Póki mam chemię, żyję

Póki mam chemię, żyję

Dla 60 tysięcy chorych na raka brakuje leków
Cytostatyków zaczyna brakować w większości placówek onkologicznych w  kraju. Pacjenci chorzy na raka w wielu szpitalach nie dostają chemii: tak jest w Jeleniej Górze, w placówce MSWiA przy ul. Wołoskiej w  Warszawie, a nawet w największym szpitalu w kraju – warszawskim Centrum Onkologii.

Na etopozyd, jeden z popularnych cytostatyków, czeka 43-letnia Renata Kawka- -Młot, mama trzech córek. Rozmawiamy z nią w  czwartek 22 marca. – Jestem na chemii non stop od 14 miesięcy, odkąd wykryto u mnie zjadliwego raka jajnika. Dopóki mam chemię, to żyję. Jak tylko próbuję ją kończyć, następuje nawrót choroby. Powtarzam więc serie co 21 dni – mówi. – Dziś usłyszałam, że ta, którą właśnie dostałam, była prawdopodobnie moją ostatnią. Lek w hurtowniach się skończył, a  możliwości prawnych na ściągniecie innego moi lekarze nie mają. Jestem przerażona. Za trzy tygodnie powinnam dostać kolejną porcję preparatu. Co ze mną będzie?

Pani Renata jest jedną z ponad 120 tys. osób, które co  roku zapadają w Polsce na nowotwór złośliwy. Około połowa z nich musi dostać chemię, żeby przeżyć.

– Problemy zaczęły się przed Bożym Narodzeniem, a w lutym przybrały na sile – mówi dr Tomasz Sarosiek ordynator oddziału chemioterapii w NZOZ Magodent w Warszawie. – Mamy niedobór kilku podstawowych preparatów, których nie ma w hurtowniach. W  ciągu ostatniego miesiąca nie podaliśmy w związku z tym planowanej chemii kilkunastu pacjentom.

Dr Sarosiek opowiada, że walczyli o  brakujące cytostatyki. Pacjenci dostali chemię z opóźnieniem. – A  chciałem jasno powiedzieć, że czasem chemia odroczona o więcej niż  tydzień może przekreślić szansę na wyleczenie. Z kolei zmiana składu leku z zalecanego na taki, który jest dostępny, może spowodować nawrót raka. U niektórych pacjentów jednak jesteśmy zmuszeni zmieniać schematy chemioterapii, bo w przeciwnym razie by jej w ogóle nie dostali – mówi lekarz.

Podobne problemy ma inny mazowiecki niepubliczny szpital onkologiczny – w Wieliszewie. Brakuje etopozydu, bleomycyny i kilku innych farmaceutyków stosowanych do leczenia raka jajnika czy piersi.

Rzeczniczka Ministerstwa Zdrowia Agnieszka Gołąbek dziwi się, że  cytostatyków brakuje: – Wprawdzie wiemy, że ich największy dostawca w  Unii Europejskiej ma problemy produkcyjne, ale z moich informacji wynika, że te leki w Polsce są. Poza tym wydział dostępności produktów leczniczych ministerstwa jest po rozmowach z innymi firmami produkującymi cytostatyki, które wyraziły gotowość wprowadzenia do  obrotu swoich preparatów – zapewnia. Na pytanie, kiedy konkretnie pacjenci oczekujący teraz na chemię doczekają się na leki, nie potrafi udzielić odpowiedzi.

Prof. Andrzej Deptała, kierownik Kliniki Onkologii i Hematologii szpitala MSWiA w Warszawie, również potwierdza, że w placówce brakuje obecnie etopozydu, a od połowy lutego do połowy marca był problem z  równie popularnym cytostatykiem – bleomycyną, także z cisplatyną i  karboplatyną: – Zmieniliśmy w związku z tym schematy leczenia u kilku pacjentów – mówi. – Byliśmy zmuszeni wybrać leki mniej optymalne, które były dostępne w hurtowniach.

Zapasy na wyczerpaniu. Pacjenci też

Niektórzy pacjenci musieli poszukać pomocy w innych placówkach. – Proszę sobie radzić. My dziś chemii nie podamy, bo nie ma – usłyszała pani Dorota Wnuk-Jakubowska w szpitalu MSWiA, kiedy zgłosiła się na drugą z  czterech planowanych serii chemioterapii. Została przyjęta na oddział, a  po trzech godzinach wypisana. Była w szoku. Na pytanie, jak ma dokończyć leczenie, bo przecież usunięto jej złośliwego raka jajnika, lekarze rozłożyli ręce. To było miesiąc temu. Przygody miała też przed podaniem pierwszej serii kilka tygodni wcześniej. Wtedy szpital pożyczył jeden z  cytostatyków wchodzących w skład jej chemioterapii z innego szpitala. Brakowało go w hurtowniach: – Mój mąż pojechał po bleomycynę taksówką na  Szaserów – mówi.

Po odprawieniu z kwitkiem ze szpitala MSWiA trafiła do  warszawskiego Centrum Medycznego Ostrobramska NZOZ Magodent przy Fieldorfa. – Dostałam drugą serię chemii z tygodniowym opóźnieniem. Uspokoiłam się, ale nie na długo, bo przy trzeciej serii się okazało, że  i tu brakuje leku, tym razem etopozydu. Dostałam starszą wersję chemii, o innym składzie, mniej skuteczną. A typ raka, na który choruję, jest wyleczalny, pod warunkiem że przeprowadzi się chemię właściwie. Za kilka dni mam mieć następną sesję. A leków nie ma!

Koszmar przeżywa też 33-letni Wojciech Zieliński ze Śląska. Z rakiem jądra trafił do szpitala w Jeleniej Górze, gdzie wycięto mu guz. Wprawdzie były liczne przerzuty do węzłów chłonnych, jednak lekarze dawali mu 90 proc. szans na pełne wyleczenie, jeśli podda się trzem kursom chemioterapii. Już przy drugim nie było pewności, czy szpital zdobędzie pełen skład leku, bo niektórych cytostatyków nie było w hurtowniach. Zdobył. Przy trzecim zabrakło etopozydu: – Podano mi w zamian substancję bardziej toksyczną. To  niezgodne ze światowymi zaleceniami, ale nie było wyjścia – mówi. –  Ostatnio się okazało, że mimo zakończonego leczenia zaatakowane węzły chłonne nie zmniejszyły się wystarczająco. Wycięto je. Teraz czekam na  wynik od histopatologa. Z 90 proc. szans na powrót do zdrowia zostało mi może 60.

Jeden z lekarzy chemioterapeutów z warszawskiego Centrum Onkologii powiedział nam, że już miesiąc temu brakowało im bleomycyny i  wepezydu, a teraz – nie ma ifosfamidu, który na urologii stosuje się u  40 proc. pacjentów z rakiem jądra. Zostało go zaledwie dla dwóch pacjentów, co w żaden sposób nie pokryje zapotrzebowania. Chyba że dostawy leku odzyskają płynność.

Niestety nie zanosi się na to. – W całej Polsce brakuje podstawowych leków używanych w chemioterapii. Od kilku miesięcy nie ma dostaw etopozydu, bleomycyny, cisplatyny, doxorubicyny, epirubicyny, gemcytabiny, methotrexatu, fluorouracilu, cytarabiny, paclitaxelu czy oxaliplatyny – mówi Renata Borkowska-Kubiak, rzeczniczka prasowa grupy Pelion SA, do której należą hurtownie PGF Urtica. – Substancje te wchodzą w skład blisko 60 proc. kombinacji leków używanych w chemioterapii. Dostawy wstrzymał producent, firma Ebewe należąca do koncernu farmaceutycznego Sandoz.

Na odpowiedź, co się takiego wydarzyło, że leki nie znalazły się w polskich hurtowniach, czekaliśmy dwie doby. W piątek firma wydała pisemne oświadczenie, w  którym potwierdza, że „nie zapewnia dostaw wielu produktów cytostatycznych w Polsce". I wyjaśnia, że „spowodowane jest to  gwałtownie rosnącym popytem globalnym, ogólnym brakiem dostępności produktów w całej branży, jak również koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian i modernizacji procesu technologicznego w zakładzie produkcyjnym w Unterach w Austrii".

Źle i jeszcze gorzej

Większość chemioterapii w Polsce oparta jest na produktach tej firmy farmaceutycznej.

– W ciągu ostatnich miesięcy wyczerpywały się zasoby rynku i było nie najlepiej. Ale za chwilę czeka nas jeszcze poważniejszy problem – alarmuje Renata Borkowska-Kubiak.

– Nazwijmy sprawy po imieniu – dodaje dr Tomasz Sarosiek. – Jeśli ta sytuacja będzie się przeciągać i  nikt nie zareaguje, pacjenci onkologiczni w Polsce zaczną umierać.

Grażyna Godlewska, 53-letnia analityczka chemiczna, mama trojga dorosłych dzieci i babcia trojga wnucząt choruje na raka woreczka żółciowego. – Leczy się go wyłącznie chemią. Jestem na niej od pół roku i czeka mnie jeszcze drugie tyle. Dziś [21 marca – red.] przyjechałam do  Magodentu na kolejną, dziesiątą już serię. Usłyszałam, że chemii nie  dostanę, bo nie ma jednego z jej składników – cisplatyny. Moja terapia została przerwana. Mam się dowiadywać za trzy tygodnie, czy coś się zmieniło. Psychika siadła mi kompletnie, bo żyję tylko dzięki chemii –  pani Grażyna płacze. – Szpital mógłby sprowadzić dla mnie leki z  zagranicy, ale są drogie i moi lekarze złamaliby prawo, kupując leki za  cenę wyższą, niż kosztują preparaty refundowane.

Dlaczego lekarze nie  mogą kupić innych leków, po wyższych cenach, żeby ratować życie pacjentom?

– To absurd narzucony obowiązującą od 1 stycznia ustawą refundacyjną – mówi dr Tomasz Sarosiek. – Brakuje nam teraz etopozydu. Na moim oddziale kilkunastu pacjentów czeka na taką chemię. Teoretycznie moglibyśmy sprowadzić z zagranicy zamiennik, który jest dostępny w  Czechach. Tyle że jego cena jest dwunastokrotnie wyższa! Łamalibyśmy przepisy. Podsumowując: lek jest, chorzy czekają, a nowa ustawa wiąże nam ręce. Bo pieniędzy nie byłoby nam szkoda.

Szpitale skazane na fikcję

Szpitale z brakami usiłowały radzić sobie same. W ciągu ostatniego miesiąca pożyczały od siebie brakujące cytostatyki albo wymieniały się pacjentami. Proceder ten był standardem na oddziałach onkologicznych. Wszystko wskazuje jednak na to, że za chwilę preparatów może być za  mało, żeby kontynuować taką samopomoc. Rzeczniczka resortu zdrowia Agnieszka Gołąbek poinformowała nas, że minister widzi rozwiązanie w  sprowadzaniu z zagranicy niedostępnych u nas leków albo ich zamienników w trybie tzw. importu docelowego i doradza go szpitalom.

Import docelowy polega na złożeniu wniosku do resortu z prośbą o ściągnięcie leku dla  konkretnego chorego. Procedura ta jednak trwa, bo jest zbiurokratyzowana. Potrzebna jest zgoda konsultanta wojewódzkiego, prezesa NFZ, pieczątka ministra zdrowia. Pacjent czeka na leki miesiąc, a żeby powstrzymać namnażanie się komórek nowotworowych, trzeba mu je  podać natychmiast.

– Ściągaliśmy ostatnio etopozyd na import docelowy. Brakowało go na rynku miesiąc – mówi prof. Andrzej Deptała ze szpitala MSWiA. – Czekaliśmy na preparaty trzy tygodnie. Jeśli prowadzimy terapię z  intencją wyleczenia, powinniśmy działać szybciej.

Tempo realizacji takich zamówień to niejedyny problem dla pacjentów, którzy czekają na  ratowanie im życia. Okazuje się, że chcąc działać zgodnie z prawem, szpitale mogą kupować jedynie te zamienniki leków, których cena nie  przekracza wynegocjowanej przez Ministerstwo Zdrowia.

Tej procedury nie  rozumie prof. Andrzej Deptała: –Zgodnie z ustawą refundacyjną szpitale są zmuszone kupować preparat po cenie urzędowej, a nie mogą zakupić droższego odpowiednika tego samego cytostatyku, bez złamania zapisów tej ustawy – wyjaśnia. – Potrafię sobie wyobrazić, że to jest nie na rękę żadnemu producentowi.

Zdaniem prawniczki Agnieszki Deeg, specjalistki od  prawa farmaceutycznego, jak najszybciej powinny zostać przebudowane przepisy: – Z ustawą refundacyjną jest wiele problemów, ale w tym przypadku na pewno należałoby zmienić art. 8 i 9 ustawy, która nie  pozwala szpitalom kupić droższych leków, nawet gdy pilnie ich potrzebują dla ratowania zdrowia i życia ludzi – wyjaśnia. – Tzw. import docelowy nie jest żadnym rozwiązaniem. Z uwagi na skomplikowane procedury można go zastosować, gdy kilku pacjentów potrzebuje leku, a nie kilkuset czy  tysiące!

Jak nie wiadomo, o co chodzi…

Podczas gdy pacjenci mają odwoływane chemie, onkolodzy walczą o leki, ministerstwo śpi. Prawnicy resortu, którym kieruje Bartosz Arłukowicz (PO), szukają rozwiązań proceduralnych. A lekarze i farmaceuci snują domysły.

– Firmie nie opłaca się sprzedawać dłużej leków na terenie Polski, gdzie ich cena jest niższa niż w innych krajach Europy. Ceny leków rejestrowanych, negocjowane z producentami przez Ministerstwo Zdrowia na mocy ustawy refundacyjnej są sztywne i niskie – mówi jeden z  lekarzy chemioterapeutów warszawskiego Centrum Onkologii. Prosi o  zachowanie anonimowości. – Od stycznia, kiedy weszła w życie ustawa refundacyjna, na cytostatykach w Polsce nie można zrobić dobrego interesu. Najwyraźniej niektóre firmy farmaceutyczne wycofują się z  naszego rynku – dodaje nasz rozmówca.

Zdaniem Renaty Borkowskiej-Kubiak, rzeczniczki prasowej grupy Pelion SA, zawiadującej siecią hurtowni farmaceutycznych, podobnie mogą wkrótce zacząć się zachowywać także inni producenci farmaceutyków: – Informacje o tym, że wiele firm będzie chciało zrezygnować z polskiego rynku, docierały do nas jeszcze przed wejściem w życie ustawy refundacyjnej – twierdzi Borkowska-Kubiak. –  Ustawiała ona sytuację na rynku tak, że jest teraz kompletnie nieprzewidywalny.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2012
Więcej możesz przeczytać w 13/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 8
  • roha   IP
    Rząd na czele z P.Tuskiem, politycy nie umieją nic innego wymyślić, dlatego chcą podnieść wiek do emerytury, bo to najprościej!!!
    Czemu nie sprawdzą się w tworzeniu miejsc pracy dla młodych ludzi bezrobotnych? To już jest trudniejsze zadanie - tego nie potrafią. Najłatwiej jest podnieść wiek przejścia na emeryturę, po to, by bezrobotni młodzi byli dłużej \"na garnuszku\" staruszków. Wstyd dla tych co chcą poprzeć ten poroniony pomysł. Nie ma kto na polityków pracować? - to dajcie pracę odpowiednią do wykształcenia młodym, silnym, bezrobotnym. Utrzymywanie młodych ludzi przez staruszków, to jest niemoralne. Nie jest to gołosłowne moje pisanie, to są fakty. Nie wierzę, by politycy o tym nie wiedzieli. Oni udają, że nie wiedzą, bo tak wygodniej. Po prostu nie chcą pokazać, że nic mądrego nie wymyślą w kwestii zatrudnienia. Człowiek po studiach nie ma odpowiedniej pracy, adekwatnej do jego wykształcenia. Np. inżynier sprzedaje w kiosku lub kopie rowy. Zatrudnia się do prostej pracy fizycznej. Albo w ogóle nie ma pracy. Pracodawcy dają pracę na czarno, której legalnie nie ma. Jak temu zapobiec? To są tematy do rozwiązania przez rządzących. Tylko z tego co widać, chyba za trudne do podjęcia! Skoro się rwało do władzy, do rządzenia i politykowania to pokażcie teraz na co Was stać! Weźcie się za robotę, a nie za ściąganie pomysłów z Zachodu, do naszego nieprzygotowanego do tego rynku pracy. Czy jest ktoś, kto nie zgadza się ze mną w tej kwestii? - to proszę, niech się odezwie.
    • Agnieszka z Warszawy   IP
      Przy forsowaniu reformy emerytalnej jako jeden z głównych argumentów podawany jest nam nieustannie ten, że żyjemy coraz dłużej...
      Czyżby więc obecny Minister Zdrowia - na marginesie mój równolatek - otrzymał zadanie \"zredukowania problemu\" m.in. przez ustawę refundacyjną ?!!!
      To karygodne, żeby zarówno chorych na raka, jak i lekarzy chemioterapeutów stawiać przed straszliwymi dylematami... dylematami wyboru życia lub śmierci !!!
      Niech odpowiedzialni za ten karygodny stan rzeczy (przejawiający się brakiem leków dla chorych na raka) nie zapominają jednak, że nikt z nich nie jest z żelaza i stali...
      A swoją drogą... czy Pan Minister Zdrowia miałby odwagę spojrzeć w oczy chorych na raka i powiedzieć im, że nie ma dla nich leku co znaczy, że \"czas umierać\"?!
      Kochani Chorzy, z całego serca życzę Wam zwycięstwa nad rakiem i \"chorym\" systemem !!!
      PS. Wiem, co znaczy walczyć z rakiem... walczyć o życie i zdrowie ukochanej mamy...
      • Piotr   IP
        Rządzą nami nie nasi przedstawiciele ale m o r d e r c y !!! I nie jest ważne jaką partię reprezentują (PO,PIS czy inne) oni służą s o b i e !
        • offka   IP
          Wprost zaczyna wreszcie pisać o ważnych sprawach:-)
          • grazyna.1953@tlen.pl   IP
            Jest to bandytyzm i samowolka nikomu nigdy nie życzyłam żle ale dlaczego biednych ludzi dopada ta ciężka choroba, to tych bogaczy co nie mogą wyżyć za 20 000 tys zł powinno dopadać wszystko zło,nigdy syty nie zrozumiał głodnego ani zdrowy chorego,wstyd cofamy się do epoki kamienia łupanego,popierajcie PO czynem umierając przed terminem.Wszyscy chorzy na raka łączmy się bo w jedności siła.Życzę uzdrowienia dla wszystkich ludzi chorych.