W czerwcu łódzki sąd pracy
prawomocnym wyrokiem nakazał przywrócenie go do pracy.
Jak poinformował dyrektor pogotowia Bogusław Tyka, Tomasz S.
stawił się w stacji w czwartek po południu. "Otrzymał dokument,
który zobowiązuje go do wykonania badań lekarskich. Na razie nie
mamy koncepcji, gdzie go zatrudnić, z tego względu, że dział
kontroli wewnętrznej, w którym pracował, został zlikwidowany w
związku z restrukturyzacją stacji" - powiedział Tyka.
Dodał, że gdy S. przyniesie do pracy - prawdopodobnie na początku
przyszłego tygodnia - wyniki badań, wtedy zapadnie decyzja, gdzie
można go zatrudnić. Zapewnił, że będzie to stanowisko, na którym
"nie będzie miał kontaktu z pacjentami, z zespołami wyjazdowymi, w
ogóle z medycyną".
Zdaniem dyrektora stacji, decyzja w sprawie przywrócenia Tomasza
S. do pracy to jedna z największych porażek polskiego wymiaru
sprawiedliwości. Bogusław Tyka zapowiada wniesienie kasacji
wyroku (dotąd do dyrekcji pogotowia nie trafiło pisemne
uzasadnienie wyroku) i skierowanie w tej sprawie listu do ministra
sprawiedliwości.
W lutym 2002 roku Tomasz S. został zatrzymany przez policję w
związku z aferą w łódzkim pogotowiu. Trafił do aresztu.
Prokuratura zarzuciła mu przyjęcie co najmniej 60 tys. zł w zamian
za informacje o zgonach pacjentów, nakłanianie rodzin zmarłych do
korzystania z usług konkretnych firm pogrzebowych i naruszenie
tajemnicy zawodowej. Pod koniec marca 2002 roku Sąd Okręgowy
zwolnił go z aresztu i zastosował wobec niego dozór policyjny.
W grudniu 2002 roku Tomasz S. został dyscyplinarnie zwolniony z
pogotowia przez dyrektora Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa
Medycznego w Łodzi Bogusława Tykę. Według niego, Tomasz S., jako
pracownik stacji, działał na szkodę firmy, kierując jednocześnie
fundacją "Na Ratunek", a więc - zdaniem Tyki - instytucją
konkurencyjną dla pogotowia. Decyzję dyrektor podjął wbrew
stanowisku Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego,
który nie wyraził zgody na zwolnienie swego przewodniczącego.
Tomasz S. odwołał się od decyzji dyrektora do sądu pracy. We
wrześniu ubiegłego roku sąd pierwszej instancji przywrócił S. do
pracy. Od tego wyroku odwołał się Bogusław Tyka. Sąd drugiej
instancji oddalił apelację uznając, że Tomasz S., jako szef
jednego ze związków działających w pogotowiu, był objęty
szczególną ochroną i aby go zwolnić dyrektor placówki powinien
otrzymać na to zgodę związku.
Sąd przyznał, że istnieją wątpliwości, czy wybór S. na stanowisko
przewodniczącego odbył się zgodnie z prawem, ale "to nie miało
wpływu na fakt, że Tomasz S. był chroniony". Tuż po ogłoszeniu
wyroku Tyka powiedział, że nie wyobraża sobie, aby Tomasz S.
wrócił do pracy w pogotowiu.
W styczniu 2002 r. "Gazeta Wyborcza" i Radio Łódź ujawniły, że w
łódzkim pogotowiu handlowano informacjami o zgonach, a być może
celowo zabijano pacjentów. Media podały, że istnieją poszlaki, iż
niektórym chorym podawano lek zwiotczający mięśnie, co w
określonych przypadkach powodowało ich śmierć.
Śledztwo w sprawie afery w łódzkim pogotowiu jest prowadzone w
dwóch głównych kierunkach. Pierwszy dotyczy korupcji, drugi -
pozbawiania życia pacjentów przez stosowanie niewłaściwej terapii
medycznej bądź niewłaściwych leków.
W czerwcu 2003 roku prokuratura - po 17 miesiącach śledztwa -
postawiła zarzuty popełnienia dwóch zabójstw i jednego usiłowania
zabójstwa z "motywów zasługujących na szczególne potępienie"
byłemu sanitariuszowi pogotowia. Kilka miesięcy później zarzut
zabójstwa jednej osoby postawiono drugiemu sanitariuszowi.
Sześciu lekarzom postawiono zarzuty narażenia ponad 20 pacjentów
na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. W tzw. wątku
korupcyjnym, dotyczącym przyjmowania lub wręczania łapówek w
zamian za informacje o zgonach pacjentów, podejrzanych jest ponad
40 osób - pracowników pogotowia oraz właścicieli i pracowników
firm pogrzebowych.
sg, pap