Politycy na odwyku

Politycy na odwyku

Adam Hofman
Adam Hofman / Źródło: Newspix.pl / fot. Aleksander Majdanski
Jedni z sukcesem sprawdzają się w biznesie i gratulują sobie, że nie są skazani na obniżone ostatnio zarobki parlamentarzystów oraz łaskę wyborców. Inni zakładają partie i próbują wrócić na Wiejską.

Politycy często mawiają, że polityka jest jak narkotyk – silnie uzależnia i dlatego ciągle chce się do niej wracać. Niektórzy jednak zostali odesłani na przymusowy odwyk przez partię lub wyborców. Pytanie, czy ten detoks wyszedł im na zdrowie?

Wyrzuceni (niektórzy) mają lepiej

Adamowi Hofmanowi, byłemu rzecznikowi PiS, który stracił miejsce w partii po aferze madryckiej, wielu działaczy Prawa i Sprawiedliwości może tylko pozazdrościć, bo przeszedł prawdziwą przemianę. Gdy walczył o pozycję w polityce, był zestresowanym pączkiem obleczonym w granatowy garnitur. Po tym, gdy partia matka odstawiła go od piersi, wyszczuplał, uspokoił się i zdecydowanie wylaszczył. Niepiękne partyjne biura zamienił na nowoczesne pomieszczenia w luksusowym wieżowcu w centrum Warszawy, a samochód na motocykl. Słowem, stał się innym człowiekiem. Na dodatek jego obecne zarobki posłów skazanych na coraz chudsze diety mogą przyprawić o palpitację serca.

Firma doradczo-piarowa R4S, której jest współwłaścicielem, notuje solidne zyski – za ubiegły rok 1,07 mln zł – zgodnie skonsumowany przez udziałowców. W poprzednich 16 miesiącach wspólnicy mieli do podziału aż 3 mln 120 tys. zł zysku. Adam Hofman zarabia też w Wirtualnej Polsce, gdzie prowadzi autorski program „Gabinet cieni”, w którym rozmawia z politykami, najchętniej z PiS. No ale przy dochodach z doradztwa to są raczej kwoty, które wystarczają na waciki. A doszło do tej przemiany życiowej w przedziwny sposób – poseł pobrał z Sejmu pieniądze na służbową podróż do Madrytu własnym samochodem, a poleciał tanimi liniami. Na dodatek zabrał na tę wycieczkę małżonkę, a w Madrycie tak dobrze się bawił, że jacyś polscy turyści nagrali film z jego udziałem i wrzucili do sieci. Skandal, który wtedy wybuchł, być może nie doprowadziłby Hofmana do luksusowego biurowca, ale feralna podróż miała miejsce tuż przed drugą turą wyborów samorządowych. Prezes PiS Jarosław Kaczyński nie wahał się ani chwili – skazał Hofmana na polityczną banicję. Jak się okazało, była to nagroda, a nie kara. Ciekawe, że Hofman, mimo tego uśmiechu fortuny, sprawia wrażenie tęskniącego za polityką. Niby nie chce wracać do tej walki, ale gdy mówi o polityce, oczy mu błyszczą. Inny banita z PiS, także były rzecznik tej partii, Marcin Mastalerek, współautor sukcesu wyborczego Andrzeja Dudy w 2015 r., w polityczny niebyt popadł po konflikcie z Jarosławem Kaczyńskim. O co tak dokładnie poszło, tego Mastalerek nie chce wyjawić.

Dosyć mgliście opowiada, że postawił się prezesowi partii. Sprawa musiała mieć jednak swoją wagę, skoro lider stanowczo zażądał skreślenia go z list kandydatów PiS do Sejmu. Przez jakiś czas Mastalerek pracował w Orlenie u Wojciecha Jasińskiego, gdzie zarabiał na pewno więcej niż szeregowy poseł. Ale PiS-owi zawadzał na tym stanowisku, bo podobno doradzał Andrzejowi Dudzie, w czasach gdy prezydent postawił się PiS. A że posada była w rozdzielniku politycznym, Mastalerek musiał się z nią pożegnać. Próbował przygotować sobie miękkie lądowanie w Locie, ale się nie udało. Dziś, gdy głowa państwa powróciła na łono partii, przewiny Mastalerka pewnie też zblakły, choć dla części działaczy PiS pozostanie wrogiem nr 1. Dziś Mastalerek żyje z doradzania różnym firmom. Pożegnał czasy, gdy garnitur był jego drugą skórą i wygląda na znacznie bardziej wyluzowanego i zadowolonego z życia niż w przeszłości. Twierdzi, że nie zamierza wracać do polityki, ale mówi to w mało przekonujący sposób. Niewykluczone, że gdy wybory prezydenckie będą tuż-tuż i Andrzej Duda stanie do walki o reelekcję, u jego boku albo gdzieś na zapleczu pojawi się Mastalerek.

Zegarki i inne problemy

Przymusowy odwyk od polityki to nie tylko przypadłość posłów PiS. Sławomir Nowak, były minister transportu i budownictwa w rządzie Donalda Tuska, również odszedł z polityki, bo musiał. Ze sceny politycznej zmiotła go afera zegarkowa. Przez kilka lat z rzędu nie wpisywał do oświadczenia majątkowego kosztownego zegarka, co niestety dla Nowaka stało się powodem do zainteresowania dla prokuratury. Wszystko wyszło na jaw w 2013 r., a więc na rok przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i do samorządów. Nowak, żeby nie obciążać partii swoją złą sławą, odszedł z rządu, a potem z partii. Najpierw zaszył się w mysią dziurę, by następnie wypłynąć jako szef Ukrawtodoru – ukraińskiej firmy budującej drogi i autostrady. Przy czym na początku świadczył swoje usługi za symboliczną pensję zbliżoną do polskiej pensji minimalnej. Wielu się zastanawiało, jak znany z upodobania do luksusu były działacz PO przeżyje za takie wynagrodzenie.

Nowak jednak szybko dostał potężną podwyżkę do 18 tys. zł., a ostatnio media obiegła informacja o 900-proc. premii. Już sama pensja to dużo więcej niż dostają posłowie w Sejmie, o premii nie wspominając. Mimo lukratywnego kontraktu i pewnego oddalenia od Polski były minister ciągle komentuje polską politykę. Podobnie jak Radosław Sikorski, były szef MSZ i marszałek Sejmu, który żyje m.in. z wykładów na Harvardzie i innych prestiżowych uczelniach oraz z udziału w konferencjach. Sikorski nie kandydował do parlamentu w 2015 r. W poprzedniej kadencji media wytykały mu pobieranie pieniędzy na paliwo przysługujące parlamentarzystom korzystającym z prywatnego samochodu, podczas gdy – jako szefowi MSZ i marszałkowi Sejmu – przysługiwała mu służbowa limuzyna. Ale tak naprawdę jego udział w polityce rozbił się o pierwsze miejsce na liście w Bydgoszczy, którego Sikorski nie dostał.

Z kolei Krzysztof Lisek, były poseł i europoseł PO, zrezygnował z polityki, gdy podpadł wymiarowi sprawiedliwości na niwie gospodarczej. Został skazany na 2,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata, przestępstwo gospodarcze – wyrządzenie szkody finansowej Polskiemu Stowarzyszeniu Kart Młodzieżowych, którego był prezesem. Dziś – jak sam o sobie mówi – lobbuje i wyważa drzwi, czyli pracuje w firmie lobbingowej w Brukseli. – Doradzam największym firmom na świecie, jak działa Unia Europejska i jak się tworzą europejskie prawo i regulacje. Zarobki są różne – nieraz zarabiam więcej niż europoseł, ale czasem trzeba żyć z oszczędności. Jakiś czas temu jeden z tabloidów kpił, że Lisek dorabia, oferując podwózkę swoim samochodem na lotnisko w Brukseli za 10 euro. Były deputowany przyznał tabloidowi, że to prawda, ale dodał, że wszyscy tak robią. On po prostu chciał podzielić z kimś koszty dojazdu, gdy mknął na lotnisko. – Czy wróciłbym do polityki? Powiem szczerze: niekiedy ciągnie wilka do lasu – mówi. – Dlatego utrzymuję kontakt z przyjaciółmi i kolegami, którzy w polityce zostali, i często rozmawiamy o Polsce i Europie – dodaje. Według naszego rozmówcy inni politycy na oucie też chcieliby wrócić do gry. – Myślę, że nam wszystkim jednak czasem brakuje dawnych politycznych emocji – przyznaje były deputowany.

Szczęście rodzinne

Kolejny nasz bohater, Janusz Piechociński, były wicepremier i prezes PSL, przeszedł na polityczny odwyk za sprawą wyborców. Po prostu nie zdobył mandatu. Jeżeli jednak było mu z tego powodu żal, to szybko się pocieszył stanowiskiem prezesa Izby Przemysłowo-Handlowej Polska-Azja. – Zostałem wybrany na pięcioletnią kadencję, zostały mi jeszcze trzy lata, a żyję z kojarzenia polskich kontrahentów z firmami poza Unią Europejską. Jak na tym wychodzi finansowo? – Jako wicepremier, minister gospodarki zarabiałem 10 tys. zł na rękę, bez żadnych premii – zaznacza. – Teraz – jak mawia moja żona – zarabiam „zdecydowanie ciut więcej”. Poza tym mam czas dla rodziny, a w czasach, gdy pracowałem w rządzie, żona z internetu dowiadywała się, się gdzie akurat przebywam.

Były lider PSL twierdzi, że do Sejmu wracać nie zamierza i brzmi całkiem wiarygodnie. – Przestałem oglądać telewizję, bo polityka zupełnie odjechała – mówi. – Bogu i wyborcom dziękuję, że nie zdobyłem mandatu w 2015 r., bo pewnie bym zszedł na zawał, patrząc, jak nasza polityka karleje, zajmuje się nie tym, co trzeba i nastawiona jest na walkę. Ja jestem nastawiony na działanie. Piechociński twierdzi, że nareszcie zeszły z niego stresy. – Jako minister i szef partii odbyłem tysiące spotkań i na każdym słyszałem: „Co dla mnie zrobiłeś?”. Nie dla regionu, miasta firmy, tylko konkretnie dla mnie?– mówi poirytowany. I dodaje: – W naszej polityce jest tak, że do wyborów jest pani szanowanym wykładowcą, prawnikiem, nauczycielem, kandydatem na posła. A po wyborach staje się pani kandydatem na łobuza, przez którego inni cierpią, albo na złodzieja. Naród rozsiadł się wygodnie obok politycznego ringu, gryzie polskie jabłka i patrzy, jak politycy rozkwaszają sobie nosy. A jak nie ma takiej bijatyki, to na następny spektakl nie idzie. Mnie to już nie pociąga, a moja żona na pomysły powrotu do polityki reaguje nerwowo – mówi Piechociński.

Dola ministra

Nie wszyscy politycy na odwyku mieli takie miękkie lądowanie jak wyżej wymienieni. Dawid Jackiewicz, były minister skarbu, nie dość, że porzucił europarlament, żeby wejść do rządu, co już było finansową degradacją, to na dodatek po niespełna rocznym urzędowaniu został odwołany. Premier Beata Szydło przekonywała wyborców, że po prostu tak świetnie wywiązał się z powierzonej mu funkcji likwidacji Ministerstwa Skarbu, iż nie ma już nic więcej do roboty. Tak naprawdę Jackiewicz podpadł prezesowi, nominując niewłaściwych (w jego mniemaniu) ludzi do spółek Skarbu Państwa. Dziś były minister nie dość, że jest bez pracy, to jeszcze walczy z ciężką chorobą. Gdy obsadzał kolejne spółki, przyjaciół miał bez liku. Gdy wyleciał z rządu, nagle okazało się, że mało kto interesuje się jego losem. Na dodatek partia kazała mu zwrócić kilka tysięcy złotych premii, którą otrzymał, gdy był ministrem. Los Jackiewicza to przypadek skrajny. Przykładowo Mariusz Antoni Kamiński, kolejny bohater afery madryckiej, na tle Jackiewicza ma się wręcz fantastycznie, bo pracuje jako wykładowca akademicki. – Jestem adiunktem w Instytucie Prawa i Administracji Obronnej Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego Akademii Sztuki Wojennej i realizuję się w tej pracy – zapewnia w rozmowie z „Wprost”. – Zamknąłem etap czynnej polityki w moim życiu.

Nie żałuję tego i nigdy do polityki nie wrócę. Praca naukowa daje dużo większe perspektywy i poświęcam się jej z przyjemnością. Warto też przypomnieć niegdysiejsze gwiazdy Samoobrony – Renatę Beger i Danutę Hojarską. Los obszedł się z nimi lepiej niż z Jackiewiczem, ale gorzej niż z Hofmanem czy Nowakiem. Renata Beger prowadzi gospodarstwo ekologiczne nastawione na produkcję zbóż. Twierdzi, że jest spełniona i zadowolona z życia. – Wróciłam do tego, co zawsze kochałam, czyli do swojego gospodarstwa, do wsi, do przyrody, i to jest dla mnie ważne – mówi w rozmowie z „Wprost”. Przez chwilę Beger próbowała szczęścia w show-biznesie – miała prowadzić program kulinarny w telewizji regionalnej, ale ukazał się tylko jeden odcinek. Drugi był w przygotowaniu gdy – jak mówi sama zainteresowana – wszystko się rozsypało. Dlaczego? – Chęć zysku nie zna granic – odpowiada enigmatycznie. – Nie chcę wracać do polityki, bo gdybym chciała, tobym to zrobiła – mówi dawna gwiazda Samoobrony. Na pytanie, z jaką partią, odpowiada: – Partię mogę sobie założyć sama, to nie jest problem. Po chwili dodaje: – Swoje przeszłam w polityce i nie wiem, czy chciałabym to przeżywać ponownie. Nie mówię, że nie warto było, ale w pewnym momencie i pewnym wieku człowiek na niektóre sprawy patrzy zupełnie inaczej. Nie trzeba zbawiać całego świata. Czasami można pomóc mniejszej liczbie osób i być szczęśliwym. Z kolei jej koleżanka Danuta Hojarska jest sołtysem gminy Lubieszewo i w tej działalności się wyżywa.

– Zdobyliśmy trzecie miejsce w konkursie na najładniejszą wieś, a teraz walczymy o drugie, bo pan marszałek przyznaje ładne nagrody pieniężne – mówi. Nagrodę za trzecie miejsce sołtys wydała na zakup dekoracji świątecznych na latarnie. – Takich, jakie macie w Warszawie – mówi. Ale pieniędzy starczyło tylko na udekorowanie centrum wsi, a teraz każdy mieszkaniec chce mieć ładnie koło swojego domu iwięc wieś będzie walczyła o kolejną nagrodę. Przydałyby się też ławki, więc jest na co wydawać pieniądze. – Nasza wieś bardzo się zmieniła, wysyłamy dzieci na kolonie, od dwóch tygodni mamy sanktuarium Matki Bożej, raz w miesiącu przyjeżdża do nas biskup elbląski, a marzę jeszcze o ściągnięciu do nas prezydenta, bo mamy grób Żołnierza Wyklętego i chcielibyśmy pomnik ufundować – opowiada sołtys Hojarska. Ostatnio jeden z tabloidów napisał, że Hojarska i Beger weszły do nowej formacji, Partii Chłopskiej, założonej przez Krzysztofa Filipka. Beger zaprzecza tej informacji, a Hojarska przyznaje, że pomogła Filipkowi założyć partię, ale na nic więcej zdrowie jej nie pozwala. – Jestem po operacji kolan, na pewno do Warszawy na żadne posiedzenia nie pojadę – mówi. Nie chce też startować do Sejmu, choć akurat w jej przypadku pensja posła oznaczałaby materialny awans, bo Hojarska żyje za 800 zł renty z KRUS. Zarzeka się jednak, że absolutnie nie będzie kandydować. – Sześć lat byłam w Sejmie, wiele zrobiłam, teraz niech młodzi działają – kończy. Kadencja parlamentu i europarlamentu kończy się w przyszłym roku. Po wyborach na pewno część obecnych deputowanych wypadnie z rynku. Niektórych kandydatów już dziś można wytypować. Pod znakiem zapytania stoi polityczna przyszłość Ryszarda Petru, Kazimierza Michała Ujazdowskiego czy Michała Kamińskiego. Zobaczymy, jak im posłuży odwyk od polityki.g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Współpraca Joanna Miziołek

Okładka tygodnika WPROST: 32/2018
Więcej możesz przeczytać w 32/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także