Ostatnia seria zamachów ma przestraszyć Amerykanów i ich sojuszników: jeśli nadal będziecie w Iraku - zginiecie. "Nie zbaczamy z kursu" - rozwiewa nadzieje szantażystów prezydent USA.
Początek ramadanu, islamskiego miesiąca postu, zbiegł się z krwawymi zamachami w Iraku na Amerykanów, siedzibę Czerwonego Krzyża oraz posterunki irackiej policji. Nie są to pierwsze tego typu akty; od obalenia reżimu Saddama Husajna celami ataków były: siedziba ONZ w Bagdadzie, ambasady Turcji i Jordanii, a także iraccy członkowie władz tymczasowych i religijni przywódcy kraju. Oznacza to tylko jedno - agresorzy (najprawdopodobniej zwolennicy obalonego Saddama) są zdeterminowani zrobić wszystko, aby wypędzić siły koalicyjne z Iraku i przywrócić dawny reżim. Stany Zjednoczone płacą ogromną daninę krwi za wyzwolenie Irakijczyków spod bata "rzeźnika z Bagdadu". Próbują ustabilizować sytuację i przekonać światową opinię publiczną do tego, że decyzja o zaatakowaniu Bagdadu była słuszna. Na specjalnym ONZ-owskim koncie Funduszu Odbudowy Iraku zdeponowano miliardy dolarów, z których sfinansowana zostanie m.in. odbudowa infrastruktury. Do tego kolejne państwa deklarują pieniądze na odbudowę. Ataki terrorystów mają zatrzeć ten obraz, stworzyć wrażenie chaosu i anarchii po wkroczeniu międzynarodowych sił pokojowych. Paradoksalnie jednak wzmożone akcje zamachowców mogą świadczyć, że Amerykanom i ich sojusznikom coraz bardziej się udaje.
Agaton Koziński