Ranking 100 najbardizje wpływowych Polaków 2011 Ranking 100 najbogatszych Polaków 2011
Zapiski ze stolicy Starego Kontynentu
Niedziela, 10 października 2010

Gwałty wojenne, czyli przemoc kontrolowana

Siły ONZ po raz kolejny pokazały swoją nieudolność i bezużyteczność. Nic nie zrobiły, by zapobiec fali gwałtów, do jakiej doszło na przełomie lipca i sierpnia w Kongo. Oczywiście na myśl nasuwa się casus Srebrenicy. Ale dla mnie ciekawsze było „wytłumaczenie tajemnicy gwałtów”. Nie był to bowiem przejaw zwierzęcych (przepraszam zwierzęta w tym momencie) żądz, ale jeden z instrumentów terroru. Czyli znów przypomina mi się wojna w Bośni, gdzie gwałty wojenne były jednym z elementów machiny wojny i zniszczenia.

Gwałty od wieków były jednym z koszmarów, związanych z wojną. Bardzo często były jednak czymś więcej niż tylko „wybrykiem seksualnym” (w tak łagodny sposób usprawiedliwiali je niektórzy politycy na Bałkanach) wyposzczonych żołnierzy. Bardzo często były wykorzystywanym z premedytacją narzędziem, dzięki któremu osiągano kilka celów. Siano terror i przerażenie; upokarzano mężczyzn (bo najbardziej można upokorzyć mężczyznę, bezczeszcząc jego żonę czy córkę); podkreślano dominację najeźdźców i wreszcie próbowano zwiększać populację najeźdźców. W czasie wojny w Bośni, muzułmanie gwałcili Serbki czy Chorwatki także po to, by urodziły one następnie małych muzułmanów. Podobnie robili Serbowie i Chorwaci. Żadna ze stron nie ma czystego sumienia. Kilka lat temu spędziłam kilka tygodni w Bośni, odwiedzając także ośrodki dla kobiet, ofiar gwałtów. Najsmutniejsze było to, że bardzo często dramat i upokorzenie tych kobiet nie kończył się bynajmniej po gwałcie. Kobiety te bardzo często nie dość, że nie znajdowały zrozumienia i współczucia u swoich najbliższych, to w dodatku były przez nich odrzucane jako te zbrukane, nieczyste. Bo przecież „pozwoliły się zgwałcić”. Były więc nieraz wyganiane przez mężów, ojców czy braci, którzy czuli się upokorzeni dramatem swoich krewnych. I to właśnie chodziło agresorom, by za pomocą kobiet upokorzyć mężczyzn. Podobną logiką kierowali się sołdacy Armii Czerwonej, którzy najbardziej okrutni byli wobec mieszkanek Prus Wschodnich i Niemiec, choć Polek także nie oszczędzali.
Czytam teraz raporty na temat wydarzeń z Konga (bardzo dobra rezolucja w tej sprawie polskiego eurodeputowanego Filipa Kaczmarka) i widzę, jak bardzo historia się powtarza. Ta bezradność żołnierzy ONZ, którzy tłumaczą się teraz, że z opóźnieniem się dowiedzieli o fali gwałtów. To za przeproszeniem czym się w tym czasie zajmowali, że nie zauważyli, że dzieje się coś złego? Przecież to nie były pojedyncze przypadki, ale masowe, dotknęły tysiące osób (nie tylko kobiet, ofiarami padali też mężczyźni i chłopcy). A może wiedzieli o przemocy, ale nie wiedzieli jak mają na nią zareagować? Faktem jest, że uprawnienia i możliwość użycia broni są bardzo ograniczone. I użycie broni przez misję ONZ mogłoby grozić większym konfliktem. Ale po co w takim razie jest jednak misja ONZ? I to tłumaczenie bandytów, że dzięki temu chcieli zastraszyć miejscową ludność. Jak można przeciwdziałać gwałtom wojennym? Których pokłosiem są nie tylko przecież trauma, uszczerbek na zdrowiu, ale też niechciane ciąże i zarażenia chorobami. Ilekroć się nad tym zastanawiam chodzą mi po głowie drastyczne metody, iście starotestamentowe. Kastracja, chociażby chemiczna (swoją drogą, co z ciekawym pomysłem premiera Tuska, by pedofilii karać chemiczną kastracją?), a na pewno zwiększenie kar. Oczywiście zawsze jest ryzyko, że rzucane mogą być fałszywe oskarżenia. Ale tak jest w przypadku wszystkich oskarżeń. I jak się zajmować kobietami, ofiarami? Co z ciążami? Generalnie jako katoliczka jestem przeciwna aborcji, w przypadku gwałtów mam jednak poważne wątpliwości. To zupełnie inna sytuacja.


Skomentuj >>

[ 94 komentarzy ]




więcej...  

POLECAMY

 
Wszystko o Finansach