Myślenie

Myślenie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Trwa bój o myślenie i o uniwersytety. Kontynuuję więc rozważania sprzed tygodnia mojej sąsiadki we „Wprost" Magdaleny Środy. Magda polemizowała ze zwolennikami upraktycznienia uniwersytetów. Wskazywała na fakt, że najlepiej przygotowany do każdej pracy jest ten, kto umie myśleć, a nie ten, kto wie. Pozwolę sobie posunąć się do sufitu i wspomnieć o cechach kultury europejskiej, spośród których najważniejszą jest myślenie. Leszek Kołakowski za szczególną cechę kultury europejskiej uważał zdolność do nieustającej samokrytyki. A to wymaga uznania, że myślenie jest najważniejsze.

Największe imperia rzymskie czy islamskie upadły, kiedy ludzie je zamieszkujący zatracili zdolność do twórczego myślenia. Inaczej: informatyk, który pisze program w zadanym celu, o lata świetlne różni się od informatyka, który wymyśla nowy program. W ostatnich dwóch dekadach pod względem wymyślania, czyli jak to się nazywa w nowomowie „innowacyjności", Europa dostarcza nieco poniżej 10 proc. światowego produktu. A europejskie (w tym polskie) wyższe uczelnie usilnie zabiegają, żeby ten procent jeszcze zmniejszyć. Oczywiście nie celowo, bo innowacyjność jest na wszystkich ustach i nie tylko z powodów finansowych, lecz także z racji zdumiewającego przestawienia się Europy na błędne tory.

Jeszcze niedawno wielcy filozofowie europejscy i wielcy pisarze, wymienię tylko Martina Heideggera i Louis-Ferdinanda Céline’a, zawzięcie krytykowali Amerykę, za mechanizację, odczłowieczenie, fordyzm, praktycyzm, pragmatyzm i niskie loty intelektualne. Mieli sporo racji, bo Ameryka rozpędu intelektualnego nabrała dopiero po II wojnie światowej nie bez udziału licznych europejskich emigrantów. Ale jak nabrała, tak do dzisiaj ten rozpęd utrzymuje. Europa natomiast jakby chciała naśladować Amerykę z czasów, które podlegały dawniej krytyce. Pragmatyzm, wdrożenia, student jako produkt gotowy do podjęcia ściśle określonej pracy. Nic dziwnego, że uniwersytety zwłaszcza, chociaż dotyczy to wszystkich uczelni i szkolnictwa, które nie ma charakteru ściśle zawodowego, przestają spełniać swoje zadanie.

A jakie to zadanie? Napisano na ten temat setki książek, ale spróbujmy je przedstawić w kilkunastu zdaniach. Najlepiej to zrobił jeden z ostatnich wielkich filozofów i zawzięty bojownik o rangę uniwersytetu (dla zainteresowanych – Michael Oakeshott), odróżniając myślenie techniczne od myślenia praktycznego. Myślenie techniczne (naturalnie niezbędne) polega na tym, że można się go zawsze nauczyć z podręcznika. Na podstawie instrukcji wiemy, jak wymienić worek w odkurzaczu, a na podstawie wiedzy technicznej inżynierowie potrafią zbudować most lub komputer. Dla mnie to czarna magia, ale w pełni doceniam ich kompetencje. Istnieje jednak myślenie praktyczne, którego tylko z podręczników nauczyć się nie można. Polega ono na tajemniczej umiejętności łączenia wiedzy, doświadczenia, inteligencji, intuicji, dobrego smaku, talentu i jeszcze innych elementów. Znajduje ono zastosowanie w kuchni – bo żadne porady nie zastąpią doświadczonego i utalentowanego kucharza, znajduje zastosowanie w uprawianiu ogrodu, bo nikt nie zastąpi osoby, która ma rękę do roślin. Znajduje ono także zastosowanie w polityce, której nie da się nauczyć z żadnego podręcznika. Dlatego też rola ekspertów zawsze będzie ograniczona. Mogą powiedzieć, że jak się do wody od razu doda soli, to się wolniej zagotuje, ale nie po co nam gotowana woda.

Myślenie praktyczne to, mówiąc wprost, myślenie jedyne, reszta jest zastosowaniem wymyślonych zasad do kolejnego „wdrożenia". A zatem to, co obserwujemy w Europie, to masowa, zorganizowana, celowa i bezsensowna ucieczka od myślenia. Dotyczy to procesu edukacyjnego od lat sześciu do trzydziestu (doktorat), dotyczy wielu dziedzin wiedzy, które chciałyby uchodzić za kopalnie myślenia technicznego, jak – przede wszystkim – ekonomia. Ekonomiści rozstają się z tym marzeniem, ale w mediach wciąż mamy ciągoty do myślenia technicznego typu: jak się podniesie wiek emerytalny, to będzie lepiej (lub gorzej). Kto się odważy powiedzieć, że jest to decyzja „na nosa", czyli ryzykowna, ale jak się zdaje, jedyna rozsądna, i że nie ma i nie będzie dowodu, że za 30 lat okaże się trafna. Jednak bez takich decyzji polityka ani życie społeczeństw nie są możliwe. Jeżeli w Europie myślenie (praktyczne) będzie się cieszyło coraz mniejszym szacunkiem, to w przeciwieństwie do Ameryki i innych krajów Europa stanie się zleceniobiorcą i wykonawcą pomysłów pochodzących skądinąd. Już się tak – i to całkiem szybko – dzieje. Już słyszymy, że europejskie uniwersytety nie są w stanie konkurować z najlepszymi amerykańskimi, a rozdział Nagród Nobla świadczy o tym dowodnie. Europa wie, że nie jest z nią najlepiej, ale wybiera na razie najgorsze możliwe wyjście, czyli bez-myślenie.

Więcej możesz przeczytać w 20/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także