Drugie życie „Second Life”

Drugie życie „Second Life”

Cyfrowy świat „Second Life” staje na nogi. Dzięki Oculus Rift – okularom 3D, które sprowadzą głębię wirtualnego świata do twojego domu.

Nakładany na głowę zestaw Oculus Rift tygodnik „Time” uznał za kandydata do tytułu wynalazku roku 2013. Z pozoru urządzenie przypomina zwykłe okulary wirtualnej rzeczywistości, ale technologicznie jest milowym krokiem naprzód. Tradycyjne okulary 3D dawały pewne wrażenie trójwymiarowości, jednak poczucie odseparowania od świata przedstawionego na monitorze wcale nie znikało – użytkownik mógł widzieć krawędzie ekranu i odczuwał jego płaskość. Dlatego entuzjazm wobec zwykłych okularów 3D ostatnio przycichł – ludzie po prostu nie chcą kupować za tysiące dolarów niedoskonałego sprzętu.

Oculus Rift zamiast jednego ekranu ma dwa, które zapewniają wrażenie głębi. Wyświetlacze LCD działają bez opóźnień, nie dają wrażenia „szklistości”, a poczucie odseparowania od wirtualnego świata znika. Po części ze względu na zamontowany w okularach żyroskop, który wykrywa ruchy głowy, umożliwiając rozglądanie się w prawo, lewo, dół i górę bez opóźnień obrazu w stosunku do ruchu. Urządzenie kosztuje zaledwie 300 dolarów (ok. 900 zł), a będzie jeszcze tańsze. Nic dziwnego, że pierwsze egzemplarze okularów rozchodzą się jak świeże bułeczki. – Jeśli tylko będziemy mieć wystarczającą liczbę czujników, stworzymy wrażenie realnej obecności w wirtualnym świecie – zapewnia właściciel firmy Linden Labs Philip Rosedale, który w 2003 r. stworzył „Second Life”, czyli alternatywny świat w internecie.

Ucieczka do przodu

– Zatarliśmy granice między światem materialnym a cyfrowym, tworząc nową przestrzeń istnienia – chwalił się przed dziesięcioma laty Rosedale. Wystarczyło się podłączyć do internetu, ściągnąć program, wybrać kolor włosów i posturę awatara, aby uzyskać dostęp do wirtualnych miast, plaż, dyskotek czy galerii. Każda napotkana w „Second Life” osoba to prawdziwy człowiek podłączony do komputera. „Bussinessweek” poświęcił wtedy „Second Life” okładkę, BBC najlepszy czas antenowy, a HBO film dokumentalny. Wszystkie media nazywały użytkowników graczami, choć w „Second Life” nie trzeba nic wygrać.

W „Second Life” zadaniem jest po prostu być. I żyć. Tak jak w życiu możesz kupić awatarowi nowe ubrania czy zainwestować w nowy lokal. Możesz nawet zmienić części ciała na ładniejsze lub doskonalsze. Za wszystko płacisz linden dolarami, wirtualnąwalutą, którą można wymienić na prawdziwe dolary amerykańskie. „Second Life” wciąż istnieje, chociaż już dwukrotnie tarapaty finansowe przygniatały firmę. Pierwszy raz w 2006 r., kiedy deweloperzy ogłosili, że mają tylko 165 tys. aktywnych użytkowników. Wtedy też Rosedale oznajmił, że „firma jest bliska opłacalności”. Na szczęście pojawił się Jeff Bezos, twórca sklepu internetowego Amazon, i nie dał pączkującemu światu zginąć. Razem z kolegami wyłożył na jego rozwój 11 mln dolarów (prawdziwych). Zastrzyk gotówki pozwolił „Second Life” stanąć na nogi i wprowadzić komunikację głosową, ograniczenia wieku – np. w klubach nocnych – oraz realistyczne warunki pogodowe. Dzięki temu świat po raz kolejny usłyszał o projekcie: Szwedzi otworzyli tam swoją ambasadę, Toyota organizowała pokazy samochodów, a CNN uruchomiło centrum informacyjne. Punkt informacyjny miał tu sztab wyborczy Obamy. W „Drugim życiu” zaistnieli też Polacy – agitował np. Grzegorz Napieralski – a polskie miasta, takie jak Wrocław czy Kraków, przeniosły tu swoje zabytki, aby przyciągnąć turystów. W końcu przecież po wirtualnej wizycie w Krakowie może przyjść chrapka na wizytę fizyczną. Głośno było też o Anshe Chung, która zarobiła milion linden dolarów, projektując wirtualne nieruchomości. W przeliczeniu to zaledwie 3,7 tys. prawdziwych dolarów, ale możliwość zarabiania w nierealnym świecie to już coś.

Drugi kryzys dla Linden Labs nadszedł w 2010 r., gdy się okazało, że ponad połowa użytkowników od dawna się nie loguje w wirtualnym świecie. Tym razem właśnie Oculus Rift ma przywrócić zainteresowanie „Second Life”. Oby się udało. Stawką jest w końcu istnienie całego świata.

Chodzisz i patrzysz

Oculus Rift jest więc jednym z prezentów dla użytkowników na dziesiąte urodziny „Second Life”. Linden Labs uruchomił też nowy silnik graficzny, a twórcy projektu rozpoczęli sprzężanie wirtualnego świata z niesamowitymi trójwymiarowymi okularami. Fani „Second Life” spekulują, że kolejnym prezentem będzie okrągła bieżnia Virtuix Omni o średnicy około 1 m – w sam raz do postawienia obok biurka. Wielokierunkowa bieżnia umożliwi stawianie w świecie „Second Life” prawdziwych kroków. W efekcie przechodząc z punktu od A do B, spalimy trochę kalorii. Ten podarek sfinansowali sami fani. Zbiórka na projekt ruszyła w czerwcu na portalu Kickstarter. W ciągu dwóch dni twórcy zebrali 150 tys. dolarów, które wystarczą do komercjalizacji urządzenia. Wkrótce suma urosła do 1,1 mln dolarów. Podstawową wersję bieżni razem ze specjalnymi butami będzie można kupić w 2014 r. za 1 tys. zł. NASA już teraz wykorzystuje Oculus Rift w połączeniu z bieżnią Virtuix Omni do organizowania wirtualnych przechadzek po powierzchni Marsa. Ludziom się to podoba. Dlatego zaktualizowane „Second Life” ma szansę na sukces, a Linden Labs znowu może uniknąć bankructwa.

Sokrates z Internetu

– Choć to świat elektroniczny, jest realny – twierdzi prof. Michał Ostrowicki, wykładowca Instytutu Filozofii UJ, znany w „Second Life” jako Sidey Myoo. – Dla człowieka realność to nie tylko możliwość przeżycia, ale też życia. To potrzeba relacji z innymi. Dopiero w „Second Life” osoby niepełnosprawne czy nieśmiałe zaznają prawdziwego życia. Wolni od ograniczeń mogą się udać na medytację do klasztoru czy zaprzyjaźnić z ludźmi. Ostrowicki podpisuje pseudonimem Sidey Myoo także swoje prawdziwe publikacje naukowe. W wirtualnym świecie prowadzi też zajęcia ze studentami – mogą się zapisać na kurs, jeśli mają awatara w „Second Life”. Wykłady są otwarte i odbywają się w przestrzeni stylizowanej na grecki amfiteatr, w którym stoi ekran na multimedialne prezentacje. Według Ostrowickiego edukacja w wirtualnym świecie jest często ciekawsza, bo umysł człowieka pracuje tu nieco inaczej. – Wykłady prowadzę głosowo – mówi profesor. – A studenci zjawiają się na nich pod postacią ludzi, wampirów, a nawet żywych przedmiotów. Czasami wpada dyrektor instytutu pod postacią kota Behemota.

– Dwa lata temu znajoma wpadła na pomysł, żeby w „Second Life” zorganizować wernisaż moich prac – opowiada Agata Dębicka, krakowska artystka. – Wcześniej nie miałam z nim styczności, więc byłam trochę przerażona osobliwością przedsięwzięcia. Po zalogowaniu przeniosłam się do wirtualnej galerii, gdzie różni ludzie przyglądali się moim pracom. Mogłam z nimi rozmawiać przez czat lub głosowo.

Agata czuła się prawie tak samo jak podczas zwykłego spotkania autorskiego. – Ludzie zadawali te same pytania: o co chodzi w pracach, skąd biorę pomysły? Krążyli, przystawali, rozmawiali. Odpowiada mi taka forma kontaktu, bo jestem dość nieśmiała, a w „Second Life” mam zarówno kontakt bezpośredni, jak i pewien rodzaj prywatności. W końcu tam, w środku jestem obecna tylko poprzez reprezentację. Czy czeka nas więc przyszłość rodem z filmu „Surogaci”, w którym po ulicach chodziły androidy, bo ludzie opuszczali komputerowy świat tylko w drodze do lodówki lub toalety? – Badania z psychologii pokazują, że potrafimy stworzyć doskonałe poczucie więzi z awatarem – mówi prof. Ostrowicki. Być może jest to jakaś recepta na globalne przeludnienie. ■

Okładka tygodnika WPROST: 48/2013
Więcej możesz przeczytać w 48/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Panna Migotka IP
    Szkoda, że tak mało pisze się o osobowości osób, które całymi dniami przesiadują przy komputerze i tam realizują swoje pragnienia. W końcu tam można być podrywanym, pożądanym, a jak się da komuś oszukać lub związek w realu nie wyjdzie, to wtedy łapie się innych facetów na litość i koleżanki na współczucie. Część osób tam przesiadujących to ludzie, którzy nie potrafią żyć w normalnym świecie. O zagłodzonym dziecku przez rodziców - użytkowników SL chyba każdy słyszał.