Słowo "Internet" miało magiczną moc. Inwestorzy irracjonalnie wierzyli w jego siłę. Wystarczyło przedstawić choćby najbardziej kosmiczny biznesplan, zakładający prowadzenie działalności w Internecie, a ludzie z pieniędzmi licytowali się, kto z nich wyłoży grubsze miliony. Powstawały domy mediowe specjalizujące się wyłącznie w sprzedawaniu cyberreklam.
Sielanka trwał do końca 2000 roku. Wtedy zaczęły się kończyć pieniądze na rozruch firm internetowych. Szybko okazało się, że "nowa gospodarka" rządzi się prawami starej ekonomi. Cyberprzedsiębiorstwa padały jedno po drugim. Trwała żałoba po niespełnionych marzeniach. Inwestorzy na słowo "sieć" reagowali alergicznie.
Tymczasem dobre projekty internetowe (e-bay, yahoo, w Polsce - allegro) przynoszą zyski. Większe - im lepiej rozwinięta jest infrastruktura. O ile uda się pogodzić reguły starej (i niezmiennej) ekonomii, "starej" teorii reklamy i marketingu z nowym narzedziem skutki okazują się pozytywne. Roh Moo-hyun to pierwszy prezydent z internetu, za nim z pewnością pójdą następni.
Pogłoski, jakoby reklama internetowa była nieskuteczna, okazały się przesadzone. Głupia reklama zawsze jest nieskuteczna, mądra i sprytna: skuteczna - niezależnie od tego jakie nośniki informacji wykorzystuje.
Sukces koreańskiego polityka udowodnił przy tym, że sieć nie jest żadnym magicznym medium. Jak radio, telewizja, czy telefonia komórkowa rządzi się swoimi specyficznymi prawami. Nie wystarczą irytujące internautów banery czy reklamy typu pop up. Sklep nie zwiększy swych obrotów tylko dlatego, że nazywa się "internetowy". Trzeba ruszyć głową. Przyszły koreański prezydent wiedział o tym i dlatego wygrał. Internet jest potężną siłą dla tych, którzy zamiast demonizowania go potrafią z niego korzystać. Nadchodzi czas, gdy w cyberprzestrzeni znów da się zarabiać. Z tą tylko różnicą, że tym razem będą to prawdziwe, a nie wirtualne pieniądze.
Mariusz Kowalczyk