Polityczne życie po życiu

Polityczne życie po życiu

Janusz Piechociński (fot. Wprost) / Źródło: Wprost
Kiedyś się nam wydawało, że nie istnieje życie poza Sejmem. Tymczasem istnieje i może być równie ciekawe – przekonują byli politycy.

Odchodzą z polityki w sile wieku, bo wyborcy nie chcieli już głosować na nich albo na ich partię. Mimo to potrafili odnaleźć inne pasje, które dały im szczęście. Jedni z Sejmu trafiają do przedszkola, inni zakładają firmy cukiernicze, a kolejni otwierają pensjonat lub zostają bankierami. I prawie wszyscy jednogłośnie deklarują, że praca poza polityką dała im wytchnienie, którego brakowało, gdy pełnili funkcje publiczne. Postanowiliśmy prześledzić, czym zajmują się dziś już przyblakłe polityczne gwiazdy. I jak wygląda ich życie na politycznej emeryturze.

Kariera bankiera

Elżbieta Jakubiak, była dyrektor biura prezydenta Warszawy, szefowa gabinetu prezydenta Lecha Kaczyńskiego i eksminister sportu, nie narzeka na życie po polityce. Odeszła z PiS po kampanii prezydenckiej 2010 r., którą partia przegrała. Należała do tej grupy osób, tzw. muzealników, związanych z Lechem Kaczyńskim, które prowadziły kampanię, a po porażce zostały wypchnięte z Prawa i Sprawiedliwości i założyła własną partię Polska Jest Najważniejsza. Ten byt polityczny długo jednak nie przetrwał, a Jakubiak po wyborach parlamentarnych 2011 r. straciła mandat poselski i musiała zarabiać na chleb poza polityką.

– Od początku wiedziałam, że po odejściu z polityki nie znajdę spokojnego miejsca pracy – mówi. – Polityk z pierwszych stron gazet nie ma na to szans. Mało jest firm gotowych zatrudnić taką osobę, szczególnie gdy jego była partia jest w opozycji, bo jeżeli ktoś chce skorzystać z pomocy rządowej czy środków unijnych, to były polityk z opcji innej niż rządząca bardziej w tym przeszkodzi, niż pomoże. Dlatego Jakubiak postanowiła założyć własną firmę o charakterze doradczym. – Przez 20 lat byłam urzędnikiem, najpierw samorządowym, później państwowym, znałam przepisy i mechanizmy podejmowania decyzji, zarządzałam wielkimi projektami np. budową Stadionu Narodowego, wiedziałam, jak pozyskiwać środki unijne i postanowiłam tę wiedzę wykorzystać – opowiada była minister sportu. Pracowała z samorządami, ale też z firmami audytorskimi z tzw. wielkiej czwórki.

– Ludzie sami się do mnie zgłaszali, mówili, że mnie pamiętają i mają zaufanie. Później doszłam do wniosku, że znam się na finansach i postanowiłam założyć placówki finansowe jako franczyzobiorca. Prowadziłam je ze zmiennym szczęściem. Na koniec tę część biznesu sprzedałam i zostałam z częścią doradczą – mówi. Jakubiak zaznacza, że pożegnanie z polityką i założenie własnej działalności gospodarczej to nie był łatwy czas. – Całe życie pracowałam w administracji i nie miałam odłożonych na koncie milionów złotych na rozkręcenie biznesu. Musiałam zaciągnąć kredyt, żeby uruchomić firmę, poszłam na kurs bankowości, bo wiedzę ustawową miałam, ale tego, jak rozpocząć działalność bankową, to już musiałam się nauczyć – opowiada.

Dziś pracuje w dużym banku, ale też często komentuje wydarzenia polityczne i twierdzi, że żyje jej się dobrze, nie brakuje jej polityki i związanej z nią adrenaliny. – Poza polityką też jej nie brakuje – mówi. – Tylko wyzwania są inne. Kiedy działałam w polityce, dążyłam np. do tego, żeby przeforsować swój pogląd i żeby moje zdanie znalazło się w dokumencie unijnym. A gdy prowadziłam placówki bankowe i zatrudniałam kilkanaście osób, to marzyłam, żeby zatrudniać kilkadziesiąt, żeby sprzedać milion kredytów, żeby starczyło na premie i na taką pensję, jaką chciałam uzyskać. Politykom się wydaje, że nie istnieje życie poza polityką, a ono istnieje i może być równie ciekawe.

Spokojne życie

Rozstanie Jolanty Banach, wiceminister gospodarki i pełnomocniczki ds. osób niepełnosprawnych w rządzie Leszka Millera, z polityką nastąpiło 14 lat temu. Ta wieloletnia działaczka SLD, posłanka trzech kadencji w 2004 r. odeszła z partii i przystąpiła do Socjaldemokracji Polskiej utworzonej przez Marka Borowskiego. Jej nowa partia nie weszła jednak do Sejmu w 2005 r. Banach wróciła do dawnej pracy, czyli do jednej z gdańskich szkół, gdzie przed rozpoczęciem kariery politycznej pracowała jako nauczycielka i bibliotekarka. Rok później, gdy szkoła została zlikwidowana, objęła stanowisko wicedyrektora Bursy Gdańskiej i tam przepracowała do emerytury.

Ale ponieważ jeszcze jako minister skończyła studia w zakresie prawa UE i zarządzania projektami unijnymi, pracowała też przy projektach związanych ze środkami unijnymi. W jej życiu jednak nie odejście z polityki było największym wstrząsem, tylko wypadek prawie 30-letniego syna, który w 2008 r. wyskoczył z szóstego piętra bloku, w którym mieszkał. I choć przeżył, to jednak do końca życia będzie jeździł na wózku. Te pierwsze lata po wypadku były dla eksminister bardzo trudne, bo musiała połączyć życie zawodowe z opieką nad synem, a często też zastanawiała się, dlaczego doszło do tego tragicznego zdarzenia. W „Dzienniku Bałtyckim” w 2012 r. mówiła: „Po wypadku szukałam winy w sobie. Może gdyby mieszkał z nami… Może gdybym załatwiła mu jakąś pracę… Może…”. Dziś mówi, że wszystko się dobrze ułożyło. Obok swojego domu, w miejscu garażu, dobudowała mieszkanie dla syna, który jest w dużym stopniu samodzielny – porusza się po Gdańsku, robi zakupy, gotuje, obsługuje komputer. – Przez te 10 lat wypracowaliśmy taki poziom jego samodzielności, że mogę nawet wyjechać do Warszawy – mówi Jolanta Banach.

– Chodził nie będzie, ale ręce ma sprawne i cały jest sprawny, a więc radzi sobie z codziennymi czynnościami. Jedna córka zdała egzamin radcowski, druga jest policjantką i zajmuje się przestępczością cybernetyczną. Życie układa się tak spokojnie, że nie chciałabym go zakłócić polityką. Banach odrzuciła wszystkie oferty kandydowania do parlamentu. Woli działać społecznie. Uczestniczy m.in. w komitecie monitorującym porozumienie zawarte jeszcze z prezydentem Adamowiczem, a dotyczące pozyskania 1900 mieszkań socjalnych, co zapobiegnie eksmitowaniu ludzi na bruk. Działa też na rzecz utworzenia ośrodków integracyjnych w każdej z dzielnic Gdańska. – Nie mam ochoty kandydować i przeżywać od nowa tych wszystkich kłopotów, wysiłku, wydawania pieniędzy na kampanię, to nie jest wcale takie łatwe, jak się wydaje – konkluduje była wiceminister.

Z sejmu do przedszkola

Krzysztof Filipek, jeden z przybocznych Andrzeja Leppera, lidera Samoobrony, minister w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiadający za współpracę w ramach koalicji PiS-Samoobrona-LPR, wypadł z polityki parlamentarnej w 2007 r. Samoobrona przegrała przedterminowe wybory i wszyscy jej posłowie musieli wrócić do życia sprzed polityki. Filipek nie chciał się z tym pogodzić. Przez kolejne lata próbował wrócić do Sejmu i tworzył kolejne organizacje o charakterze politycznym, które nie odnosiły sukcesu. Jego najnowsza inicjatywa, Partia Chłopska założona w 2017 r., też się nie przebiła na scenie politycznej. Jeszcze w ubiegłym roku kandydował na radnego wojewódzkiego, ale mandatu też nie zdobył. Dziś twierdzi, że odnalazł się w innym działaniu, pozapolitycznym. – Prowadzę wspólnie z żoną prywatne przedszkole i nie chcę już wracać do polityki – mówi. – Tak jak jest, jest dobrze. Ten czas, gdy byłem w polityce, był dobry. Wiele spraw udało się załatwić i dla rolników, i dla innych grup społecznych, ale teraz z polityką nie mam już nic wspólnego.

Gorzkie pieniądze

Danuta Hojarska, była posłanka Samoobrony, zasiadała w prezydium klubu parlamentarnego tej partii. W przedterminowych wyborach w 2007 r. bez powodzenia ubiegała się o reelekcję. W listopadzie tego samego roku wystąpiła z Samoobrony. Argumentowała tę decyzję konfliktem z jednym z liderów partii, Januszem Maksymiukiem. Hojarska była tak barwnym politykiem, że parodiowano ją w rozrywkowym programie Szymona Majewskiego. Obecnie Hojarska drugą kadencję jest sołtysem wsi Lubieszowo. Ma też firmę cukierniczą, którą prowadzi razem z córką, o nazwie Magdalena Hojarska. Domowe Wypieki „Madziulka”.

– Pieniądze z polityki były gorzkie, teraz są słodkie – śmieje się była posłanka w rozmowie z „Wprost”. I mówi, że zaangażowanie polityczne pomogło jej w biznesie. – Jeden z księży przed komunią powiedział mi, że dzieci pytały, czy ciasta na uroczystość robiła ta posłanka Hojarska – opowiada. Bo wypieki z domu Hojarskich trafiają głównie na wesela, chrzciny i inne uroczystości rodzinne. Co piecze była posłanka Samoobrony? Nam zachwala sernik z bitą śmietaną, szarlotki z zakruszką ze swoich jabłek czy czekoladową wuzetkę z alkoholem i wiśniami. Zleceń firma cukiernicza ma dużo, podczas jednego weekendu udaje im się dostarczyć słodkości na kilka imprez. Czy Hojarska tęskni za polityką? – Dziś nie ma Andrzeja Leppera, nie ma u boku kogo walczyć – mówi Hojarska, która przecież zasłynęła m.in. z blokowania dróg razem z protestującymi rolnikami i liderem Samoobrony.

– Kiedyś śmiano się z Samoobrony, że nie potrafimy się zachować na salonach Wiejskiej. A teraz, jak patrzę na kulturę polityków, to im do Samoobrony daleko – mówi. Ale Danuta Hojarska nie zrezygnowała całkowicie z polityki, bo ta lokalna wciąż ją zajmuje. – Nie zamknęłam swojego biura, bo wciąż pomagam ludziom. Korzystam z kontaktów, które zdobyłam, będąc w krajowej polityce, i zdarza mi się zadzwonić do ministra rolnictwa – mówi. I zdradza, że organizuje dzieciom ze swojej wsi kolonie i wspiera wiejskie kobiety. – Marzy mi się, żeby zorganizować dziewczynom ze wsi wycieczkę do Sejmu albo do Brukseli – mówi Hojarska. I zdradza, że ma o wiele odważniejszy plan. – Chcę rozsławić wieś Lubieszowo na całą Polskę. Chcemy postawić pomnik żołnierzy wyklętych, bo mamy tu grób jednego z nich. I żeby na odsłonięcie pomnika odwiedził nas prezydent Andrzej Duda – opowiada była posłanka, z której słów wynika, że wcale nie pożegnała się z polityką. Przynajmniej mentalnie.

Wrócić do punktu wyjścia

Mirosław Drzewiecki, były minister sportu i turystyki oraz były polityk Platformy, swoją polityczną karierę zakończył po aferze hazardowej. Drzewiecki odchodził z polityki w dramatycznych okolicznościach, bo zaraz po wybuchu skandalu na zawał zmarła jego matka. A polityk w emocjonalnym wywiadzie dla TVN24 stwierdził: „Jestem dowodem na to, że Polska nadal jest dzikim krajem. Zabito mi matkę. Taka jest prawda”. Niemal do legendy przeszły jego słowa: „Gardzę polityką, nie chcę być jej zakładnikiem. Nikt nie ma prawa deptać mojego honoru, moich marzeń, bo jestem Mirek Drzewiecki i będę robił, co będę chciał”.

Obecnie wciąż czuje niechęć do polityki, ale do starych przyjaciół już nie. – Nadal spotykam się z ludźmi, z którymi było mi w polityce blisko. Wciąż umawiam się z Grzegorzem Schetyną i innymi czynnymi politykami PO – mówi „Wprost” Drzewiecki. Pytany, czy ma kontakt z Donaldem Tuskiem, zaprzecza. A przecież ze szwalni byłego ministra sportu były premier miał markowe garnitury. Bo w złotych czasach PO Mirosław Drzewiecki dla wszystkich polityków partii przywoził garnitury z Łodzi po hurtowych cenach. W szwalni Drzewieckiego szyto m.in. garnitury dla takich firm, jak Hugo Boss czy Joop. – Wróciłem do tego samego biznesu, który założyłem, jeszcze zanim zająłem się polityką. Mam firmę usługową – mówi Drzewiecki. Czuć u niego żal, że za sprawą afery hazardowej zniknął z polityki. – To niebywałe, jak w Polsce łatwo zniszczyć wizerunek człowieka – zawiesza głos Drzewiecki.

Pracolubny z natury

Janusz Piechociński, były wiceprezes Rady Ministrów i minister gospodarki, a także prezes PSL, obecnie nie pracuje już po 16 godzin dziennie, tylko po 12. – Jestem pracolubny z natury – mówi Piechociński, który jest prezesem Izby Przemysłowo-Handlowej Polska-Azja. – Zawodowo wspieram polskie firmy w eksporcie do krajów azjatyckich. Prowadzę rozmowy z przedsiębiorcami, analizuję zagraniczne rynki – mówi i opisuje swój dzień od porannej kawy: – Przeglądam kilkanaście newsletterów europejskich i światowych instytucji. I mam złą wiadomość, idzie światowy kryzys – mówi. Były minister gospodarki, mimo że usunął się z życia publicznego, wciąż jest aktywny w mediach społecznościowych. A przede wszystkim na Twitterze, gdzie wrzuca dane gospodarcze nie tylko Izby Przemysłowo-Handlowej Polska-Azja. – Mam belferski nawyk, żeby na Twitterze informować, pobudzać do dyskusji, prowokować – mówi Piechociński. A wpisy byłego ministra gospodarki są różne. Jeden z nich był o 36-letniej Egipcjance, najcięższej kobiecie świata. „Waży ok. 500 kg i od 25 lat nie opuściła swojego pokoju”. – pisał Piechociński. Pytany, czy dobrze wspomina czas polityki, odpowiada: – Przez 20 lat bardzo ciężko pracowałem. Miałem mało czasu dla dzieci. I teraz, kiedy mam więcej czasu, one dorosły i nie mają go tak dużo dla mnie. Zaczynam się przyzwyczajać do bycia samemu z żoną i kotem Miauczurkiem. Czasem żona pyta: „Po co ci to było?” – mówi Piechociński. A odpowiedź chyba jest oczywista – bo Janusz Piechociński po prostu to lubił.

Poncyljuszówka

Paweł Poncyljusz, były polityk PiS, od 2006 do 2007 r. sekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki, były przewodniczący klubu parlamentarnego Polska Jest Najważniejsza, nie zadawał sobie pytania, po co jest w polityce. I dziś potrafi łatwo zdefiniować, czego mu najbardziej żal. – Brakuje mi działania na rzecz zmian rzeczywistości na lepsze, sprawczości. A czasem z pozycji przedsiębiorcy po prostu czuję bezradność, bo nie mam już na wiele rzeczy wpływu – mówi Poncyljusz. Ale na swoją obecną sytuację nie narzeka, wprost przeciwnie. Paweł Poncyljusz pracuje w WB Electronics, prywatnej firmie z branży zbrojeniowej. Poza tym ma w Szczyrku pensjonat Poncyljuszówkę. – Tę inwestycję traktuję jako mój fundusz emerytalny, bo wiem, że nie zadba o to ani rząd PiS, ani Platformy – mówi.

Zresztą doświadczenie polityczne w biznesie, zamiast mu pomóc, czasami przeszkadza. – Jak spotka mnie ktoś przeciwny PiS, to robi się nerwowy, jak ktoś z PiS, to dzieje się dokładnie to samo – śmieje się Poncyljusz. Swojej decyzji o porzuceniu polityki nie żałuje: – Nie chciałbym być teraz pokornym kociakiem Jarosława Kaczyńskiego – ironizuje. I dodaje, że funkcjonowanie w życiu publicznym jest obciążające. – Człowiek jest na świeczniku w każdej chwili. Do tego dochodził stres związany z funkcjonowaniem w partii. Koniec końców praca w polityce odbiła się na moim zdrowiu – mówi. Paweł Poncyljusz oparł się pokusom polityki, ale dziś twierdzi, że wciąż brakuje mu adrenaliny, którą dawała. – Nigdy nie byłem w opętanym tańcu tego zawodu, raczej podchodziłem do niego racjonalnie, niemniej polityka bywa uzależniająca – mówi. To samo powtarzają wszyscy nasi rozmówcy. Bo choć z polityki odeszli, to wciąż z sentymentem wracają do niej myślami.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2019
Więcej możesz przeczytać w 16/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1