Oddać piłce, co piłkarskie

Oddać piłce, co piłkarskie

Dodano:   /  Zmieniono: 5
Pokochałam EURO 2012! Dzięki niemu udało nam się wyremontować toalety na Dworcu Centralnym. Byłam tam podczas mistrzostw. Cudownie! Każda kabina ma inną fototapetę; można robić siku pod wieżą Eiffla lub w towarzystwie wielkiego tygrysa. Umywalki mają czujniki, lustra niepobite, wejście zautomatyzowane (za jedyne 2 zł). Bosko! Radzę wszystkim mieszkańcom Warszawy oraz przyjezdnym krótki spacer do tych toalet (zwłaszcza że nie wiadomo, czy ich nie zwiną po mistrzostwach). To wielki sukces narodu, rządzącej partii i jej przywódcy. Moja mama (wielka fanka futbolu) pierwszy raz w życiu dojechała do swojej ulubionej miejscowości w województwie wielkopolskim autostradą. Jest zachwycona. „I ty nie lubisz futbolu?! Zobacz, co dzięki niemu mamy” – krzyczała zła, że nie pojechałam za nią tą autostradą ani nie śledzę zmagań drużyny Smudy. Ruszyłam za to w inną stronę, na wschód, by się przekonać, że również tu, z daleka od gigantycznych stadionów i ich zgiełku, jest wielki ruch zarówno w dziedzinie patriotyzmu, alkoholu, jak i powszechnego grillowania. Orliki – duma rządu – stoją puste. Jedyne sporty, jakie uprawiają dziś obywatele, to: a) jazda po sklepach wózkami wypełnionym zgrzewkami piwa, b) zasiadanie przed telewizorami, c) łomotanie wroga (o ile się taki trafi), d) zbiorowe wzmacnianie narodowej tożsamości przez obserwację piłki. Hasło „Bóg, honor, ojczyzna” zostało uzupełnione (zastąpione?) przez „Gol, browar, stadion”. I tak oto mamy czas wielkiego, wspólnotowego szczytowania. I to naprawdę jest fascynujące.

Fascynujące są zbiorowe silne emocje gotowe do wywracania historii, tworzenia nowych pokoleń (JPII), motywujące do gargantuicznych działań. Sama to przeżyłam w sierpniu 1980, w czerwcu 1989, a nawet – do pewnego stopnia – przy śmierci papieża czy prezydenta Kaczyńskiego. Przeżycia te zawieszają zwykły czas, a codzienne zachowania czynią nieznośnymi. My, Polacy, lubimy się tak zatracić, lubimy – oj, lubimy! – popaść w zbiorowe szaleństwo. W polityce, w religii, w sporcie wreszcie. Zastanawiałam się, czy robimy to częściej i skuteczniej niż inne narody, i mam powody, by podejrzewać, że tak. Przejrzałam prasę zagraniczną podczas innych imprez sportowych podobnego kalibru. Życie i polityka nie redukowały się w innych krajach do sportowego widowiska. Toczyły się własnym rytmem. U nas wszystko jest zawieszone; wszystko w chocholim tańcu uruchomianym przez piłkę. Rząd kibicuje, kibice rządzą, opozycja z kibolami, kibole bronią honoru (o czym pisał na blogu pewien radny PiS). Nie ma prawicy, nie ma lewicy. Nie ma władzy, nie ma polityki, nie ma mediów, nie ma problemów. Nie ma nic.

Przez wiele setek lat jako dogmat traktowano w naszej kulturze przekonanie, że władza musi należeć do mężczyzn, ponieważ ci różnią się od kobiet nie tylko fizjologią, lecz także predyspozycjami psychicznymi oraz publicznymi. Mężczyźni – jak pisali uczeni kościelni i świeccy – są racjonalni, stali, rozsądni, mają zdolność myślenia abstrakcyjnego, dystans, krytycyzm oraz umiejętność bezstronnej oceny. Kobiety są natomiast irracjonalne, histeryczne, zmienne, pozbawione zdrowego rozsądku, umiejętności myślenia i zajmują się głównie drobiazgami. Jednym słowem lepiej, by kobiety pozostały w domu i zajmowały się haftowaniem i dziećmi, a mężczyźni – by przewodzili, rządzili i decydowali o sprawach ważnych dla tego świata. Kobiety – jak twierdził ojciec demokracji Jan Jakub Rousseau – są destrukcyjne i dla polityki, i dla państwa. Tylko mężczyźni mogą się zajmować sprawami publicznymi wymagającymi racjonalności, wiedzy i rozległych horyzontów… Figa z makiem pasternakiem! Albo ci uczeni (kościelni i świeccy), na których naukach wspiera się nasza kultura, nie mieli zupełnie racji, albo też racji nie mają feministki, które żalą się, że stereotypowego „pierwiastka kobiecego” jest w polityce nader mało. Jest go stanowczo za dużo (choć bez kobiet). Czas Euro ukazuje to jak w soczewce. Histeria, szaleństwo, intrygi, polowania na czarownice (czyli – podczas euro – „na ruskich”), faule i liczenie na cud – oto istota dzisiejszej polityki. Czy tylko dzisiejszej?

A ja – w tym szaleństwie – tęsknię za letniością, rozsądkiem, praworządnością, administracyjną nudą, za racjonalnością, proporcjonalnością, harmonią, dystansem, równowagą, za pluralizmem, dywersyfikacją, solidnością, obowiązkowością, polityczną powagą. Za oddaniem piłce, co piłkarskie, a obywatelom i obywatelkom, co obywatelskie.
Więcej możesz przeczytać w 25/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 5

Czytaj także