Kochamy ich nienawidzić

Kochamy ich nienawidzić

Pierwszy był Erich von Stroheim. Tego niemieckiego aktora kina niemego reklamowano sloganem: „Człowiek, którego kochacie nienawidzić”. Później drażnił John Lennon, który mówił, że The Beatles są popularniejsi od Chrystusa. Irytowała Margaret Thatcher, która „wyrżnęła” brytyjską budżetówkę. Ludzi kontrowersyjnych kochano nienawidzić. Dziś nienawidzimy już na masową skalę. „Wprost” sprawdził, w kogo najczęściej rzuciliby kamieniem Polacy. W pierwszym rankingu kontrowersyjnych zwyciężył Kuba Wojewódzki.
Nienawidzimy nie tylko celebrytów show-biznesu. Ziejemy niechęcią do  celebrytów polityki (2. miejsce w rankingu – Janusz Palikot), celebrytów Kościoła (3. miejsce – o. Tadeusz Rydzyk) i sportu. Bo jest taka kategoria VIP-ów, którzy funkcjonują w naszych myślach tak jak kochanka. Z jednej strony łakniemy jej obecności, a z drugiej chcielibyśmy zmieść ją z powierzchni ziemi. Obsesyjnie jej nie znosimy i nie jest istotne, czy emocje te targają nami z zazdrości, czy z powodu wyrzutów sumienia wywołanych niezdrową fascynacją. Ważne, że osoby te dają się nienawidzić. I uczucie to – świadomie bądź nie – w nas podsycają. Najbardziej drażnią politycy.
Skoro 5-procentowe poparcie wystarczy, by  znaleźć się w Sejmie (to próg wyborczy dla partii), nic dziwnego, że  czasem pozostałe 95 proc. narodu aż kipi niechęcią do jakiegoś wybrańca. W tej dziedzinie powinna obowiązywać zasada kompetencji, ale temperatura sporu politycznego jest tak wysoka, że często nawet drobny ruch albo choćby nietypowa cecha powierzchowności wywołują oburzenie i irytację u  jednych, ale też akceptację czy nawet zachwyt u innych. Bez względu na  to, co jeszcze niedawno powiedziałby senator Krzysztof Putra, i tak dyskusje wokół jego osoby sprowadzały się do sumiastych wąsów. Drażnił nimi do maja 2007 r., kiedy postanowił je zgolić. „Nie lustracja, nie  strajk lekarzy, ale wygląd wicemarszałka Senatu Krzysztofa Putry był dziś rano najbardziej komentowaną sprawą w parlamencie. Obnoszący dotąd z dumą sumiaste wąsy polityk PiS przemknął najpierw po korytarzach zupełnie nierozpoznany. Bo się... ogolił" – pisał 22 maja 2007 r. „Dziennik". „Putra Krzysztof wąsy zgolił. Niesamowite, a jak cywilizowanie od razu wygląda. Aż szkoda, że ma zamiar dalej zapuszczać” – komentowali od razu blogerzy. Ale uczucia, które wzbudzał Putra, to i  tak nic w porównaniu z tymi, jakie wywoływała w narodzie Anna Fotyga, minister spraw zagranicznych w rządzie PiS. Gdy w kwietniu 2007 r. ta  słynąca z konserwatyzmu i dość sztywnej powierzchowności urzędniczka wyznała w jednym z tygodników, że kiedyś przebrała się na bal za  latarnię, stała się obiektem wyjątkowych drwin. „Minister Fotyga udawała latarnię” – donosił „Fakt”, przedstawiając satyryczną ilustrację Fotygi w stroju ulicznego oświetlenia. W sieci zaczęły krążyć dziesiątki prześmiewczych filmów o niej. Do dziś Fotyga jest jednym z polityków budzących największą niechęć. W rankingu „Wprost” znalazła się na 13. miejscu. Pecha mają ci, którzy wzbudzają niechęć niechcący. Ci bowiem, którzy robią to z wyrachowania, to zupełnie inna bajka. Z wkurzania innych czynią oni jedyną zasadę i warsztat pracy. Zawodowo wkurza Kuba Wojewódzki (niektórych drażni bezczelną wesołkowatością, innych zagęszczanymi włosami), Szymon Majewski (bulwersuje, myjąc stopy pod  Telewizją Polską w dniu żałoby narodowej) czy Wojciech Cejrowski (nie dość, że jest wredny dla gości swoich programów, to ciągle chodzi na  bosaka). Można ich nie lubić, ale talentu w dziedzinie wzbudzania niechęci odmówić im nie sposób. Ważne, żeby było celnie, dowcipnie, wyraziście, interesująco, a jednak z umiarem. Czyli – jak mówił Woody Allen – „żeby się wyginało, ale żeby się nie złamało”. Na wkurzaniu można zbić nie tylko niemały kapitał polityczny, ale też ten jak najbardziej finansowy (Doda, której nienawidzimy za permisywny styl i  wulgarność w przekazie, jest po Maryli Rodowicz najlepiej zarabiającą polską piosenkarką).

Oprócz znienawidzonych z przypadku i zawodowych wkurzaczy są jeszcze drażniący amatorzy. To w większości ci, których nazywamy „znanymi z tego, że są znani", czyli sfrustrowani, nieutalentowani i zdeklasowani artyści. Przez lata żyli marzeniem o  wielkiej sławie i pieniądzach, ale swoje miejsce w show-biznesie przegrali z lepszymi od siebie. „Ja na szczęście miałem talent i nie musiałem kombinować" – powiedział kiedyś zaskakująco trafnie i szczerze wybitny jazzman Tomasz Stańko. Rzeczywiście. Jeśli „produkt” (w tym wypadku muzyka, ale może to być cokolwiek) jest dobry, to wierzymy, że  sam się przebije. Jeśli nie jest dobry, trzeba kombinować z  marketingiem. Na przykład skandalizować i wkurzać. Taka jest mniej więcej różnica między Stanisławem Soyką a Michałem Wiśniewskim, Krystyną Jandą a Jolantą Rutowicz itd. Działalność skandalizująca i marketingowa bywa nawet czasami interesująca. Zwłaszcza w show-biznesie wiele ciekawych rzeczy zaczęło się od skandalu (kariera Davida Bowiego, Sex Pistols i setek innych). Jednak trzeba było mieć coś w kartach, kiedy świat mówił: „Sprawdzam!”. Gorzej, kiedy w kartach nie ma nic, jak u  Paris Hilton, spadkobierczyni znanych hotelarzy, która króluje na  światowych listach The Most Hated (najbardziej znienawidzonych).

Lepiej byłoby oczywiście, żeby ci mniej utalentowani wzięli się do sprzedaży buraka pastewnego, produkcji rajstop lub innej pożytecznej czynności. Ale to nie jest takie proste, bo marzenia uzależniają. Wtedy artysta skupia się na tyleż wkurzającym, co zwracającym uwagę rzucaniu błotem w  lepszych od siebie. Z czym bowiem innym kojarzy się naczelny smerf Maruda RP Jan Tomaszewski czy skrzywdzona przez show-biznes blogerka Sara May. To jest najgorszy rodzaj skandalistów, bo produkowana przez nich frustracja i irytacja nie jest zamierzonym efektem ( jak u  Palikota), nie ma uroku ( jak u Jacykowa), nie promuje żadnego produktu ( jak u Lady GaGa), nie niesie niczego nowego ( jak u Sex Pistols). Jest za to bardzo zauważalna i drażniąca, bo nic tak nie razi, jak pouczająca kogoś (najlepiej znanego) osoba niekompetentna i w dodatku niewyględna. Może zresztą właśnie dlatego tak skrajne emocje wzbudzali zawsze słynący z bezkompromisowego, ostrego języka jurorzy „Idola" i „Mam talent".

Posiadanie złego PR jest w cenie. Jednak rodzajów, celów, motywacji i  sposobów psucia swego wizerunku jest bez liku. W tej drodze niezwykle przydatne okazuje się poczytne pismo (najlepiej tabloid albo pikantny w  treści internetowy serwis) tudzież program telewizyjny. Oraz oczywiście naturalna bądź wyćwiczona skłonność do happeningu. I tak znienawidzonym czy choćby kontrowersyjnym można się stać na wiele sposobów. Oto niektóre:

Na goły tyłek (albo biust)
Tą drogą w Polsce na dobre pierwsza podążała Doda. Uznaje się, że przed transformacją (a czasem jeszcze w jej początkach) w Polsce nie było prawdziwej wolnorynkowej plotki, a humor podziemnej PRL w czasach informacji reglamentowanej zalicza się po prostu do sztuki. Podobnie jak biusty (na przykład Beaty Tyszkiewicz) i pośladki (Kasi Figury). Doda więc pierwsza ze swych piersi uczyniła towar, sprzedając je chętnie na  okładkach magazynów dla panów (np. „CKM") i rozpowszechniając na  płatnych filmikach w Internecie (w roli opiekuna biustu występował w  tych produkcjach Radosław Majdan), czym budziła powszechne zgorszenie osób starszych i jednocześnie zachwyty rówieśników. Po Dodzie zaczęło się „sprzedawać" wiele postaci, m.in. Ewa Sonnet i Iga Wyrwał (ta odpadła właśnie z „Tańca z gwiazdami”, z czego ucieszył się 21 września portal Pudelek, pisząc: „Cycki do domu”).

Na męczennika
Sposób ten wybierają zazwyczaj politycy. Tu opcje są dwie: można być męczennikiem międzynarodowym (najlepiej ofiarą Niemców) albo ofiarą lokalnych polityków (ojciec Rydzyk). Za okrzyk: „Biją mnie Niemcy!" Jan Maria Rokita, były polityk PO i niedoszły premier z Krakowa, zapłacił własną twarzą i walutą euro z portfela (dostał grzywnę za zaburzanie porządku w samolocie Lufthansy). Z Rokity, który niejako został zaatakowany przez niemiecką stewardesę, śmiano się na  ulicach, w programach informacyjnych i w piosenkach. Ojciec Rydzyk, szef Radia Maryja, aktywnie nienawidzi na swoich falach liberałów i  socjaldemokratów, więc automatycznie ich elektorat nienawidzi i jego. Rydzyk potrafi jednak nienawidzić również polityków z PiS, zwłaszcza jeśli akurat są przy władzy i nie dają mu: a) dotacji dla szkoły b) dotacji na odwierty. Wówczas ogłasza się męczennikiem dyktatury i  pałając niechęcią do całej już prawie Polski, wzbudza w narodzie niemal wyłącznie niskie emocje.

Na nieuprawnioną miłość
Wiele ich było w ostatnich latach. Nie tylko posłowie SLD Anita Błochowiak (która nielubiana była już za czasów „bikiniarzy i pedałów" komisji śledczej ds. Lwa Rywina) i Wojciech Pomajda (który emocji nie  wzbudzał, dopóki nie został kochankiem partyjnej koleżanki, będąc jeszcze mężem swojej żony). Opinię publiczną zbulwersowali ostatnio posłanka Jolanta Szczypińska (PiS) i ksiądz Ireneusz z Dygowa koło Słupska, których randkę uwiecznił na zdjęciach jeden z tabloidów. Szczypińska już trzeci tydzień musi się tłumaczyć ze zbyt rozanielonej miny podczas romantycznego wieczoru, a proboszcz dygowskiej parafii został odwołany z funkcji w wyniku protestów wiernych (oficjalnie po  całej sprawie sam złożył rezygnację).

Na urzędnika
Czy jest Polak, który nie znałby ze słyszenia ksywki Bufetowa? A  przecież nie wszyscy mieszkają w Warszawie. Hanna Gronkiewicz-Waltz kilkoma niepopularnymi decyzjami zniechęciła do siebie wiele osób. Wczesną wiosną 2009 r. rozdała na przykład pracownikom stołecznego ratusza 58 mln zł nagród, choć dookoła szalał już kryzys. Nic dziwnego, że w sieci strony typu Bufetowa Watch wyrastają jak grzyby po deszczu.

Sposoby wywoływania skandali i wzbudzania ogólnej niechęci można by  mnożyć. Można to robić „na pijaka" – jak Andrzej Chyra (pijany siusiał już w warszawskim metrze, a ostatnio na gdyńskim deptaku) oraz „na krezusa", jak minister spraw zagranicznych Radek Sikorski, któremu prasa wielokrotnie wytykała, że za luksusy na restauracyjnych stołach lubi płacić z kieszeni podatników. Można też wkurzać „na leszcza”. Wystarczy się nazywać Robert Leszczyński, być byłym jurorem „Idola” i w dodatku byłym dziennikarzem lewicowej „Gazety Wyborczej”, który przeniósł się do  konserwatywnego „Wprost”. Wówczas można czytać o sobie same nieprzychylne treści w miesięczniku „Aktivist”, a na Facebooku mieć grono ujemnie usposobionych znajomych, skupionych w grupie „Robert Leszczyński ssie”.

Nie ma się co roztkliwiać nad niedolą znienawidzonych „osób publicznych", bo warto sobie przypomnieć, że nie są to ludzie z  łapanki, nawet nie żołnierze z zaciągu, ale prawdziwi najemnicy. Istne „psy wojny". Każdy normalny człowiek, widząc swoje nazwisko na liście najbardziej nielubianych osób w kraju, wpadłby w depresję, zaryglował drzwi w domu i nie wychodził przez trzy lata. Ale nie oni! Oni mogą co  najwyżej pytać: „Dlaczego jestem tak nisko w rankingu?”, „Dlaczego nie  jestem wrogiem publicznym numer 1?”. Jeśli spojrzymy poza polskie podwórko, łatwo się przekonamy, że nienawidzono Micka Jaggera i  Charliego Chaplina, Muhammada Alego i Marilyn Monroe. I oczywiście prezydenta Johna Kennedy’ego.

Nienawiść wobec osób publicznych służy społecznemu katharsis i czas już najwyższy, żebyśmy się nauczyli nie  lubić ze spokojem i nie podniecać niechęcią. Ale wciąż u nas wszystko to, co nielubiane, wywołuje niezdrową ekscytację. I nic dziwnego – nie  znosimy celebrytów z pobudek emocjonalno-moralnych. Nie znosimy wąsów, poglądów czy biustów prywatnych. A przecież jeszcze 20 lat temu wszystko, co było związane z życiem osobistym polityków czy  „reprezentantów polskiej estrady", było zatajane przez cenzurę. I nie do  pomyślenia było, żeby ktoś skandalizował i wykorzystywał socjalistyczne (innych nie było) media do autopromocji. Najlepszym przykładem niech będzie kompletnie zniknięcie towarzysza Wiesława po 1970 r. Człowiek, który przez 14 lat niepodzielnie rządził krajem, medialnie wyparował. Przez 12 lat, aż do jego śmierci w 1982 r., nikt się nawet nie  zainteresował, co się z nim dzieje. Nie było o tym plotek. Robert Leszczyński Katarzyna Kozłowska
Okładka tygodnika WPROST: 40/2009
Więcej możesz przeczytać w 40/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 12
  • j.balluch@web.de IP
    Nie mogę potzeć na tuska wlaściwie to półtysk albo jak
    kto woli harcerzyk który omamia polaków i sobie z nich
    kpi.Te afery to początek końca tego niedowiarka.
    Prognostyki sławnego wizjonera Jackowskiego który
    w ubiegłym roku prognozował obecnie panujący rząd,a właściwie rozrząd-zaczynają się sprawdzać.Do końca roku to wszystko się rozleci,pozostanie po nich wspomnienie i nieco smrodu.Polacy wybiorą następnych
    złodzieji,bo kogo mogą z pośród siebie wybrać.
    • drhaus IP
      Odcuzwanie nienawiści do kogokolwiek to przejaw niedojrzałości emocjoanlnej.
      • inkwizytor IP
        Wojewódzki nie lubi Rydzyka i za to go kocham!!!
        • darek IP
          Tak Kaczyńscy ! oni powinni być na 1 miejscu !!!!
          jak widzę któregoś z nich w tv to mnie krew zalewa
          • Grzegorz IP
            Na pierwszym miejscu najbardziej znienawidzonych mediow - stawiam na WPROST