Klan Ghandich wraca do władzy

Klan Ghandich wraca do władzy

Wybory parlamentarne w Indiach nieoczekiwanie wygrała opozycyjna Partia Kongresowa, kierowana przez 57-letnią Włoszkę Sonię Gandhi, wdowę po byłym premierze Rajivie Gandhim.
Wciąż niekompletne wyniki głosowania, przeprowadzanego od 20 kwietnia do 10 maja, wskazują, że Partia Kongresowa oraz jej oficjalni sojusznicy i partie lewicowe, które obiecały ją poprzeć, prowadzą w większości z 543 jednomandatowych okręgów wyborczych kraju.

Wielkim przegranym jest rządząca Indiami prawicowa i nacjonalistyczna Indyjska Partia Ludowa (BJP) 79-letniego premiera Atala Bihari Vajpayee'a, której udało się wprowadzić Indie na ścieżkę wzrostu gospodarczego.

Partia premiera Vajpayee'a przyznała się w czwartek do porażki kilka godzin po rozpoczęciu liczenia głosów, nie czekając na ostateczne wyniki. "Nie otrzymaliśmy mandatu od narodu" - powiedział przewodniczący BJP Venkaiah Naidu. Dodał, że decyzja o uznaniu się za pokonanych zapadła na 90-minutowym posiedzeniu kierownictwa Indyjskiej Partii Ludowej i sprzymierzonych z nią stronnictw.

Nieoczekiwana porażka BJP i jej koalicjantów stanowi jeden z najbardziej dramatycznych zwrotów politycznych w dziejach niepodległych Indii. Oznacza także powrót do władzy dynastii Nehru-Gandhich, reprezentowanej obecnie także przez dwoje dorosłych dzieci Soni Gandhi, Rahula i Priyankę. Są to wnuki wieloletniej premier Indii Indiry Gandhi i prawnuki Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera niepodległych Indii. Rahul walczył o mandat do parlamentu, a Priyanka, która wielu Indusom przypomina Indirę Gandhi, uczestniczyła aktywnie w kampanii wyborczej.

Vajpayee, który rządzi Indiami od 1998 roku, przyspieszył wybory o sześć miesięcy w nadziei, że dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu (w tym roku ma on wynieść 8 procent) umocni swą przewagę w parlamencie, pozbywając się kłopotliwych koalicjantów, i pozostanie premierem przez następne pięć lat. Wyniki wyborów wskazują jednak, że miliony biednych mieszkańców wsi indyjskiej porzuciły premiera Vajpayee'a, uznawszy, że nie odnoszą żadnej korzyści z trwającego od kilku lat boomu gospodarczego.

Nowa prosperity ogranicza się na razie do wielkich miast i wyborcze hasło BJP "Indie błyszczą" nie spotkało się z oddźwiękiem wśród wiejskiej biedoty, dla której luksusem jest elektryczność i czysta woda.

"O jakich +błyszczących Indiach+ oni mówią? My tutaj przymieramy głodem" - powiedział reporterowi Santram, wieśniak mieszkający 70 km od wspaniałych klimatyzowanych supermarketów Delhi.

Politycy Partii Kongresowej i lewicy, która też wypadła w wyborach lepiej, niż oczekiwano, głosili, że owoce liberalizacji gospodarczej nie dotarły do rzesz ludności wiejskiej i przypominali, że jedna trzecia Hindusów utrzymuje się przy życiu za równowartość niespełna dolara dziennie. Partia Kongresowa obiecywała, że w razie zwycięstwa zapewni także w sektorze prywatnym pulę miejsc pracy dla osób z niższych kast i mniejszości etnicznych i zagwarantuje kobietom jedną trzecią miejsc w parlamencie i w zgromadzeniach stanowych.

Niektórzy zwolennicy Partii Kongresowej, zdumieni jej nieoczekiwanym sukcesem, przypisywali go pojawieniu się na scenie politycznej kolejnego pokolenia dynastii Nehru-Gandhich, Rahula i Priyanki. "Takiej przewagi nie oczekiwaliśmy - powiedział w Delhi młody zwolennik Partii Kongresowej Subhash Chand. - To wszystko dzięki Rahulowi i Priyance. Młodzież Indii jest z Rahulem, a nie z Vajpayee'em".

Komentatorzy i analitycy oczekują, że Partia Kongresowa będzie po przejęciu władzy kontynuować reformy liberalizujące gospodarkę, które zresztą sama zapoczątkowała na progu lat 90. Sądzą jednak, że w polityce gospodarczej nastąpią zmiany, które sprawią, że z owoców reform zacznie korzystać także wieś, gdzie mieszka większość Hindusów.

W trakcie kampanii wyborczej Vajpayee chwalił się też sukcesami w polityce zagranicznej, w szczególności zapoczątkowaniem pokojowego dialogu z Pakistanem, tradycyjnym przeciwnikiem Indii. Partia Kongresowa popiera proces pokojowy, ale Sonia Gandhi, jako Włoszka z pochodzenia, może mieć mniejszą swobodę manewru i większe trudności z przekonaniem do polityki dialogu zwolenników twardej linii wobec Pakistanu.

Indie i Pakistan stoczyły w ciągu minionych 56 lat trzy wojny, z tego dwie o Kaszmir, sporną prowincję w Himalajach.

Czwartkowe liczenie głosów było kulminacją gigantycznej operacji logistycznej w "największej demokracji świata", w której do głosowania jest uprawnionych 670 milionów osób. Głównie ze względów bezpieczeństwa wybory odbywały się na raty kolejno w różnych stanach i ich częściach, w kilkudniowym odstępie pozwalającym na przeniesienie sił porządkowych i wojska z jednego miejsca na drugie. W każdej fazie wyborów nad bezpieczeństwem głosujących, zagrożonym przez separatystów i lewackich ekstremistów czuwało kilkaset tysięcy policjantów i żołnierzy. Mimo to od 19 kwietnia w różnych incydentach wyborczych zginęło 48 osób - jednak o połowę mniej niż podczas wyborów w roku 1999.

W tegorocznych wyborach użyto po raz pierwszy elektronicznych maszyn do głosowania, łącznie aż ponad milion. Dzięki temu oszczędzono 7700 ton papieru, zmniejszono możliwość oszustw przy liczeniu głosów, a samo liczenie przyspieszono. Wyborcy, wśród których są miliony analfabetów, głosowali naciskając guzik znajdujący się przy obrazkowym symbolu kandydata czy też partii, którą reprezentował - kwiat lotosu w wypadku BJP, dłoń w wypadku Partii Kongresowej itd.

em, pap

Czytaj także

 0

Czytaj także