Zaczęło się od tego, że minister obrony narodowej Bogdan Klich oznajmił wszem i wobec, iż polski żołnierz nie powinien zazdrościć pensji swojemu niemieckiemu koledze, bo w gruncie rzeczy obaj zarabiają prawie tyle samo. Górą nasi! – chciałoby się zakrzyknąć. Szkopuł w tym, że minister w tym akurat przypadku zastosował bardzo autorską odmianę matematyki, zgodnie z którą 2100 złotych netto (tyle wynosi wynagrodzenie szeregowego w polskiej armii) równe jest 4 tysiącom złotych (tyle, w przeliczeniu na złotówki, zarabia szeregowy Bundeswehry). Innymi słowy dwa równa się cztery. Mogłoby się wydawać, że to dość ryzykowna teza i trudno ją będzie obronić – ale dla ministra Klicha nie ma rzeczy matematycznie niemożliwych. Szef resortu obrony do owych dwóch tysięcy dodał bowiem wszystkie 24 dodatki jakie żołnierz może otrzymać – i nagle z dwóch zrobiło się cztery. Wprawdzie aby otrzymywać jednocześnie dodatek dla spadochroniarza oraz dajmy na to – dodatek dla płetwonurka, tudzież dla marynarza okrętu podwodnego – nasz dzielny żołnierz musiałby być skrzyżowaniem Arnolda Schwarzeneggera z Sylvestrem Stallonem z ich najlepszych lat, ale najwyraźniej w naszej armii mamy takich dzielnych junaków. I już, już prawie wszystko zostało zbilansowane – ale nagle w głowie pojawia się wątpliwość: czy aby żołnierze Bundeswehry też nie otrzymują dodatków? Na takie dictum może być tylko jedna odpowiedź: „Nie mieszajmy dwóch różnych systemów walutowych" – jak radził niezapomniany Ryszard Ochódzki. Dwa jest cztery bez dwóch zdań!
REKLAMA
Minister Klich opowiadając o licznych sukcesach polskiej armii dokonał jeszcze jednej ciekawej i nowatorskiej operacji matematycznej. Podkreślając jak wielkim zainteresowaniem cieszy się zakładanie polskiego munduru minister ze swadą wyliczał, że na każde miejsce w Narodowych Siłach Rezerwy ma po dwóch kandydatów. Pięknie – będzie można wybrać najlepszych i aż dziw, że jeszcze nie zapełniliśmy wszystkich trzydziestu tysięcy miejsc przygotowanych dla żołnierzy NSR. No właśnie dlaczego właściwie ich nie zapełniliśmy? I tu znów dochodzimy do autorskiej matematyki a’la Klich. Otóż kandydatów do NSR jest… 9 tysięcy. Hmm, 9 tysięcy kandydatów – 30 tysięcy miejsc. Jak to podzielić, żeby wyszło dwóch kandydatów na miejsce? Nie da się. Ale można przecież podzielić liczbę kandydatów przez liczbę osób już przyjętych do NSR. A tak się składa, że kontrakt z NSR podpisało ok. 4,5 tysiąca osób. I wszystko się zgadza – oprócz tego, że wynik takiego dzielenia nic nie znaczy. Ale jak ładnie brzmi…
Klich nie jest jednak jedynym w polskiej polityce matematykiem-reformatorem. Oto Janusz Palikot (pamiętacie jeszcze?) oświadczył, że 1-2 procent jakie otrzymuje jego Ruch Poparcia w sondażach oznacza ni mniej ni więcej, że w wyborach jego partia powalczy o zwycięstwo z wynikiem 20 procent. Innymi słowy, albo Palikot idzie o krok dalej niż Klich i stwierdza, że dwa równa się dwadzieścia, albo wzorem Klicha stosuje kreatywną matematykę i mnoży sondażowe poparcie przez dziesięć. A dlaczego przez dziesięć? A choćby dlatego, że zamierza co dziesięć dni pokazywać się w telewizji. A może dlatego, że otworzył właśnie butelkę dziesięcioletniego wina? Może Klich dzielić przez siebie dowolne liczby – może więc Palikot inne dowolne liczby przez siebie mnożyć.
Matematykę wyższego rzędu stosuje również PiS. Tym razem chodzi o rachunek prawdopodobieństwa. Politycy PiS chcą zabrać bankom 5 miliardów złotych (połowę ich rocznego zysku) i zapewniają, że bankierzy na pewno nie sięgną po owe miliardy do kieszeni swoich klientów, tylko z wrodzonej szlachetności wypłacą te marne kilka złotych z własnych zaskórniaków. Innymi słowy zdaniem polityków PiS prawdopodobieństwo występowania filantropów wśród bankierów jest nieprzeciętnie wysokie – bo np. po podwyżce VAT-u przedstawiciele innych gałęzi gospodarki skrupułów przed dzieleniem się z klientami wyższym podatkiem nie mieli. Czy jednak takie założenie powinno nas dziwić skoro dwa równa się cztery?
W świetle tych wszystkich faktów nie powinno dziwić to, że Katarzyna Hall, matematyk z wykształcenia, postanowiła uratować swój ukochany przedmiot przed stoczeniem się w otchłań relatywizmu i od 2010 roku licealiści znów, jak drzewiej bywało, muszą udowadniać na maturze, że dwa i dwa to jednak cztery. Może nie jest jeszcze za późno.
Matematyka polityczna
2011-02-17 12:33
Zaczęło się od tego, że minister obrony narodowej
Bogdan Klich oznajmił wszem i wobec, iż polski żołnierz nie powinien zazdrościć
pensji swojemu niemieckiemu koledze, bo w gruncie rzeczy obaj zarabiają prawie
tyle samo. Górą nasi! – chciałoby się zakrzyknąć. Szkopuł w tym, że
minister w tym akurat przypadku zastosował bardzo autorską odmianę matematyki,
zgodnie z którą 2100 złotych netto (tyle wynosi wynagrodzenie szeregowego w
polskiej armii) równe jest 4 tysiącom złotych (tyle, w przeliczeniu na złotówki,
zarabia szeregowy Bundeswehry). Innymi słowy dwa równa się cztery. Mogłoby się
wydawać, że to dość ryzykowna teza i trudno ją będzie obronić – ale dla
ministra Klicha nie ma rzeczy matematycznie niemożliwych. Szef resortu obrony do
owych dwóch tysięcy dodał bowiem wszystkie 24 dodatki jakie żołnierz może
otrzymać – i nagle z dwóch zrobiło się cztery. Wprawdzie aby otrzymywać
jednocześnie dodatek dla spadochroniarza oraz dajmy na to – dodatek dla
płetwonurka, tudzież dla marynarza okrętu podwodnego – nasz dzielny
żołnierz musiałby być skrzyżowaniem Arnolda Schwarzeneggera z Sylvestrem
Stallonem z ich najlepszych lat, ale najwyraźniej w naszej armii mamy takich
dzielnych junaków. I już, już prawie wszystko zostało zbilansowane – ale
nagle w głowie pojawia się wątpliwość: czy aby żołnierze Bundeswehry też nie
otrzymują dodatków? Na takie dictum może być tylko jedna odpowiedź: „Nie
mieszajmy dwóch różnych systemów walutowych" – jak radził
niezapomniany Ryszard Ochódzki. Dwa jest cztery bez dwóch zdań!
Minister Klich opowiadając o licznych sukcesach polskiej armii dokonał jeszcze
jednej ciekawej i nowatorskiej operacji matematycznej. Podkreślając jak wielkim
zainteresowaniem cieszy się zakładanie polskiego munduru minister ze swadą
wyliczał, że na każde miejsce w Narodowych Siłach Rezerwy ma po dwóch
kandydatów. Pięknie – będzie można wybrać najlepszych i aż dziw, że
jeszcze nie zapełniliśmy wszystkich trzydziestu tysięcy miejsc przygotowanych
dla żołnierzy NSR. No właśnie dlaczego właściwie ich nie zapełniliśmy? I tu znów
dochodzimy do autorskiej matematyki a’la Klich. Otóż kandydatów do NSR
jest… 9 tysięcy. Hmm, 9 tysięcy kandydatów – 30 tysięcy miejsc. Jak
to podzielić, żeby wyszło dwóch kandydatów na miejsce? Nie da się. Ale można
przecież podzielić liczbę kandydatów przez liczbę osób już przyjętych do NSR. A
tak się składa, że kontrakt z NSR podpisało ok. 4,5 tysiąca osób. I wszystko się
zgadza – oprócz tego, że wynik takiego dzielenia nic nie znaczy. Ale jak
ładnie brzmi…
Klich nie jest jednak jedynym w polskiej polityce
matematykiem-reformatorem. Oto Janusz Palikot (pamiętacie jeszcze?) oświadczył,
że 1-2 procent jakie otrzymuje jego Ruch Poparcia w sondażach oznacza ni mniej
ni więcej, że w wyborach jego partia powalczy o zwycięstwo z wynikiem 20
procent. Innymi słowy, albo Palikot idzie o krok dalej niż Klich i stwierdza, że
dwa równa się dwadzieścia, albo wzorem Klicha stosuje kreatywną matematykę i
mnoży sondażowe poparcie przez dziesięć. A dlaczego przez dziesięć? A choćby
dlatego, że zamierza co dziesięć dni pokazywać się w telewizji. A może dlatego,
że otworzył właśnie butelkę dziesięcioletniego wina? Może Klich dzielić przez
siebie dowolne liczby – może więc Palikot inne dowolne liczby przez siebie
mnożyć.
Matematykę wyższego rzędu stosuje również PiS. Tym razem
chodzi o rachunek prawdopodobieństwa. Politycy PiS chcą zabrać bankom 5
miliardów złotych (połowę ich rocznego zysku) i zapewniają, że bankierzy na
pewno nie sięgną po owe miliardy do kieszeni swoich klientów, tylko z wrodzonej
szlachetności wypłacą te marne kilka złotych z własnych zaskórniaków. Innymi
słowy zdaniem polityków PiS prawdopodobieństwo występowania filantropów wśród
bankierów jest nieprzeciętnie wysokie – bo np. po podwyżce VAT-u
przedstawiciele innych gałęzi gospodarki skrupułów przed dzieleniem się z
klientami wyższym podatkiem nie mieli. Czy jednak takie założenie powinno nas
dziwić skoro dwa równa się cztery?
W świetle tych wszystkich faktów
nie powinno dziwić to, że Katarzyna Hall, matematyk z wykształcenia, postanowiła
uratować swój ukochany przedmiot przed stoczeniem się w otchłań relatywizmu i od
2010 roku licealiści znów, jak drzewiej bywało, muszą udowadniać na maturze, że
dwa i dwa to jednak cztery. Może nie jest jeszcze za późno.