List ukraińskich intelektualistów to próba wyciągnięcia dłoni w naszą stronę. Nie powinniśmy jej odtrącać.
Kwestii Wołynia wolą nie poruszać we wspólnych kontaktach nawet dobrzy znajomi mieszkający po obu stronach granicy. To temat tabu. Tu jakby wciąż jeszcze nie zamknięto trumien z zakłutymi widłami mieszkańcami polskich wsi, wciąż jakby tliły się zgliszcza stodół, do których ich gnano i w których żywcem palono. "Zbrodniarze z AK robili to samo. Poza tym podczas akcji Wisła nie pozostaliście nam dłużni" - słyszymy od Ukraińców. Dotychczas łatwiej rozmawiało się z Rosjanami o Katyniu niż z Ukraińcami o Wołyniu.
Po obu stronach Bugu znajdą się tacy, którzy potępią gest ukraińskich intelektualistów. Polacy mogą odrzucić gest jako niewystarczający, ukraińscy nacjonaliści już jutro nazwą swoich rodaków, autorów listu zdrajcami, tak jak towarzysz Wiesław nazywał polski Episkopat, gdy ten zwrócił się do Niemców słowami "przebaczamy i prosimy o przebaczenie".
Tym bardziej powinniśmy docenić odwagę autorów listu. Nie zagoi on ran i nie wymaże wspomnień, które dziadkowie w obu językach opowiadają swoim wnuczkom. W końcu jednak zaczniemy rozmawiać. Bo jeżeli nie zgoda, to co?
Piotr Macedoński