Żewłakow: jestem na reprezentacyjnej bocznicy

Żewłakow: jestem na reprezentacyjnej bocznicy

Jestem na reprezentacyjnej bocznicy, a moja osoba jest raczej niemile widziana, żeby nie powiedzieć: zbędna - tak przed pożegnalnym meczem o swej pozycji w kadrze Polski mówi Michał Żewłakow. Wtorkowe spotkanie z Grecją będzie jego 102. Jest rekordzistą kraju.
- Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że powinienem zakończyć reprezentacyjną karierę. Czuję, że moja osoba jest raczej niemile widziana, żeby nie powiedzieć: zbędna. Franciszek Smuda ma do mnie taki, a nie inny stosunek. Nawet w niedzielę wieczorem, gdy widzieliśmy się po raz pierwszy od kilku miesięcy, zaczął od słów: trochę przytyłeś. Odpowiedziałem, że trener ciągle widzi mnie w krzywym zwierciadle, na co odparł, że to taki żart okolicznościowy. Liczę, że w Atenach dłużej porozmawiamy, bo chciałbym pewne sprawy wyjaśnić - powiedział Żewłakow, który spotkał się z polskimi dziennikarzami w hotelu Classical Athens Imperial.

We wtorek Żewłakow po raz ostatni założy reprezentacyjną koszulkę. Ma wyjść jako kapitan, ale nie wiadomo, ile minut spędzi na boisku. - Trzymam trenera za słowo, bowiem powiedział, że to nie będzie pożegnanie po wiejsku i mam nadzieję, że miło mnie zaskoczy. Naprawdę bardzo poważnie traktuję spotkanie z Grecją. Nie chodzi tylko o podziękowanie za grę i poprawienie statystyk. Stadion Olympiakosu jest dla mnie sentymentalnym miejscem, a z tym klubem byłem najbardziej ze wszystkich związany emocjonalnie, odnosiłem tutaj największe sukcesy. Z drugiej strony wiem, że nie zrobiłem aż tak wiele dla reprezentacji, żeby urządzać jakieś hurra wiwaty na moją część - dodał.

Michał Żewłakow grał w biało-czerwonych barwach od 1999 roku. "Każdy rozdział mojej reprezentacyjnej przygody mógłbym zatytułować nazwiskiem trenera. Ze współpracy z trzema mam miłe wspomnienia, bowiem kończyła się awansami do MŚ i ME. Były też mniej szczęśliwe części kariery, a jest nawet rozdział, z którego wyrwałem kartki. Chodzi o trenera Stefana Majewskiego, który był krótko w kadrze, ale mnie w niej nie widział. - Człowiekiem, który na mnie postawił i twierdził, że nadaję się i będę grał z orłem na piersi, był Jerzy Engel. W jego zespole była taka niepisana zasada, że przed ostatnim meczem na ostatniej kolacji sztab trenerski wychodził pierwszy, a piłkarze zostawali i zamawiali piwo. Jeden chciał wypić jedno, pił jedno, inny dwa-trzy, nie było problemu. Ale wtedy były wyniki i nastawienie kibiców inne. Reprezentacja ich zadowalała swoją postawą, a teraz co niektórzy bardziej się cieszą z niepowodzeń. To też nie fair wobec Smudy, bowiem kiedy kadra nie wygrywa, mówi się, że remisuje i gra słabo. Jednak gdy zwycięży z Norwegią i Wybrzeżem Kości Słoniowej, to styl nie pasuje.

- Sympatycznie wspominam Pawła Janasa i Leo Beenhakkera, utrzymuję z nimi kontakt, cenię i szanuję ich, bo mi pomogli. Z kolei najmniejszym zaufaniem obdarzony zostałem przez Zbigniewa Bońka. To takie subiektywne odczucie, bo nie wiem, co o mnie myślał. Chyba tak najchłodniej na mnie patrzył" - stwierdził.

Żewłakow jest jednym z nielicznych piłkarzy, którzy wystąpili w finałach MŚ (2002, 2006) i ME (2008). "Okres, w którym grałem, symbolizują awanse. Może miejsce tej reprezentacji nie było na salonach światowego futbolu, ale w przedpokoju z pewnością. Widzieliśmy na czym on polega, jednak nie potrafiliśmy w nim uczestniczyć w sensie jakiegoś sukcesu, jak drużyna Antoniego Piechniczka z 1982 roku". Doświadczony obrońca nie zgadza się z selekcją Smudy, uważając, że zbyt drastycznie odmłodził zespół. "Na pewno nie ma gorszego pokolenia graczy, ale z niektórych, jak np. Mariusza Lewandowskiego, zbyt łatwo zrezygnował. Oni jeszcze mogliby trenerowi pomóc. Nie twierdzę, że ci starsi powinni wystąpić na Euro, ale w jakiś sposób przekazaliby następcom, jak się w reprezentacji żyje, co należy robić, jak podejść do pewnych spraw, jak wziąć odpowiedzialność".

35-letni obrońca tureckiego Ankaragucu, a także cztery lata młodszy bramkarz Fiorentiny Artur Boruc, zostali odsunięci od kadry po ubiegłorocznym zgrupowaniu w Ameryce Południowej, za picie wina w samolocie. - 15 lat temu nasze zachowanie służyłoby za przykład, jak należy spędzić siedmiogodzinną podróż. A teraz jesteśmy wyrzucani z drużyny narodowej. Z perspektywy czasu przyznaję jednak, że powrót do Polski w stroju koszykarza Michaela Jordana nie był najlepszym pomysłem, mogłem się tak nie ubierać, ale nie spodziewałem się takiego negatywnego wydźwięku, takiego spotęgowania niechęci do mojej osoby. Nobody is perfect? - przyznał - Wcześniej z żadnym z trenerów nie miałem problemów. Zresztą tak naprawdę, ta obecna reprezentacja jest najbardziej grzeczna ze wszystkich, które przeżyłem, a paradoksalnie najwięcej afer wychodzi. To, że nie wystąpię na ME czy skończę karierę, wiele w moim życiu nie zmieni. Jestem już trochę zmęczony grą i powoli dojrzewam do decyzji o powrocie do Polski. Gdyby jeszcze pojawiała się jakaś fajna oferta z kraju, może pomógłbym jakiejś drużynie w walce o Ligę Mistrzów.

- Kiedy rywalizowałem w Champions League w barwach Anderlechtu Bruksela i Olympiakosu, zazdrościłem kolegom z Belgii i Grecji, że mogą grać dla swoich kibiców. Ja takiej radości polskim fanom nie mogłem dać. Fizycznie nie czuję się źle, choć niektórzy zarzucają mi, że jestem starty i za wolny. Jeśli uznam, że nadszedł taki moment, że nie grożą mi występy w żadnym wielkim klubie, nie mogę liczyć na sukcesy, to zakończę grę definitywnie. Dla mnie zawsze motywacją była reprezentacja, kiedy jej nie ma, to człowiek w wieku 35 lat może próbować czegoś innego. Może zostanę menedżerem, bo mam kontakty, znam języki, lubię pomagać, a jeszcze można przy tym zarobić - wyjaśnił Żewłakow.

O najlepszym ze 101 występów mówi tak: - Nie było jakiegoś takiego wybitnego, ale pamiętam dla kontrastu ten z Belfastu (strzelił samobójczą bramkę Borucowi, bramkarzowi piłka podskoczyła na nierówności i w nią nie trafił - red.). Oczywiście, zdarzały się takie, kiedy serducho mocniej zabiło, jak pierwszy gol w kadrze w Armenią, w meczu w Warszawie, w którym bramkę uzyskał też mój brat Marcin, potyczka z Francją na St. Denis, w której obaj uczestniczyliśmy od początku, czy dwie konfrontacje z Norwegią w el. MŚ 2002. Jednak też nie byłem piłkarzem z takimi osiągnięciami, o którym można powiedzieć, że był jakąś legendą, sztandarową postacią. Na pewno nie. Może nic wielkiego z kadrą nie osiągnąłem, lecz czasu nie marnowałem i nie mam czego się wstydzić - zakończył piłkarz pochodzący ze stolicy.

pap, ps

Czytaj także

 0