Palikot: Kaczyński do psychologa, Tusk do dymisji

Palikot: Kaczyński do psychologa, Tusk do dymisji

Dodano:   /  Zmieniono: 16
Janusz Palikot (fot. Aleksander Majdanski/Newspix.pl) / Źródło: Newspix.pl
- Polska polityka jest rozpięta między kompletnym szaleństwem Kaczyńskiego i całkowitą nieporadnością Tuska – twierdzi Janusz Palikot odnosząc się do przemówień premiera i lidera PiS w sprawie publikacji "Rzeczpospolitej" dotyczącej wykrycia śladów trotylu i nitrogliceryny na wraku Tu-154M.
- Po tym, co Kaczyński powiedział dziś na temat mordu politycznego, na temat zbrodni stulecia, to albo powinien się nim zająć prokurator i go po prostu aresztować, jako człowieka, który pomawia najważniejsze organy państwa. Albo powinien się nim zająć psycholog, wychodząc z założenia, że Kaczyński jest człowiekiem niepoczytalnym, który nie wie po prostu co mówi. Nie można tolerować tego typu języka - uważa poseł.

Jego zdaniem jednak, przedstawiciele rządu również zachowali się źle. - Taka polityka komunikacyjna, kiedy przez cały dzień premier, rzecznik rządu, minister Nowak nie mają nic do powiedzenia, a potem się okazuje, że w ogóle nie ma żadnej sprawy i że oni o tym wiedzieli. Dlaczego tego od razu nie powiedzieli? - pyta Palikot. - To wszystko sprawia wrażenie ściemy - podkreśla i dodaje: "Tusk powinien podać się do dymisji.

Były poseł PO komentuje również oświadczenie "Rzeczpospolitej", w którym redakcja odnosi się do wyjaśnień Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która stwierdziła, że nie znaleziono śladów trotylu i nitrogliceryny na wraku tupolewa. - Tej kompromitacji nie da się skwitować zwykłym powiedzeniem "przepraszam, pomyliliśmy się". Jeżeli oczekujemy konsekwencji od polityków, to w tej sprawie powinny być konsekwencje wobec redaktora naczelnego i jego ekipy. Nie można pisać kompletnej bzdury w takim tonie, w takim charakterze - zaznacza Palikot.

Oświadczenie "Rzeczpospolitej"

"Pomyliliśmy się pisząc dziś  o trotylu i nitroglicerynie. To mogły być te składniki, ale nie musiały. Aby ostatecznie przekonać się, czy to materiały wybuchowe, okazuje się, że potrzeba aż pół roku badań laboratoryjnych. Dopiero wtedy, czyli ponad trzy lata po katastrofie, mamy dowiedzieć się, czy doszło do eksplozji, czy nie" - czytamy w oświadczeniu redakcji.

Redakcja dziennika pyta, dlaczego - jeśli chodzi tylko o cząstki zjonizowane - prokuratura i rząd nie powiadomili opinii publicznej? "Co w tej informacji było tak tajemniczego?" - pyta "Rz". Gazeta chce też wiedzieć, dlaczego prokuratura nie dodała, że z Moskwy przywieziono jedynie odczyty a nie próbki materiałów. Czy teraz - pyta "Rz" - badania będą polegały na sprawdzaniu odczytów, czy znowu na czekaniu na wyniki badań prowadzących w Moskwie?

"Dlaczego wreszcie  prokuratura czekała z podaniem tych informacji do 13.30, w pocie czoła wypracowując staranie swoje stanowisko. Dlaczego dopiero teraz zbadano samolot nowoczesnym sprzętem pirotechnicznym, Rosjanie nie pozwalali, nie było ku temu woli politycznej? Dlaczego wcześniejsze  badania ekspertów uznano za nie wystarczające?" - pyta "Rzeczpospolita" dodając, że na to pytanie prokurator również nie miał jednoznacznej odpowiedzi.

"Teorie o wybuchu na pokładzie bezzasadne"

"Wiemy natomiast, że na wraku odkryto coś, co może być śladem materiałów wybuchowych. To jest pewne" - napisała redakcja "Rz". Jak dodała, nie dowiemy się szybko, czy tak było. Redakcja "Rz" dodała, iż jej zdaniem, sprawdzenie tej informacji powinno być teraz priorytetem komisji, prokuratury i rządu.

"Pisząc to jeszcze raz podkreślamy,  że bezzasadne pozostają teorie o prawdopodobnym wybuchu na pokładzie, ale też w kontekście mnożących się teorii spiskowych, niezrozumiała jest zwłoka i chomikowanie tak ważnych informacji. Które bez naszej publikacji pewnie przez wiele jeszcze miesięcy nie zostałyby ujawnione" - kończy swoje oświadczenie redakcja "Rzeczpospolitej".

Zmiana oświadczenia

Kilka godzin później z oświadczenia redakcji "Rzeczpospolitej" zniknęły słowa o pomyłce. Na stronie dziennika pojawiło się za to wideo, na którym redaktor naczelny gazety Tomasz Wróblewski stwierdził, że "to co było przesłaniem naszej publikacji - że śledztwo się ciągnie i że tak ciężko przychodzi wyeliminowanie tezy o zamachu - pozostaje problemem".

"Materiały wybuchowe we wraku"

Według wcześniejszych informacji "Rzeczpospolitej" polscy prokuratorzy i biegli badający wrak Tu-154M w Rosji odkryli na nim ślady trotylu i nitrogliceryny. Wyniki ich ekspertyz od kilkunastu dni ma znać prokurator generalny Andrzej Seremet. Polscy biegli pojechali do Rosji ponieważ ich zastrzeżenia wzbudziła rosyjska ekspertyza pirotechniczna, której nie chcieli podpisać bez ponownego przebadania wraku. Prokuratorzy tłumaczyli, że eksperci z Polski mieli wcześniej do dyspozycji zbyt małą liczbę próbek, by wykluczyć obecność materiałów wybuchowych.

Pierwsze badanie na obecność materiałów wybuchowych dało wynik pozytywny - na 30 fotelach lotniczych znajdują się ślady trotylu oraz nitrogliceryny. Substancje te znaleziono również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem. Ich ilość była bardzo duża. Ślady obecności materiałów wybuchowych nosiły również nowo znalezione elementy samolotu - pisała "Rz".

Prokuratura wojskowa zaprzecza

Płk Ireneusz Szeląg z Naczelnej Prokuratury Wojskowej zaprzeczył doniesieniom "Rzeczpospolitej" jakoby biegli i prokuratorzy stwierdzili obecność trotylu i nitrogliceryny na wraku Tu-154M. - Nie jest prawdą, że na elementach Tupolewa znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny - podkreślił płk Szeląg. Prokurator zaznaczył, że wnioski z działań śledczych w Smoleńsku, jakie przedstawił autor artykułu w "Rzeczpospolitej", może "sformułować jedynie laik".

Szeląg dodał też, iż nie mówił, że na miejscu nie było trotylu lecz tylko że nie stwierdzono jego obecności.

mp, zew, "Rzeczpospolita", TVN 24

 16

Czytaj także