Wczasy dla świadomych

Wczasy dla świadomych

Dodano:   /  Zmieniono: 
Urlop to nie przywilej, a prawo zatrudnionego na etacie. Niestety, większość pracodawców zdaje się o tym zapominać. I należne pracownikowi dni wolne traktuje jak dopust Boży, a nawet formę premii.
Emilia Krupska, 32-letni handlowiec w firmie spedycyjnej, o urlop poprosiła w czerwcu. Wykupili z mężem rodzinny wyjazd do Turcji – dwutygodniowy pakiet all-inclusive z atrakcyjną zniżką dla dziecka. – Byłam przekonana, że dostanę te dwa tygodnie. W końcu nie wykorzystałam jeszcze ani dnia urlopu. Usłyszałam, że już wysiedziałam się na macierzyńskim i teraz pierwszeństwo ma koleżanka, która przez kilka miesięcy pracowała za nas dwie – opowiada Emilia. Wiedziała, że szef nie ma racji, ale nawet nie starała się oponować. Do Turcji pojechała jej siostra z mężem, a Emilia musi zadowolić się urlopem dzielonym - tygodniem wolnego w połowie lipca i drugim – w połowie sierpnia. Tak, by nie doszło do sytuacji, w której w jej sześcioosobowym dziale będą tylko dwie osoby.

Poczucie winy skraca urlop

 - To chore, ale po rozmowie z szefem poczułam się jak niewdzięcznica. Rzeczywiście, kiedy poszłam na macierzyński, koleżanka bez słowa przejęła moje obowiązki. Bałam się, że jeśli przyjmą kogoś na zastępstwo, nie będę miała gdzie wracać – przyznaje Emilia.

Z początku chciała walczyć z pracodawcą. Ostudził ją kolega prawnik. – Uświadomił mi, że szef mógłby mnie cofnąć z urlopu tłumacząc, że przed wyjazdem nie wywiązałam się z obowiązków. W przepisach określa się to jako „szczególne prawo pracodawcy". A w mojej pracy, polegającej na opiece nad klientem i zapewnieniem odpowiedniej jakości usług, w każdej chwili można się do czegoś przyczepić. Spasowałam – opowiada Emilia.

Tłumaczy, że sumienie nie pozwala jej kłócić się z szefem, który przed narodzinami dziecka i tak poszedł jej na rękę. I że walka o należne jej, zgodnie z kodeksem pracy, 14 kolejnych dni kalendarzowych nieprzerwanego urlopu, byłoby z jej strony nadużyciem.

Emilia Krupska i jej koleżanka to jedne z wielu Polek, które dały się złapać na poczucie winy, coraz częściej wykorzystywane przez pracodawców. Obie po studiach ekonomicznych na wiodących polskich uniwersytetach, doskonale orientują się w kodeksie pracy. Wiedzą, ile przysługuje im urlopu i że kodeks zobowiązuje pracodawcę do zapewnienia im dwóch tygodni nieprzerwanego wypoczynku. Mimo to nawet nie próbowały walczyć o swoje prawa.

- Jest kryzys, lepiej nie kusić losu – tłumaczy Emilia, którą strach o ciągłość zatrudnienia doprowadził już do nerwicy. – Do Turcji mogę pojechać, kiedy sytuacja na rynku pracy będzie stabilniejsza. - Sprawa tej pani w sądzie pracy zostałaby rozstrzygnięta jednoznacznie. Dostałaby nieprzerwane dwa tygodnie urlopu – mówi Danuta Rutkowska z Państwowej Inspekcji Pracy. I przytacza piorunującą statystykę: co trzeci pracodawca nie zapewnia pracownikom wypoczynku trwającego co najmniej 14 dni. Przepis omija dzieląc urlop na krótsze odcinki. 

Mariusz żegna się z gruszą

- Dzielenie urlopów wypoczynkowych jest nie tylko niezgodne z przepisami i naraża pracodawcę na grzywnę w przypadku inspekcji, ale uniemożliwia pracownikom nabycie prawa do świadczenia urlopowego przewidzianego w ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych – wyjaśnia Danuta Rutkowska. Wczasy pod gruszą dofinansowane są bowiem tylko wówczas, gdy urlop trwa co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych.

Dzielony urlop pogrążył Mariusza Kowalskiego, 45-letniego pracownika firmy komputerowej. – Postanowiłem zabrać dzieciaki w lipcu na Mazury, a w sierpniu nad morze. Urlop planowałem tak, żeby nie opuszczać miejsca pracy na dłużej niż tydzień. W kryzysie lepiej być aktywnym i jak najczęściej pokazywać się szefowi. Kiedy poszedłem do kadr po pieniądze na wczasy, usłyszałem, że mi się nie należą – żali się Mariusz. Nie próbował zmienić planu urlopu ze względu na plany swoich dzieci – Ania i Mateusz były już zapisane na kolonie. Zresztą, usłyszał od szefa, że poważny człowiek nie wycofuje się z wcześniejszych ustaleń i nie miesza w grafiku. Mariusz spuścił głowę i nagiął się do warunków stawianych przez szefa.

Dzięki takim jak on, pieniądze funduszu świadczeń socjalnych w wielu firmach spokojnie procentują na kontach. Pracodawcy robią wszystko, by nie informować pracowników o ich prawie do dofinansowania wczasów. Nie uświadamiają im też, że zastrzyk finansowy należy się nie tylko tym w trudnej sytuacji finansowej. – Kiedy poszedłem po pieniądze na wypoczynek pod gruszą, cały dział śmiał się do rozpuku. Potraktowali to jak dowcip. Miny im zrzedły, kiedy wróciłem z gotówką – mówi Andrzej, zastępca szefa działu dużego koncernu medialnego.

Korzystna świadomość prawa

Jednak, jak twierdzą inspektorzy pracy, nieświadomość przywilejów przygnębia mniej niż nieznajomość prawa. Spośród skontrolowanych przez nich w 2008 roku 1087 pracodawców, aż 76 procent została ukarana za nieudzielanie pracownikom urlopów wypoczynkowych w roku nabycia do nich prawa.  Tymczasem już po miesiącu pracy nabywamy prawa do urlopu wynoszącego 1/12 czasu przysługującego nam po przepracowaniu roku. Jeżeli więc, jak w przypadku osób z wyższym wykształceniem, urlop wynosi 26 dni, po miesiącu pracy należą nam się trzy dni robocze wolnego.

– Przez pierwsze dwa lata w ogóle nie chodziłam na urlop – mówi Magdalena Nowacka, aplikantka radcowska zatrudniona w jednej z warszawskich kancelarii. – Mój pracoholizm nie miał tu nic do rzeczy. Po prostu wiedziałam, że na moje miejsce czeka stu chętnych. A zaangażowanie w pracę jest dla szefa argumentem za przedłużeniem umowy i powierzaniem mi bardziej odpowiedzialnych zadań. Pracę bez wypoczynku traktowałam jako inwestycję w przyszłą karierę – wyjaśnia. I wylicza przykłady rówieśników, którzy myślą podobnie: - Pierwszą pracę się szanuje. Rzadko kto po dwóch miesiącach pracy będzie egzekwował prawo do swoich czterech dni. Na urlop trzeba sobie zapracować. Wśród moich znajomych nikt nie brał urlopu po przepracowaniu mniej niż sześciu miesięcy – przekonuje Magda.

Według raportu Głównej Inspekcji Pracy za rok 2008, nieudzielanie urlopów w pierwszym roku zatrudnienia to wynik nie tyle pracoholizmu pracowników czy złej woli pracodawcy, a zbyt niskiego zatrudnienia. Oszczędzanie na etatach i powierzanie pracownikom zadań, które w normalnych warunkach powinno wykonywać więcej osób, powoduje, że urlopy udzielane są „na zakładkę". A dwutygodniowa nieobecność któregoś członka personelu sparaliżowałaby pracę działu lub całej firmy. W małych firmach częstym powodem jest nieznajomość przepisów, brak nadzoru służb kadrowych, z których często w ogóle się rezygnuje, i nieznajomość przepisów ze strony pracowników.

Wniosek nasuwa się sam – w czasach, kiedy prawo pracownika do urlopu traktowane jest jako przywilej, trzeba je egzekwować u pracodawcy. Najlepiej z kodeksem pracy pod pachą i powołaniem się na znajomego w Inspekcji Pracy.


Karolina Kowalska