma prawo mieć nadzieję, a właściwie pewność, że jeśli ktoś naruszy normy współżycia, a tym bardziej normy prawne, na przykład w pracy, to odpowiedni organ zareaguje i stanie po stronie skrzywdzonych. Rzeczywiście kary dla pracodawców, którzy łamią prawa pracowników, na Zachodzie są bardzo dotkliwe.

W Polsce Państwowa Inspekcja Pracy zapowiedziała, że będzie przeprowadzać niezapowiedziane kontrole, by w ten sposób wyłapywać zatrudnionych na czarno oraz zadbać o poprawę warunków BHP. Szczytne cele, ale patrząc na kwalifikacje kontrolerów z Państwowej Inspekcji Pracy, można mieć wątpliwości co do skutków rozszerzania ich uprawnień.

Przytoczę jeden przykład z ostatnich dni. Kilka byłych pracownic urzędu miasta w podwarszawskiej Podkowie Leśnej poskarżyło się do PIP na burmistrza. Kobiety zarzuciły mu prześladowanie i mobbing. „Zwolnienie praktycznie wszystkich pracowników odbywało się na zasadzie zastraszenia: albo podpisuje się rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, albo burmistrz groził, że znajdzie na daną osobę haka, zwolni ją dyscyplinarnie i nie będzie mogła znaleźć sobie pracy. […] Niektóre osoby uległy zastraszeniu i zgodziły się podpisać porozumienie, inne nie – toczą się sprawy w sądzie pracy, u niektórych skończyło się to długotrwałą kuracją psychiatryczną, jedna osoba jest do tej pory trwale niezdolna do podjęcia pracy” – czytamy w piśmie skierowanym do Państwowej Inspekcji Pracy.

Szerzej pisaliśmy o tym tydzień temu na stronie Wprost.pl. Kilka dni po publikacji burmistrz Podkowy Leśnej Artur Tusiński przysłał do redakcji protokół pokontrolny, który jest dla niego bardzo korzystny. Ale oto czytamy w nim, że „W zakładzie funkcjonuje procedura uruchamiana w przypadku wystąpienia zjawiska mobbingu. […] Procedura ta przewiduje m.in. powinność zgłoszenia przez pracownika zjawiska mobbingu bezpośredniemu przełożonemu lub burmistrzowi. […] Następnie przeprowadzone jest postępowanie wyjaśniające obejmujące m.in. rozmowę z pracownikiem, którego dotyczy sprawa, oraz jego przełożonymi”.

Nikogo nie powinno więc dziwić, że z dalszej części raportu wynika, że do burmistrza nie wpłynęło żadne zgłoszenie w sprawie mobbingu. Z tego prosta konstatacja, że takiego zjawiska w urzędzie nie było.

No cóż, jeśli kobiety zostały zastraszone, to wcale nie znaczy, że straciły rozum. Uznały – jak każdy myślący człowiek na ich miejscu – że składanie skarg na mobbing burmistrzowi, który – ich zdaniem – dopuszcza się wobec nich mobbingu, byłoby absurdem. W przeciwnym razie musiałyby uznać, że ich przełożony zachowa się jak bohater opowiadania „Pociągi pod specjalnym nadzorem” Bohumila Hrabala. Pracownik stacji kolejowej był tam jednocześnie podwładnym oraz przełożonym i składał na siebie donosy.

I trudno dziś powiedzieć, czy kontrolerzy są takimi wielbicielami czeskiej literatury, że postanowili opowiadanie Hrabala wcielić w życie, czy raczej mają problemy z pisaniem ze zrozumieniem. Sytuacja może byłaby i śmieszna, gdyby nie dotyczyła prawdziwych tragedii kilku kobiet. One zaufania do polskiego państwa szybko nie odzyskają.

Felieton ukazał się w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost", które trafiło do kiosków w poniedziałek. "Wprost" można zakupić także  w wersji do słuchania oraz na  AppleStore GooglePlay.