Niestety Internet ma to do siebie, że takie osoby przyciąga wyjątkowo silnie. Oferowana przez to medium - choć często bardzo pozorna - anonimowość zachęca wszelkiej maści krzykaczy, pieniaczy i natrętnych handlarzy do zaśmiecania sieci, ku słusznemu oburzeniu większości internautów. Większość ta bowiem - jak od lat wynika z wszelkich badań - jest faktycznie "normalna", stosunkowo młoda, wykształcona, zasobna itp., ale też jednocześnie dość bierna. Statystyczny użytkownik sieci raczej przegląda jej zasoby niż je tworzy, częściej czyta opinie niż je wygłasza i niemal wyłącznie kupuje, a nie sprzedaje. Sprawdza się stara zasada, że osoba zadowolona najczęściej nie mówi o swym zadowoleniu - w odróżnieniu od niezadowolonej. Niestety często przekłada się to również na obojętność, która szkodzi rozwijającym się dynamicznie społecznościom internetowym.
Internet daje jednak nadzieję na zwiększenie aktywności choćby części tej milczącej większości. Łatwiej jest bowiem zabrać głos w ważnej sprawie na forum internetowym, niż pofatygować się na zebranie rady mieszkańców czy lokalnego klubu. Wiele formalności i transakcji znacznie wygodniej przeprowadza się w formie elektronicznej. Internet może być przyjaznym miejscem dla użytkownika - jednak to on sam w pierwszej kolejności musi o to zadbać przez swe osobiste zaangażowanie.
Jan Stradowski
Czytaj też: Homo internetus