Czerwona kartka dla traktatu

Czerwona kartka dla traktatu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Irlandczycy pokazali, że mają własne zdanie, nawet jeśli się to komuś nie podoba. Jak na razie Bruksela "jest w szoku". Za chwilę zacznie się szukanie winnych porażki referendalnej i jednocześnie wymyślanie wyjść awaryjnych. To ważne, owszem, ale równie ważne byłoby zadanie sobie pytania, dlaczego Irlandczycy odrzucili traktat.
Tuż po godz. 14 zajrzałam do ulokowanego naprzeciwko Komisji Europejskiej irlandzkiego pubu "Katty O'Shea" - telewizja irlandzka nadawała właśnie informacje o porażce zwolenników referendum. Choć, co prawda w środku więcej było kamer telewizyjnych i korespondentów zagranicznych niż rodowitych Irlandczyków, od wejścia czuło się specjalną atmosferę. Oczekiwanie, rozczarowanie, ale też i satysfakcja. Zwłaszcza Brytyjczyków, którzy się cieszą, że sami za pomocą Irlandczyków pozbyli się kłopotu z niechcianą konstytucją. Bo tak naprawdę to cała eurosceptyczna Europa trzymała kciuki za nieposłuszeństwo Irlandczyków. Brytyjczycy, Czesi, nawet Włosi z Ligi Lombardzkiej i część polskich środowisk - wszyscy mieli nadzieję, że wynik referendum będzie negatywny, co powstrzyma triumfalny marsz traktatu lizbońskiego.

Dlaczego Irlandczycy odrzucili dokument? Głównie ze strachu przed utratą suwerenności i kontroli nad własnym krajem. Z lęku przed ujednoliceniem podatków (które akurat w Irlandii są najniższe w UE), przed naruszeniem neutralności (no bo przyszła wspólna polityka obronna, w konsekwencji do tego mogłaby doprowadzić), przed odejściem od bezpłatnej służby zdrowia. I z obawy przed zdominowaniem Unii przez największych graczy. Dzisiaj, kiedy np. niemiecki eurodeputowany mówi, że Irlandię powinno się za karę wykluczyć z UE te lęki znajdują uzasadnienie - bo słowa niemieckiego posła to eksplikacja postawy, w której silni gracze rozdają karty, a małe kraje powinny skorzystać z możliwości milczenia. Dla mnie bardziej oburzające jest wypowiedź tego niemieckiego polityka, przesiąknięta pogardą dla słabszych i mniejszych niż niesubordynacja Irlandczyków.

Unia ma teraz kłopot, to fakt. Bo przykład irlandzki może być zaraźliwy i może wpłynąć na postawę krajów, które jeszcze nie ratyfikowały traktatu, zwłaszcza uchodzące za eurosceptyczne Czechy i Wielką Brytanię. Mimo wszystko jednak - nawet zakładając najczarniejszy scenariusz, że Londyn i Praga też przystopują traktat - nie wierzę, by dokument wylądował w koszu. Jest zbyt silna presja, by mogło do tego dojść. Trzeba będzie zatem znaleźć odpowiednie kruczki prawne, które pomogą w przepchnięciu ustaleń lizbońskich. Owszem, wejście w życie reform instytucjonalnych na pewno się opóźni, ale ponoć co się odwlecze, to nie uciecze.