Tytus w swoim psim życiu spotykał więcej znanych osobistości niż niejeden polityk – prezydent Kaczyński często zabierał go na spotkania z przedstawicielami innych państw. Mógł też bezkarnie chwytać zębami nogawki prezydenta, premiera (w tych rzadkich chwilach kiedy wpadał do pałacu, by o coś się pokłócić) i lidera największej partii opozycyjnej i nie groziłaby mu za to brutalna interwencja BOR-owców, ale wystarczy spojrzeć na zdjęcie psa by zrozumieć, że nie był on w stanie skrzywdzić nawet muchy. "Tytus był jedenastoletnim psem rasy terier szkockim, który 13 listopada
2009 r roku umarł ze starości. Uwielbiał sypiać w swoim obszernym,
wygodnym wiklinowym koszu i, jak przystało na szkockiego teriera, na
materacyku w szkocką czerwono-zieloną kratę. Tytus nie przepadał za
mężczyznami w ciężkich butach, a swoje niezadowolenie ze spotkania
okazywał zazwyczaj głośnym szczekaniem. Z kotami natomiast żył w
zgodzie i zawsze na „dzień dobry" witał je nosem. Nie pamiętam, by
Tytus pogonił jakiegoś kota na ulicy" - wspomina swojego ulubieńca Maria Kaczyńska.
REKLAMA
Teraz Tytus pozostawił pustkę w sercu prezydenta i jego żony. Być może jednak wkrótce w pałacu prezydenckim pojawi się kolejny pies – Lech i Maria Kaczyńscy poważnie to rozważają. Wszystkim psim kandydatom na stanowisko pierwszego psa Rzeczpospolitej przypominamy, że jest jeden warunek do spełnienia – przyszły pies prezydenta musi lubić koty Jarosława Kaczyńskiego. No i Jarosława też.
„Fakt", arb