Gruzińska depresja

Gruzińska depresja

Trzy lata po obaleniu Saakaszwilego Gruzja tkwi w gospodarczym i politycznym marazmie. To daje byłemu prezydentowi nadzieję na powrót do ojczyzny.

Dlaczego ekipa Saakaszwilego przegrała w 2012 r.? – zastanawia się Kacha, kierowca taksówki, którą jadę z Tbilisi do Kutaisi. – Ludzie byli zmęczeni wybrykami byłego prezydenta, zachciało się nam zmian – odpowiada. Sam też zagłosował na Gruzińskie Marzenie, partię, którą stworzył najbogatszy Gruzin Bidzina Iwaniszwili. Wówczas wielu Gruzinów myślało, że skoro wywodzący się z chłopskiej rodziny Iwaniszwili sam dorobił się gigantycznego majątku (5,2 mld dolarów), to i dla kraju będzie dobrym menedżerem. Po co miałby kraść, skoro i tak jest bajecznie bogaty? Dziś Kacha mówi, że to był błąd, że Gruzini, chcąc uciec od autorytarnych zapędów ówczesnego prezydenta Micheila Saakaszwilego, trafili z deszczu pod rynnę.

W powszechnym przekonaniu ekipa Saakaszwilego „połowę pieniędzy rozkradła”, ale drugą połowę rząd inwestował w rozwój kraju. A teraz? – Wszystko stoi w miejscu, trudno nawet powiedzieć, jaką obecne władze mają orientację polityczną: czy są nastawione prorosyjsko, czy proeuropejsko – narzekają moi rozmówcy. Firmy związane z Iwaniszwilim zarabiają krocie, wykonując zamówienia państwowe, ale cała gospodarka pogrąża się z miesiąca na miesiąc. W ciągu ostatniego roku miejscowa waluta (lari) straciła połowę wartości. Dla uzależnionej od importu Gruzji oznaczało to wzrost cen większości towarów, a dla tych Gruzinów, którzy mają hipoteki w dolarach, prawdziwą katastrofę.

WYRÓWNANIE RACHUNKÓW

– Ten rząd trudno określić inaczej niż jako nijaki – mówi mi Wadim Gedżadze, redaktor naczelny gazety „Tbiliski Tydzień”. – Każdy polityk podczas kampanii wyborczej obiecuje złote góry, ale zazwyczaj realizuje z tego chociażby jakąś część. Gruzińskie Marzenie przejdzie do historii jako rząd, który niczego nie dokonał – mówi Gedżadze. Wśród głównych obietnic Gruzińskiego Marzenia było obniżenie o połowę ceny benzyny, ponieważ – jak twierdzili politycy ugrupowania – w kosztach rzekomo ukryto podatek, który zgarniał osobiście Saakaszwili. Obiecano również obniżenie o połowę kosztów usług komunalnych i wprowadzenie bezprocentowych kredytów mieszkaniowych. Żadna ze sztandarowych obietnic nie została spełniona.

– Gruzińskie Marzenie pogrążyło Gruzję w gospodarczej i politycznej depresji, partia doprowadziła do całkowitego zniknięcia kraju z areny międzynarodowej – uważa Gedżadze. Gdy tylko w 2013 r. Saakaszwili przegrał wybory prezydenckie i musiał uciekać z Gruzji, Bidzina Iwaniszwili ogłosił, że odchodzi z polityki i wróci do niej tylko w razie „ostrej konieczności”. W rzeczywistości Iwaniszwili usunął się w cień, ale nie zrzekł się wpływów. Nikt w Gruzji nie ma wątpliwości, że zarówno premier Irakli Garibaszwili, jak i prezydent Giorgi Margwelaszwili (obaj wywodzący się z Gruzińskiego Marzenia) pełnią funkcje formalnie, a realne decyzje zapadają w „szklanym pałacu”, jak nazywana jest okazała rezydencja Iwaniszwilego. Większość gruzińskich mediów wyraża przekonanie, że oligarcha wkrótce oficjalnie powróci do polityki. Sam Iwaniszwili na razie tego nie potwierdził, ale dał do zrozumienia, że z władzą łatwo się nie pożegna. Tyle tylko, że jeśli w 2012 r. Gruzińskie Marzenie miało poparcie na poziomie 50 proc., to teraz może nie uzbierać nawet połowy tego. Rosną natomiast słupki poparcia dla Zjednoczonego Ruchu Narodowego (ZRN), partii, którą założył Saakaszwili i która już ma 20 proc. poparcia. Jak zauważa Wadim Gedżadze, ZRN jako jedyna partia w Gruzji rozwija doskonały marketing polityczny. Przykładem tego są częste akcje i protesty, na których pojawiały się wielotysięczne tłumy. Jeśli tak dalej pójdzie, już w 2016 r. Micho, jak nazywają w Gruzji Saakaszwilego, będzie mógł powrócić do ojczyzny nie w roli więźnia, lecz premiera kraju.

To spędza sen z powiek Iwaniszwilemu, bo może mu przynieść nie tylko przegrane wybory, ale wręcz zemstę otoczenia Saakaszwilego. Wielu najbliższych współpracowników byłego prezydenta Gruzji znalazło się bowiem w więzieniu po dojściu do władzy Gruzińskiego Marzenia, a samemu Saakaszwilemu postawiono cztery zarzuty. Dzisiejsza opozycja ma więc powody do zemsty. Strona rządowa nie czeka jednak na rozwój wypadków z założonymi rękami. We wrześniu Rustawi-2, jedyna w pełni niezależna od władz, a jednocześnie najpopularniejsza w Gruzji telewizja, znalazła się na skraju bankructwa. Stało się to po tym, jak sąd przychylił się do pozwu jednego z byłych akcjonariuszy i zamroził rachunki stacji. Głównymi akcjonariuszami Rustawi-2 są znani biznesmeni, bracia Karamaniszwili. Nieoficjalnie mówi się, że są tylko pośrednikami, a telewizja w rzeczywistości należy do Saakaszwilego. Wielu Gruzinów jest przekonanych, że to właśnie dzięki informacyjnemu wsparciu Rustawi-2 podczas rewolucji róż w 2003 r. obóz Saakaszwilego odniósł zwycięstwo. Od 2012 r. stacja stała się głównym ośrodkiem krytyki nowych władz i od tego czasu wyciągnęła na jaw wiele afer dyskredytujących Gruzińskie Marzenie. Nic dziwnego, że obecny premier i inni urzędnicy wielokrotnie oskarżali dziennikarzy Rustawi-2 o „szkodliwą działalność”.

Jeszcze wcześniej Gruzją wstrząsnęła afera związana z Gigim Ugulawą, byłym merem Tbilisi, jednym z liderów ZRN i podobno namaszczonym następcą Saakaszwilego. Na fali rozliczania poprzedników przez Gruzińskie Marzenie Ugulawa trafił do aresztu tymczasowego. Prokuratura postawiła mu cztery zarzuty, których jednak nie potrafiła poprzeć w sądzie. Ugulawa i tak przesiedział za kratami 14 miesięcy, ponieważ ustawa (notabene przyjęta jeszcze za rządów Saakaszwilego) pozwalała sumować czas, jaki powinien spędzić w areszcie za każdy z zarzutów. Ugulawa mógł więc tkwić w więzieniu trzy lata, zanim zapadłby jakikolwiek wyrok. Sąd konstytucyjny Gruzji jednak uznał, że ta ustawa jest niezgodna z konstytucją.

– Zwyciężymy w nadchodzących wyborach – oświadczył triumfalnie Ugulawa po wyjściu na wolność. Jednak jego radość trwała równo 24 godziny, bo już następnego dnia były mer Tbilisi ponownie znalazł się pod kluczem. Gruziński sąd uznał go winnym zatrudniania aktywistów ZRN w służbach oczyszczania miasta i skazał na dziewięć lat więzienia. Odejmując czas spędzony w areszcie tymczasowym oraz amnestię, Ugulawa wyjdzie na wolność po 4,5 roku. – Skandaliczne jest w tym wszystkim to, że zatrudnieni przez Ugulawę ludzie faktycznie wykonywali swoją pracę i dostawali za to normalną pensję. Zawinili jedynie tym, że są aktywistami partii Saakaszwilego – mówi Wadim Gedżadze.

Stęsknieni za batem

Choć brzmi to paradoksalnie, ale usuwając w tak brutalny sposób swoich przeciwników, Gruzińskie Marzenie samo wchodzi w stare buty Saakaszwilego. – To przypomina ostatnie lata rządzenia Micho: odbieranie siłą biznesów, rozpędzanie protestów opozycji, brutalność policji – porównuje Gedżadze. Słowem, wszystko to, od czego w 2012 r. wyborcy chcieli uciec. Niechęć wobec obecnego rządu nie oznacza jednak, że Gruzini wybaczyli Saakaszwilemu dawne błędy. Wielu nadal uważa, że byli działacze ZRN zasłużyli na kary i żałują, że sam były prezydent nie stanął przed sądem. – W stosunku Gruzinów do Saakaszwilego jest coś z syndromu sztokholmskiego. Ludzie pamiętają, co złego zrobił, ale i tak prawdopodobnie na niego zagłosują, bo w odróżnieniu od swoich następców wykazał się konkretnymi działaniami – mówi Gedżadze. Hatuna Lagazidze, szefowa Instytutu Europejskich Wartości Gruzji, uważa, że główny problem polega na braku alternatywy. W ciągu trzech ostatnich lat w kraju nie pojawił się żaden poważny projekt polityczny. – Gruzini narzekają, że obecny rząd jest martwy, choć jest nastawiony koncyliacyjnie. Widocznie nasze społeczeństwo ma jakieś skłonności sadomasochistyczne i tęskni za znajomym batem. Już raz, w 2003 r., poszliśmy tą ścieżką, zobaczymy, dokąd doprowadzi nas teraz – mówi Lagazidze.

Nie jest jasne, jak ZRN zamierza prowadzić kampanię wyborczą, skoro jego główni liderzy siedzą w więzieniu, a Saakaszwili pracuje nad dokonaniem gospodarczego cudu w Odessie i ma wręcz szansę zostania premierem Ukrainy. On sam nieraz podkreślał, że przy pierwszej okazji chętnie powróci do Gruzji „dokończyć rozpoczęte wcześniej sprawy”. W ostatnim wywiadzie, którego udzielił telewizji Rustawi-2, zapowiedział swój powrót jeszcze przed wyborami. – Mnie nikt nawet palcem nie będzie śmiał tknąć – mówił emocjonalnie Micho.

Gruzińscy politolodzy zgodnie zwracają uwagę, że prawdziwym problemem będzie stanowisko 15-20 proc. wyborców, którzy deklarują nieufność wobec obu głównych obozów politycznych. Ten rozczarowany elektorat już nie wierzy w perspektywę wejścia Gruzji do NATO czy UE. W ciągu ostatnich lat niewiele się zresztą w tej sprawie działo. Podczas ostatniego szczytu Partnerstwa Wschodniego Tbilisi nie uzyskało obietnicy ruchu bezwizowego z UE. Trochę lepiej prezentują się relacje Gruzji z NATO. We wrześniu z pompą otworzono pod Tbilisi natowskie centrum szkoleniowe. Jak zauważa autor komentarza w „Foreign Policy”, w rzeczywistości jest to nieznaczny dodatek do infrastruktury NATO w Europie, ale liczy się dobry gest. Tyle że właśnie takie gesty jeszcze bardziej działają na nerwy „rozczarowanym”. Liczy się bowiem rzeczywistość, w której NATO nie tylko nie chce przedstawić Gruzji perspektywy członkostwa, ale nawet odmawia sprecyzowania warunków uzyskania takiego planu.

To zmęczenie wykorzystują partie zarówno jawnie prorosyjskie, jak i te maskujące się pod hasłem „neutralności”. Jak pokazuje niedawno przeprowadzony przez amerykański instytut NDI sondaż, odsetek zwolenników wstąpienia Gruzji do Putinowskiego Sojuszu Euroazjatyckiego wzrósł w ciągu roku z 12 do 31 proc. Konsekwencje tych nastrojów mogą być nieprzyjemne, jeśli w przyszłym gruzińskim parlamencie pojawi się silna frakcja prorosyjska. To całkiem realne, jeśli zwalczający się Saakaszwili i Iwaniszwili nie zdołają przekonać do siebie Gruzinów. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Osetia Południowa pójdzie drogą Krymu?

Spadek międzynarodowego zainteresowania sytuacją na Kaukazie może przyczynić się do aneksji przez Rosję Osetii Południowej, która w 1991 r. oderwała się od Gruzji. Podstawą takiego kroku miałoby być referendum na wzór tego przeprowadzonego w 2014 r. na Krymie. – Dzisiejsze polityczne realia są takie, że możemy dokonać historycznego wyboru. Powinniśmy połączyć się z bratnią Rosją i na długie lata zapewnić bezpieczeństwo i dobrobyt Osetii Południowej – powiedział „prezydent” separatystycznejrepubliki Leonid Tibiłow podczas spotkania z doradcą Putina Władysławem Surkowem. Tibiłow zadeklarował, że możliwość przeprowadzenia referendum „będzie konsultować z Kremlem”. Wypowiedź przywódcy osetyńskich separatystów zelektryzowała Tbilisi. – To kontynuacja polityki pełzającej aneksji – stwierdził wiceminister gruzińskiej dyplomacji Gigi Gigiadze. Tibiłow. Podobnie jak watażkowie z innych podtrzymywanych przez Kreml pseudorepublik otwarcie mówi o tym, że ma ochotę pójść krymską drogą. – On stara się wybadać grunt. Sytuacja w Osetii Południowej pozostawia wiele do życzenia, dlatego przyłączenie się do Rosji miałoby być ucieczką przed kłopotami – tłumaczy gruziński politolog Irakli Ckitiszwili. Moskwa na razie nie potwierdza przyjmowania separatystów. Po deklaracji Tibiłowa rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że żadna deklaracja nie padła. Zdaniem Pieskowa wypowiedź Tibiłowa świadczy jednak o tym, że „w Osetii Południowej jest wielu zwolenników przyłączenia się do Rosji”. T.K.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2015
Więcej możesz przeczytać w 44/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0