Do przerwy 1:0

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Afryce Południowej pierwszy szlagier ćwierćfinałów. W Polsce długo oczekiwana debata Kaczyński-Komorowski. Mundialowo układa się nasza kampania.
Debata zgodnie ze wszelkimi oczekiwaniami nie przyniosła niczego nowego, może oprócz faux pas Kaczyńskiego o układaniu się z Moskwą w sprawie Białorusi. Zdaje się jednak, że prezes PiS nie do końca zdawał sobie sprawę ze znaczenia swoich słów, na szczęście póki co prezydentem nie jest, więc międzynarodowego skandalu też nie będzie.

Całość debaty przebiegała w dość przewidywalny sposób. Kandydat PiS mówił zgodnie ze schematem: jest źle  -  jak będę prezydentem będzie dobrze, a  to co teraz jest jednak dobre to pozostałość moich rządów. Komorowski miał podobny system: jest dobrze, bo rządzi PO  -  jak będę prezydentem to dalej tak będzie  -  to co teraz jest złe, to przez rządy PiS. W zasadzie kandydaci odpowiadali zgodnie z tym schematem niezależnie od zadawanych pytań.

Merytorycznie kandydaci po prostu zaprezentowali swoje poglądy. Zwolennicy Kaczyńskiego uznają, że on był w tej kwestii lepszy, przeciwnicy stwierdzą, że wygrał Komorowski. Wizerunkowo natomiast dużo lepiej zaprezentował się ten drugi. Był dynamiczny, gestykulował, mówił składnie i zrozumiale. Jarosław Kaczyński był wycofany, mówił cicho, często niezrozumiale i nie odpowiadał na zadawane mu pytania, był dokładnie taki jak przez te wszystkie lata, odkąd jest na scenie politycznej.

Na zakończenie Bronisław Komorowski wykonał jeszcze, jak sam to określa, cios w splot słoneczny rywala. Przytoczył wypowiedź Kaczyńskiego, jakoby ten proponował kiedyś rezygnację z dopłat bezpośrednich dla rolników na rzecz powstania armii europejskiej. Prezes PiS oczywiście zarzekał się, że to nieprawda, jednak media natychmiast podchwyciły ten temat. Może się on okazać tegorocznym dziadkiem z Wermachtu.

Teraz czekamy na drugą debatę, po niedzielnej lekką przewagę ma Komorowski.

Piotr Kalsztyn