Ofiara smoleńska

Ofiara smoleńska

Chciała uchodzić za smoleńską Matkę Polkę, A stała się dla PiS pierwszą przyłapaną na smoleńskim kłamstwie.
Gabinet marszałka Sejmu, wiosna 2012 r. Ewa Kopacz rozmawia z jedną z dziennikarek. Włączony jest telewizor i akurat nadawana jest relacja z trwającej ekshumacji Przemysława Gosiewskiego. W pewnym momencie Ewa Kopacz nie wytrzymuje, zmienia temat rozmowy i wyrzuca z siebie emocjonalny potok słów na temat tego, co się działo w Moskwie. Jak wyglądały ciała, w jakich były kawałkach, jak były popalone. Już nie może rozmawiać o niczym innym.

Wyjazd do Moskwy tuż po katastrofie smoleńskiej był w karierze politycznej Ewy Kopacz wydarzeniem brzemiennym w skutki. Nie tylko zaowocował głęboką traumą, ale zapewne zaciąży na całej jej karierze. Tak sama Kopacz wspominała okoliczności tego zdarzenia w rozmowie z Teresą Torańską, opublikowanej w sierpniu 2010 r. w „Gazecie Wyborczej”:

„Po powrocie premiera ze Smoleńska spotkaliśmy się u niego w gabinecie. Pamiętam, że byli Graś, Arabski, Ostachowicz i ja. Tylko ci, którzy mogli być do czegoś przydatni w perspektywie paru następnych godzin. (…) Spotkaliśmy się więc przy okrągłym stole w gabinecie premiera. Premier Tusk przybity. Moi koledzy, twardzi faceci, siedzą ze spuszczonymi głowami, zupełnie odrętwiali. Żaden się nie odzywa. Nikt nie wie, co powiedzieć. Bo i o czym tu mówić?! Ponura cisza. I nagle wchodzi Michał Boni i mówi, że dzwonią rodziny ofiar, chcą jechać do Moskwy i pytają, czy premier może im w tym pomóc. (…) Powiedziałam, że w myśl polskiego prawa zwłoki identyfikuje rodzina. I że choć nie jest to obowiązek bliskich, jeśli tylko tego chcą, powinni tam być. Wtedy premier rzekł: wsiądą do samolotu, większość z nich nie zna rosyjskiego i będą tam w Moskwie zupełnie sami w swoim nieszczęściu. Znowu zaległa cisza. Powiedziałam: no to lecę z nimi. (…) Na to Arabski: to ja z tobą”.

Tusk traktuje Kopacz trochę tak, jak w przysłowiu: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Została kolejno szefową skłóconej mazowieckiej Platformy, ministrem w trudnym resorcie zdrowia, marszałkiem Sejmu pilnującym pozycji premiera w parlamencie. W tamtym żałobnym czasie, w połowie kwietnia 2010 r., Kopacz wydawała się idealna do moskiewskiej misji. Kobieta, lekarka, minister zdrowia – w każdej z tych ról pasowała do ponurych migawek z moskiewskich kostnic. – To nie była decyzja rządu. W ogóle się tym nie zajmowaliśmy. O jej wyjeździe do Moskwy zdecydował osobiście Tusk – potwierdza w rozmowie z „Wprost” relację Kopacz jeden z ministrów.

Obecna marszałek Sejmu bardzo rzadko wypowiadała się publicznie o wydarzeniach, które miały miejsce po 10 kwietnia 2010 r. w Moskwie, i o swojej w nich roli. Właściwie obszerniej zrobiła to tylko dwukrotnie. We wspomnianym wywiadzie i na czwartkowej, późnowieczornej konferencji w Sejmie, gdzie narzekała, że znalazła się tak mocno na cenzurowanym po raz pierwszy w swojej karierze.

Czy jednak na pewno niezasłużenie? Przecież sama podjęła decyzję o wyjeździe do Moskwy i o tym, że będzie tam nadzorować proces rozpoznawania ciał przez rodziny, mimo że wykraczało to poza jej kompetencje jako ministra zdrowia. Tym samym wzięła na siebie polityczną odpowiedzialność za wszystko, co się w Moskwie działo. Za wszystkie błędy i niedociągnięcia.

 – Myślałam, że pracując jako lekarz, widziałam już wszystko, bo często jeździłam do wypadków. Ale tam, w Moskwie, okazało się, że nie. To, co zobaczyłam, przekroczyło moje wyobrażenia – opowiadała w czwartek o swoich wrażeniach.

Nie ma za co przepraszać

Choć tzw. środowiska smoleńskie krytykowały panią marszałek już od dawna, wytykając co najmniej nieprecyzyjne wypowiedzi na temat przebiegu wydarzeń w Smoleńsku i Moskwie bezpośrednio po katastrofie, w naprawdę trudnej sytuacji znalazła się we wtorek. Tego dnia wojskowa prokuratura potwierdziła, że ciała Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej zostały zamienione. Napięcie polityczne gwałtownie wzrosło, a wszyscy tropiący nieprawidłowości w smoleńskich działaniach rządu dostali nową broń do ręki. Bo skoro błędy zostały popełnione w sprawie legendy „Solidarności”, to przecież mogą dotyczyć także innych ofiar. Tym bardziej że prokuratura zapowiedziała cztery kolejne, analogiczne ekshumacje.

Jarosław Kaczyński powtórzył swoim zwyczajem, że Kopacz powinna odejść z polskiej polityki. Inni politycy PiS też nawoływali ją głośno do dymisji. – Rozumiem, że pobyt w Moskwie mógł być emocjonalnie trudny dla pani marszałek, ale jeśli ktoś nie potrafi rozdzielić emocji od działań państwowych, nie powinien być politykiem – deklarował Adam Hofman.

Problem polega na tym, co prominentni politycy Platformy mówili nieoficjalnie, że w Moskwie Kopacz wyszła ze swojej roli i opowiadała rzeczy nieprawdziwe. – Tak, sekcje prowadzone ramię w ramię przez polskich i rosyjskich patomorfologów – mówi z przekąsem znany polityk Platformy, cytując najbardziej kontrowersyjną wypowiedź Kopacz. – Nie wiem, po co ona opowiadała takie rzeczy.

Sens jednak był. Te sygnały uspokajały Polaków, że po katastrofie władza robi wszystko, aby starannie przeprowadzić badania ciał i zaopiekować się rodzinami. A – przede wszystkim – że patrzy na ręce Rosjanom. Mówi współpracownik premiera: – Sądzę, że przy okazji Ewa budowała swoją pozycję.

Po ponad dwóch latach okazało się, że prawda wygląda inaczej, niż opowiadała pani minister. Że sekcje przeprowadzali sami Rosjanie, i to w pierwszej dobie po katastrofie. A polscy lekarze tylko pomagali przygotowywać ciała do rozpoznania. – Oceniam, że to będzie problem nawet dla naszych wyborców – mówi bliski współpracownik premiera Tuska. Jednak z miejsca zastrzega: – Włos jej z głowy nie spadnie.

Sama Ewa Kopacz swoim zachowaniem też nie poprawiała sytuacji. Pytana jeszcze w środę, czy jest gotowa przeprosić za zaistniałą sytuację, powiedziała, że nie ma problemu ze słowem „przepraszam”, ale dodała, że... nie ma za co przepraszać. – Tam starałam się robić wszystko, tak jak umiałam najlepiej. Z całym sercem i wysiłkiem fizycznym, jaki potrafiłam z siebie wykrzesać. Jeżeli to wymaga przeprosin, to zostawiam to do państwa oceny – oświadczyła.

Dopiero czwartkowa debata sejmowa sprawiła, że sytuacja pani marszałek się nieco poprawiła. Słowo „przepraszam” wypowiedział premier Donald Tusk, a prokurator generalny Andrzej Seremet ujawnił ze szczegółami, jak doszło do zamiany zwłok Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej- -Przyjałkowskiej. Z jego wystąpienia wynikało, że powodem było po prostu błędne rozpoznanie ich przez rodziny.
Nie tylko błędy rodzin

Wystąpienie Seremeta na chwilę nakłuło polityczny balon wokół ekshumacji. Jednak pytania wobec roli Ewy Kopacz w Moskwie oraz jej późniejszych wypowiedzi pozostały aktualne. Tym bardziej że Janusz Walentynowicz po raz kolejny zapewnił, że w grobie matki leżała inna osoba niż rozpoznana przez niego w Moskwie (choć przeczyły temu przywołane przez Seremeta zeznania Walentynowicza ze śledztwa). Z kolei rodzina Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej przyznała, że w Moskwie miała wątpliwości co do tożsamości krewnej i poprosiła o wykonanie dodatkowych badań DNA. Po czym miała uzyskać zapewnienie, że takie badania zostały przeprowadzone i potwierdziły tożsamość wskazanej osoby…

To pozwalało postawić pytanie, dlaczego niemal wszystkich ciał nie przebadano od razu genetycznie i głównie na tej podstawie nie określono ich tożsamości. 12 kwietnia 2010 r. Ewa Kopacz mówiła w Moskwie, że bez problemu można rozpoznać tylko 14 osób. Tymczasem na czwartkowej konferencji prasowej przyznała, że aż 74 ciała zostały rozpoznane przez rodziny, a tylko w przypadku 21 tożsamość określono na podstawie badań DNA. To były te ciała, które wróciły do Warszawy ostatnim transportem 23 kwietnia 2010 r., już po pogrzebie pary prezydenckiej.

W dodatku z niedawnej wypowiedzi wojskowego prokuratora Ireneusza Szeląga wynikało, że w przypadku sześciu zamienionych ciał, których dotyczyć będą ekshumacje, tylko w jednym przypadku błąd wynikał ze złego rozpoznania przez rodziny. Dwie pozostałe pary miały zostać zamienione w efekcie błędu polskiego urzędnika oraz błędu Rosjan. A to już w jakimś stopniu obciąża odpowiedzialnością byłą minister zdrowia.

Obciąża ją też zagadkowa zmiana sejmowego stenogramu z 29 kwietnia 2010 r. W debacie tamtego dnia Ewa Kopacz wypowiedziała słynne zdanie o przekopywaniu ziemi smoleńskiej na głębokość jednego metra: „Najmniejszy skrawek, który został przebadany, najmniejszy szczątek, który został znaleziony na miejscu katastrofy, wtedy kiedy przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku, na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny, każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie”.

Tymczasem w stenogramie z tamtego posiedzenia wypowiedź pani minister zdrowia ma zupełnie inny sens: „Gdy znaleziono najmniejszy szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością ziemię na głębokości ponad 1 metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny. Każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie”.

W czwartek Ewa Kopacz przekonywała, że nie ingerowała na żadnym etapie w treść stenogramu. Ale zapewniła, że poprosiła o przywrócenie w stenogramie oryginalnego brzmienia jej wypowiedzi.

Mogę znów być lekarzem

Wiele emocji budziła też sprawa domniemanego zakazu otwierania trumien. Zdaniem niektórych rodzin ofiar słowa o tym zakazie padały w Moskwie zarówno z ust pani marszałek, jak i towarzyszącego jej szefa kancelarii premiera Tomasza Arabskiego. Sama Kopacz nie pamiętała, by o tym mówiła.

Tymczasem zakaz otwierania trumien – jak relacjonował w czwartek w Sejmie minister sprawiedliwości Jarosław Gowin – wynikał z obowiązujących w Polsce przepisów sanitarnych. Niemniej można było je otworzyć, jeśli oględziny zwłok zarządziłby prokurator. Tyle że w przypadku ofiar katastrofy smoleńskiej nie było wniosków rodzin do prokuratury. Bo nikt rodzinom nie powiedział, że istnieje taka możliwość…

Dziś Kopacz jest sobą: histerycznie reaguje na wyciągane z pamiętliwych archiwów wypowiedzi z Moskwy. Denerwuje się, kręci, ucieka od odpowiedzi. A w finale – swoim zwyczajem – po pomoc udaje się do Tuska. To stały scenariusz ich relacji. Kopacz to histeryczka, potrafiła wydzwaniać do Tuska przebywającego z ważną zagraniczną wizytą, gdy ludzie Schetyny pozbawili ją stanowiska szefowej mazowieckiej Platformy.

– Mam świetną pracę, jestem lekarzem, nie muszę być politykiem. Nie przywiązuję się ani do stanowisk, ani do tytułów – powiedziała pani marszałek, pytana o swoją ewentualną dymisję za niedociągnięcia przy ekshumacjach. Ale wszystko wskazuje na to, że pacjenci będą musieli jeszcze na nią poczekać. Bo Donald Tusk podczas czwartkowej debaty bronił jej bardzo zdecydowanie. I to on musiał wziąć na siebie ciężar starcia z opozycją, bo pani marszałek – do której było najwięcej zastrzeżeń – nie była na to gotowa.

Zdawała się mówić: to nie ja byłam tamtą Ewą.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2012
Więcej możesz przeczytać w 40/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 8
  • loginNr1   IP
    Kopacz kłamie na każdym kroku. I żałosne jest to, że Tusk wywindował ją nie wiadomo za co. I teraz, gdyby się Komorowskiemu coś \"przydarzyło\" zostanie \"panią prezydent\"? To by dopiero było żałosne.
    • kop   IP
      Komentarz zapisany ale nie pokazany ?.Tylko pochlebne PO są pokazywane? z godz.13,45
      • kop   IP
        Tak zakłamanej osoby jak Kopacz to jeszcze chyba nie było.zachowuje się jak przekupka na targu ,gada , gada bzdury a potem dopiero myśli.Ale dobrze na tym wychodzi ,z bardzo marnego i nieudolnego ministra awansował ją Tusk na marszałka sejmu,spłaca webec niej jakiś dług?. To wstyd,ale takie są standardy w PO.
        • ciekawski   IP
          Nie jest bez winy. Trzeba było sprawdzać, pilnować, słuchać i mówić jedynie to czego jest się pewnym na 100%. A jak była ministrem zdrowia to też nie sprawdzała i nie pilnowała, choćby sprawek w NFZ gdzie działo się i dzieje nadal wiele skandali. Ciekawe czemu wielkie gazety nie piszą o tym? Układy? Poczytajcie nomimos pl , a sami zobaczycie
          • Andrzej   IP
            To się jeszcze PiS-owi czkawką odbije, ten Smoleńsk.