"FT"
przypomina, że dwie największe grupy polityczne w PE, centroprawicowa Europejska
Partia Ludowa oraz socjaliści, nalegały na zachowanie równowagi politycznej w
obsadzie nowych funkcji. Oznaczało to, że szefem unijnej dyplomacji musi zostać
polityk z lewicy - a tutaj pole wyboru było niewielkie. W kwestii stanowiska
prezydenta UE z kolei małe państwa opierały się, by objął ją przedstawiciel wielkich
państw, takich jak Wielka Brytania czy Francja.
Van Rompuy ani Ashton nie są
"wielkimi postaciami politycznymi o międzynarodowej reputacji", ale klasycznymi
kompromisowymi kandydatami - przyznaje "FT". Ich wybór wielu obserwatorów uznało za
oznakę niezdolności UE do zaznaczenia swego miejsca na arenie międzynarodowej.
Pierwszą reakcją w Waszyngtonie był szok i rozczarowanie.
REKLAMA
Jednak z drugiej strony
- wskazuje dziennik - oboje mają opinię osób kompetentnych i zdolnych do
manewrowania wśród potencjalnych raf unijnej polityki i wewnątrz unijnych
instytucji: w Radzie Europejskiej, Komisji Europejskiej, i - co może okazać się
najważniejsze - w europarlamencie.
PAP