Impuls sprawiedliwości

Impuls sprawiedliwości

Rozmowa z Bronisławem Wildsteinem, publicystą, pisarzem
„Wprost": Dlaczego warto rozmawiać o kimś takim jak Lesław Maleszka?
Bronisław Wildstein: Z mojej perspektywy nie warto, ale w ogóle to warto. W filmie „Trzech kumpli" po raz pierwszy w takim stopniu zanalizowano figurę współczesnego zdrajcy. Ale z niepokojem przyglądam się temu, jak z Maleszki próbuje się zrobić kozła ofiarnego. Nie chodzi o to rozumienie tego terminu, w którym zrzuca się winy zbiorowości na niewinną ofiarę, ale o bardziej tradycyjne znaczenie, w którym jedna osoba, często rzeczywiście winna, staje się jedynym nosicielem win wszystkich. I to właśnie próbuje się robić z Maleszką, sugerując, że jeśli usunie się go w cień, od razu znikną wszystkie problemy ze współpracą, uwikłaniem, agenturą.– Bo wtedy Maleszka staje się jedynym w istocie winnym współpracy?
– Mówi się to wprost. Ewa Milewicz w jednym ze swoich komentarzy ubolewała, iż przykład Maleszki jest tak straszny, że aż trudno go sobie wyobrazić. I choć zgadzam się, że to postać w swoim złu nietuzinkowa, to trzeba powiedzieć jasno, że nie jedyna i nie wyjątkowa. Takich jak on jest o wiele więcej. Jego przykład zaś pokazuje tylko fałsz serwowanych nam przez lata przez przeciwników lustracji obrazów biednych, złamanych ludzi, zaplątanych w machinę historii. Maleszka był i złamany, i zaplątany, a przecież jednocześnie stał się zdrajcą.
– Kiedy dokonała się ta przemiana z człowieka złamanego i zaplątanego w cynicznego gracza, który donosi na najbliższych?
– Zaczął się stawać tym nowym człowiekiem już wtedy, kiedy nie przyznał nam się do podjęcia współpracy. Od tego momentu musiał już brnąć w kłamstwo, podwójne życie. A to wszystko potwornie demoralizuje i niszczy psychicznie. Bo choć na początku jest złamanie, to później rozpoczyna się niezwykle ciężkie dla normalnej psychiki doświadczenie. Trzeba donosić na najbliższych, okłamywać ich, niszczyć. Normalny człowiek w takim momencie próbuje racjonalizować swoje postępowanie, uzasadniać takie, a nie inne decyzje, dowodzić samemu sobie, że to on ma rację, a inni błądzą. I fałszować fundamentalne intuicje moralne. Człowiek przy tym ma to do siebie, że kiedy już raz wejdzie na taką drogę, to idzie coraz dalej, a z czasem pojawia się resentyment, niechęć, a potem pogarda wobec tych, których się krzywdzi.
– Taki proces dostrzegasz nie tylko w Maleszce, ale i w innych agentach bezpieki?
– Z mojego najbliższego otoczenia na szczęście nie. Nieco dalej od nas był Henryk Karkosza, człowiek znaczący w podziemiu. Ale nie brakuje takich postaci w przestrzeni publicznej. Trudno nie dostrzec, że nie sposób mówić o ludziach „złamanych", gdy mamy do czynienia z osobami, które odniosły ogromny sukces publiczny. Nie mówimy o ludziach, którzy zawstydzeni wycofali się z przestrzeni publicznej, ale o takich, którzy przez lata w niej działali, odrzucali oskarżenia o agenturę i obrażali tych wszystkich, którzy o tym mówili. Gdyby Małgorzata Niezabitowska nie została rzecznikiem prasowym pierwszego niekomunistycznego rządu, nie byłoby jej problemu; podobnie z Michałem Bonim. Gdy w roku 1992 przypomniano mu przeszłość, nie tylko się do niej nie przyznał, ale zaczął atakować tych, którzy o niej mówili. Dołączyła do niego niemała grupa ludzi, także związanych z obecnym rządem. I choć teraz ujawniono dokumentację, a sam Michał Boni do winy się przyznał, to nikt nie przeprosił za tamtą akcję niszczenia zwolenników lustracji.
– Z podobną sytuację mieliśmy do czynienia w wypadku prof. Zyty Gilowskiej, której też broniono, atakując jej oskarżycieli.
– Dokładnie tak. Nie ma co mówić o jednej tylko stronie. Jej postawa i zachowanie było niezwykle dwuznaczne. Ale listę takich osób można wydłużać. I za każdym razem atakowano nie byłych agentów, ale tych, którzy odważyli się mówić o ich przeszłości. Wygranymi nieodmiennie byli TW i dlatego trudno się dziwić, że nie widać po nich jakichkolwiek dylematów.
– Czyli „misterium zła" współpracy było kontynuowane w III RP, a jego uczestnikami byli już nie tylko agenci, ale i ci, którzy z ogniem w oczach ich bronili?
– Oczywiście, bo przecież jeśli nie istnieje presja moralna, by osądzić pewne działania, to ludzie nie będą się do nich przyznawać ani tym bardziej zastanawiać się nad nimi. Jeśli wszyscy dookoła mówią im, że agenci nie robili nic złego, że ich zachowania nie mogą być jednoznacznie ocenione, że czepianie się ich jest złe, to w sposób naturalny oni się z tym pogodzą i uznają to za słuszne. Elity intelektualne, które broniły byłych agentów nawet przed ujawnieniem i związanym z tym dyskomfortem psychicznym, w istocie sprawiały, że ujawnienie się, przeprosiny, próba zadośćuczynienia jawiły się jako zachowania irracjonalne.
– A skąd się brała taka presja elit, by zamazać odpowiedzialność za współpracę z bezpieką?
– Przyczyny były polityczne, w najgłębszym sensie tego słowa. Część postsolidarnościowych elit dogadała się z postkomunistami, co uniemożliwiło rozliczenia samych komunistów. A jeśli nie rozlicza się mocodawców, to trudno rozliczać ich agentów. Nie ma też co ukrywać, że pewne elity chciały zwyczajnie kontrolować przeszłość i jej postrzeganie. To świetnie widać w wypadku Lecha Wałęsy i jego obrony w imię wymyślonej wizji historii. Rok temu, gdy Günter Grass przyznał się do służby w Wafen SS, Lech Wałęsa wezwał do odebrania mu honorowego obywatelstwa Gdańska. Adam Michnik publicznie stwierdził, że – nie zacytuję tego dokładnie – były prezydent powinien się wstrzymać z tego typu opiniami, bo sam ma w młodości dość wstydliwe epizody. I wtedy Wałęsa zamilkł. A to oznacza, że są ludzie, którzy nie tylko mają taką wiedzę, ale i mogą jej używać. Źle jest tylko, gdy ta wiedza się rozejdzie.
– Mamy tu do czynienia z hakiem jako narzędziem kontroli?
– Nie twierdzę, że jest to działanie świadome. Nie sądzę, że Michnik po to wszedł do archiwów na początku lat 90. i je szczegółowo przejrzał, by nazbierać haków na przeciwników. Moim zdaniem, on i jego otoczenie sądzili, że jest na tyle świadomy i oświecony, iż uniesie tę wiedzę, a społeczeństwo nie, bo ulegnie populistom. W walce z lustracją chodzi więc właśnie o to, by kontrolować pamięć i wiedzę o tamtych czasach, tak by łatwiej kierować rzeczywistością. I dlatego przez lata walczono z ujawnianiem archiwów, a obecnie próbuje się zamknąć IPN, by dokumenty znów na lata przestały być dostępne.
– A dlaczego przed lustracją wzbraniają się też ludzie, którzy tej wiedzy nie mieli i nie mają?
– Bo wiedza zawarta w archiwach może być niewygodna dla wielu środowisk. Im dłużej się z tym zwlekało, tym trudniej się zmierzyć z wiedzą zawartą w aktach, bo przecież ileś osób było bronionych, ileś głupstw się powiedziało, ileś walk zostało stoczonych, iluś ludzi się obraziło. Gdyby lustrację przeprowadzono w 1989 r., byłoby to o wiele mniej kosztowne, bo część ludzi niegodnych nie stałaby się autorytetami, nie wchodziliby w życie rozmaitych środowisk itd.
– Czy opór przeciwko ujawnianiu akt, protesty przeciwko „krzywdzeniu" byłych agentów nie były w istocie realną krzywdą dla samych tajnych współpracowników, bo nie stworzyły im realnych możliwości rozprawienia się z własną przeszłością?
– To jest rozumowanie prawdziwe, jeśli zastosujemy bardzo głębokie kategorie religijne czy filozoficzne: godności człowieka, stanięcia w prawdzie. Ale ja nie wierzę, by akurat Maleszka mógł się rzeczywiście odbudować moralnie. Mogliby to zrobić ludzie głęboko wierzący, że Bóg może zrobić wszystko, ale dla Maleszki będzie to trudne.
– Ale człowiek wierzący uznaje też, że łaska Boża buduje na naturze. Jeśli jej nie ma, jeśli nie stworzy się warunków do jej zadziałania, to ma ona utrudnione zadanie.
– A w Polsce takich warunków nie stworzono. Tylko jeden robotnik z Nowej Huty przyznał się dobrowolnie i przeprosił. Maleszka natomiast przyznał się zmuszony, ale – mam wrażenie – teraz tego żałuje, bo nie przewidział, że można tak całkowicie iść w zaparte, jak to zrobili jego następcy. Wprawdzie kłamał i manipulował, ale jednak się przyznał i przepraszał. Chociaż i te przeprosiny były jakoś manipulowane. W Krakowie zorganizowano serię spotkań, na których miał opowiadać o swojej współpracy, ale w ich trakcie nie było nawet śladu wstydu i żalu, raczej opowieści zadowolonego z siebie człowieka. I nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli środowisko odwodzi cię od trudnej decyzji, jaką jest przyznanie się, to byłbyś naiwny, gdybyś to zrobił.
– Co takiego się stało, że po latach walki z ujawnianiem przeszłości mógł powstać i zostać wyemitowany film „Trzej kumple"?
– Ten film powstawał trzy lata. Najpierw zupełnie prywatnie, a jego autorki zgłosiły się do TVN dopiero z setkami nagranych godzin. Telewizja go kupiła, bo zobaczyła w nim świetny materiał komercyjny. Ale istotniejsze od samego wyemitowania filmu jest reakcja, jaką wywołał. Ludzie są nim wstrząśnięci, również ci, którzy przez lata sprzeciwiali się lustracji. To było jak trzęsienie ziemi, i to nawet w „Gazecie Wyborczej", z której wyleciał Maleszka, czy w komisji sejmowej, z której zrezygnował Widacki. I to pokazuje coś niesłychanie optymistycznego: można latami okłamywać społeczeństwo, ale głód ładu moralnego pozostaje, ujawniając się, gdy pojawi się impuls. Takim impulsem był właśnie film „Trzech kumpli". Po nim o wiele trudniej będzie już opowiadać historyjki o biednych, złamanych agentach. I w tym sensie jest on przełomem.
Okładka tygodnika WPROST: 27/2008
Więcej możesz przeczytać w 27/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także