Persona grata

Persona grata

Kilka dni temu był bliski politycznej śmierci, teraz wraca z przytupem. Grzegorz Schetyna – największy wygrany nowego politycznego rozdania.

Miał już nie żyć, miało być po nim. On, świetny organizator, pasuje na wiele stanowisk. Ale szef dyplomacji? Człowiek, który klepał pod władnych w tył głowy i protekcjonalnie dawał im pstryczki w ucho, ma być następcą Krzysztofa Skubiszewskiego i Stefana Mellera? Jak to się stało, że Schetyna wraca i będzie pierwszym dyplomatą RP?

BO NIE CHCIAŁEŚ LONDYŃCZYKA!

– Ewa Kopacz miała dwa wyjścia: zabić Schetynę albo wciągnąć go do rządu. Na pierwsze rozwiązanie nie miała siły, chociaż namawiał ją do niego Donald Tusk. Ostatecznie wzięła więc Grzegorza, kupując sobie rok czasu spokoju w partii – opowiada polityk Platformy. Okazja nadarzyła się po tym, jak prezydent skrytykował kandydata na szefa MSZ, Jacka Rostowskiego. Otwarcie stwierdził, że były minister finansów nie ma odpowiednich kompetencji. – To nie był jakiś wielki plan Komorowskiego, tylko jej decyzja, trochę na złość Bronkowi: Nie chcesz londyńczyka, bywalca salonów władającego kilkoma językami, to weź sobie swojego ulubieńca Scheta! – potwierdza współpracownik Schetyny.

KURS JĘZYKOWY Z DONALDEM

Decydująca rozmowa Kopacz-Schetyna odbyła się w czwartek, na dzień przed prezentacją nowego składu rządu. – Dlaczego akurat MSZ? Schetyna nadaje się na wiele funkcji, ale akurat na tę chyba najmniej? – pytamy współpracownika przyszłej premier. – MSW przecież nie mogliśmy mu zaproponować. Nie jesteśmy samobójcami. Służby w rękach Grzegorza to zbyt wielkie ryzyko. Superresort, czyli Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, to z kolei dzielenie kasy. Tym bardziej nie mogliśmy mu tego oddać, żeby się nie zbudował. A w MSZ może mu się noga sama poślizgnie – uśmiecha się współpracownik Kopacz. – Ale przecież to właśnie Ministerstwo Spraw Zagranicznych buduje silną pozycję polityków! – zauważamy.

– Zwykle tak, ale są wyjątki. I to może być właśnie taki wyjątek – nasz rozmówca wypowiada te słowa z satysfakcją. I tłumaczy, że chodzi mu m.in. o nieznajomość języków obcych i niechęć do polityki zagranicznej. – Jak pan sobie poradzi z angielskim? – pyta Schetynę reporter po prezentacji rządu. – Pan mi w tym pomoże– rzuca z miną zabójcy Schetyna. – Grzesiek mówi po angielsku, nie ma kompleksów – bronią go polityczni przyjaciele i podają przykłady spotkań, podczas których Schetyna rozmawiał prostym, acz swobodnym angielskim. Wszyscy jednak przyznają, że przyszłemu szefowi dyplomacji przydałby się intensywny kurs językowy. – Żeby było taniej, można by ich razem z Donaldem wysłać do Londynu. Siedzieliby i prowadzili dialogi po angielsku. Grzesiek pytałby: „Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego chciałeś mnie politycznie zniszczyć?”. Donald odpowiadałby: „A jakie to ma znaczenie? Ty jesteś teraz szefem MSZ, a ja królem Europy!” – śmieje się współpracownik Schetyny.

KOSZYKARZE Z LITWY

Schetyna nigdy nie krył, że sprawy zagraniczne i dyplomacja to nie jego działka. W politycznej układance 2011 r. został wypchnięty przez Tuska z fotela marszałka Sejmu i uznany za persona non grata w otoczeniu szefa rządu. Pańskim gestem Tusk zdecydował, że Schetyna będzie kierował sejmową komisją. Którą? Tu szef rządu wyrażał lekceważące désintéressement. Schetyna wziął więc Komisję Spraw Zagranicznych, uznawaną za ważną, najbardziej prestiżową w polskim parlamencie. Tyle że do spraw zagranicznych nie miał serca. Gdy reporterzy wypytywali go o kwestie zagraniczne, stosował zgrabną strategię. – To do Andrzeja Halickiego. Jego zapytajcie – odsyłał do swojego stronnika.

Na początku 2012 r. dziennikarze „Rzeczpospolitej” zrobili mu mały test z kompetencji. Pytali, czy może powiedzieć, jak nazywa się minister spraw zagranicznych Litwy? Schetyna niezrażony mówił, że nie wie, ale może wymienić cały skład reprezentacji Litwy w koszykówce. Było widać, że Komisja Spraw Zagranicznych jest jedynie miejscem na przeczekanie i chodzi o powrót do gry w krajowej polityce. Schetyna tego nie krył. Jeden z autorów tego tekstu w 2012 r. pytał go o objęcie nietypowej dla niego funkcji przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych: „Chce pan zmienić branżę: komisja, ważna ambasada, potem posada szefa dyplomacji?”. Wtedy jednak Schetyna dystansował się od dyplomatycznej ścieżki kariery: – Polityk, który ma doświadczenie wielu kadencji, musi być gotowy do wszelkich wyzwań, ale nie zamierzam zmieniać branży.

NIECHĘĆ Z SIKORSKIM

Na nowym stanowisku na pewno nie będzie miał łatwego zadania. Widać, że ma przeciw sobie Radka Sikorskiego, który przez siedem lat kierował dyplomacją. Niechęć między nimi nie trwa od wczoraj. Marzec 2010 r. Kulminacja prawyborów wewnątrz Platformy, w których ścierają się Sikorski i Komorowski. Do dolnośląskiego biura PO dzwonią sztabowcy szefa dyplomacji: „Chcieliśmy, aby lokalne struktury zorganizowały nam takie samo spotkanie z dołami PO, jak to, które miał Bronek”.

Postulat był zrozumiały: na spotkanie z Komorowskim zarezerwowano dużą salę w pięknej kamienicy. Przygotowano dekoracje. Sikorski liczył, że zostanie potraktowany podobnie. Nie został. Jego spotkanie z lokalnymi działaczami odbyło się w ciasnej sali w siedzibie partii przy Oławskiej. – Później dowiedzieliśmy się, że i tak mieliśmy szczęście, bo Schetyna najpierw stwierdził, że nie ma mowy o spotkaniu z Radkiem. Potem łaskawie powiedział, że może się odbyć, ale maksimum to salka w biurze – opowiada współpracownik Sikorskiego. Taką samą wersję można usłyszeć w dolnośląskiej PO.

Wyrazów wzajemnej niechęci jest więcej. Na taśmach „Wprost” Sikorski mówi do Jacka Rostowskiego, że szczytem możliwości Schetyny jest kierowanie resortem spraw wewnętrznych. Ocenia, że nie ma zadatków na lidera i stwierdza, że wywodzi się „z lwowskiej żulii”. Polityk zajmujący się sprawami zagranicznymi: – Nie wiem, czy zauważyliście, ale nominacja Schetyny została bardzo ostro skrytykowana w piątek przez wpływowego Edwarda Lucasa z „The Economist”. Rzeczywiście Lucas nazwał awans Schetyny „problematycznym wyborem” i określił jego doświadczenie w polityce zagranicznej jako „ograniczone”. Ten sam polityk: – Tak się składa, że Lucas jest bliskim znajomym Sikorskiego i często się z nim kontaktuje.

Czy rzeczywiście Schetyna nie ma kompetencji na szefa dyplomacji? Jeden z polskich ekspertów od polityki międzynarodowej: – W ostatnich miesiącach kontaktuję się z nim regularnie. 90 proc. rozmów dotyczy spraw wschodnich i są to rozmowy z człowiekiem, który rozumie sytuację i ma wiedzę. – A języki obce? – Merkel trzęsie Europą, choć po angielsku mówi marnie. Tusk ze swoją angielszczyzną został właśnie przewodniczącym Rady Europejskiej. Język jest ważny, ale ważniejsze jest to, czy masz siłę przeprowadzania politycznych projektów. Oczywiście, będzie mu trudniej, bo jest daleki od dyplomatycznego stylu bycia, w dodatku dziennikarze będą czyhać na jego językowe wpadki. Pytanie, jak to zniesie, bo każdy ma jakąś barierę wytrzymałości, gdy inni z niego kpią.

BĘDZIE ZABAWA, BĘDZIE SIĘ DZIAŁO

Schetyna wraca w wielkim stylu, jeszcze niedawno otarł się o polityczną śmierć. 25 października 2013 r. Wieczór przed wyborami na szefa dolnośląskiej PO Schetyna spędza w Miasteczku Prawdziwych Kowbojów. Są cygara i whisky. Tak jak lubi Schetyna. Jego zwolennicy są pewni zwycięstwa. Po ośrodku rekreacyjnym Western City niosą się słowa „Bałkanicy”: „Będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało”. Następnego dnia uczestnicy biesiady przeżywają jednak szok. Schetyna traci swoje królestwo, a szefem regionu zostaje Jacek Protasiewicz. Schetyna doskonale wie, co będzie się teraz działo. Jego najgorętsi zwolennicy są wycinani z władz partii, ze spółek samorządowych, w końcu z list wyborczych. Wcześniej on sam przeżywa wiele upokorzeń. Coraz bardziej spychany na margines, zamyka się w „pieczarze”, czyli w sejmowym gabinecie przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych. Towarzyszą mu najwierniejsi z wiernych. – Grzegorz ma pamięć słonia. Powiedział, że spisane zostaną czyny i rozmowy i w jego głowie na pewno wszelkie krzywdy zostały spisane. Teraz dostał drugie życie i pod patronatem Bronka będzie realizował scenariusz powrotu na szczyt – przewiduje polityk Platformy. Z Bronisławem Komorowskim łączy go przede wszystkim niechęć do Donalda Tuska. I chęć przejęcia „projektu”, czyli PO. – Najpierw pójdzie po Protasiewicza, potem po Grasia, bo ich uważa za zdrajców, a w końcu po Kopaczową, której od lat nienawidzi. Metody będą Grześkowe. Wszystkie chwyty dozwolone, byle skuteczne – prorokuje współpracownik premiera.

METODA GRZEGORZA

O metodach Schetyny krążą legendy. 1994 r., rada regionu Unii Wolności we Wrocławiu. Okres przejściowy po połączeniu UW kierowanej przez Tadeusza Mazowieckiego z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, którego szefem jest Tusk. Część działaczy atakuje przewodniczącego dolnośląskich struktur Władysława Frasyniuka za wywiad, w którym stwierdził, że przyszedł czas na wymianę szefa partii. Czyli odejście legendarnego Mazowieckiego. Obrady prowadzi Schetyna, który w tym czasie jest zastępcą Frasyniuka. – Jak mogłeś tak powiedzieć, straciłeś moralne prawo do tego, aby nas reprezentować – grzmią działacze związani z Mazowieckim. Głos zabiera zdenerwowany Frasyniuk. – Mam prawo do własnych poglądów, jak nie chcecie, to nie muszę być przewodniczącym – mówi emocjonalnie. W tym momencie Schetyna stwierdza, że właśnie padł wniosek formalny o odwołanie przewodniczącego i zarządza głosowanie. Frasyniuk zostaje odwołany. Schetyna powiadamia media, nie mówiąc o okolicznościach tej rezygnacji, która tak naprawdę rezygnacją nie była. Frasyniuk dzwoni do niego z pretensjami, mówiąc, że nie ma akceptacji dla takich metod przekazywania dziennikarzom własnej interpretacji wydarzeń. – To dla ciebie nie ma akceptacji – odparowuje Schetyna. – W takim razie dla nas dwóch nie ma miejsca w partii – mówi Frasyniuk. – To się szykuj, bo to ciebie tu nie będzie – kończy rozmowę Schetyna.

EGIPSKA NIEWOLA

Zarządzanie informacją to od tej pory specjalność Schetyny. – Grzesiek wyznaje zasadę: kto pierwszy przekaże coś dziennikarzom, ten ma rację. Powtarza, że przy polskiej polityce i polskich mediach to najskuteczniejsza metoda osiągania własnych celów. Wicepremierem też się przecież sam mianował – przyznaje współpracownik przyszłego szefa MSZ. Szczyt możliwości informacyjnych osiągał w rządzie Donalda Tuska. Te same metody praktykował w regionie, którym rządził żelazną ręką aż do wspomnianych wyborów w Karpaczu. – Co ja mam powiedzieć? Grzegorz no mercy po prostu – ucina rozmowę lokalny polityk. Atmosferę panującą w strukturach partyjnych na Dolnym Śląsku najlepiej obrazuje fragment taśm „Wprost” z rozmowy ministra Pawła Grasia z prezesem PKN Orlen Jackiem Krawcem. Graś mówi o sytuacji w dolnośląskiej PO po odejściu Schetyny z funkcji przewodniczącego regionu: „Zresztą to widać po tym Dolnym Ślasku. Jak tam, kurwa, ludzie odetchnęli. Stary, jakby się z kolan podnieśli, jakby ich z jakiejś, kurwa, niewoli egipskiej wyprowadzić. Tak ich wszystkich tam terroryzował, za mordę trzymał, że teraz nawet jego zwolennicy oddychają z ulgą, że się skończyło, jak się skończyło”.

Schetyna nie ma charyzmy lidera, umiejętności brylowania w mediach, ale ma cechy w polityce przydatne. Jest pracowity i konkretny. – Potrafi egzekwować posłuszeństwo – mówi polityk PO. – W czasach świetności bywał brutalny, nawet chamski i można tego nie lubić. Z drugiej strony, gdy się z nim rozmawia, wiadomo, o co chodzi bez owijania w bawełnę. Ma jeszcze jedną dobrą cechę: kiedy się na coś dogada, dotrzymuje słowa. Może nie jest przyjemny we współpracy, ale przynajmniej wiadomo, na czym się stoi. W życiu Schetyny są sprawy ważne i ważniejsze. Piątek był dniem jego triumfu, wielkiego powrotu. Dziennikarze go rozchwytywali, każdy chciał wywiadu albo gościć go w studiu. A Schetyna? Poleciał po południu do Wrocławia na mecz. Oglądał go z córką. Umówił się zanim przyszła wiadomość o jego politycznym zmartwychwstaniu. �

Okładka tygodnika WPROST: 39/2014
Więcej możesz przeczytać w 39/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0